Procesorowa spychologia. Tak kosztem klienta bawią się Intel i producenci laptopów

Strona główna Aktualności

O autorze

Według statystyk, Intel ma w swych rękach ponad 85 proc. rynku procesorów do notebooków, czym ociera się o monopol w tym segmencie. Mimo wszystko regularnie serwuje kolejne czipy, starając się jeszcze bardziej wywindować poprzeczkę. Czy to źle? Bynajmniej – złe jest natomiast to, że cały ten postęp odbywa się w atmosferze gry w ping-ponga z producentami laptopów.

Wiadomo, schemat jest prosty: Intel sprzedaje procesor komuś, kto następnie sprzeda sprzęt w niego wyposażony. I biznes się kręci. Takie są prawa rynku. Kropka.

Jednak co za tym idzie, najpierw musi narobić odpowiednio dużo szumu, który wzbudzi pożądanie danego czipu. Bo przecież firmy trzecie na bieżąco śledzą obiekty zainteresowania konsumenta i w razie czego mogą pójść do konkurencji — a ta ostatnio wyraźnie odżyła.

Zmierzam tu oczywiście do podawanych na okrągło parametrów. Weźmy za przykład takiego Core i7-9750H, model dość popularny wśród wysokowydajnego sprzętu mobilnego, który w katalogu zastąpił i7-8750H. Oferuje 3 MB pamięci podręcznej więcej i 400 MHz wyższy zegar niż poprzednik. Znaczy, że jest wydajniejszy? No właśnie, niezupełnie. Nie zawsze i nie wszędzie.

Do napisania niniejszego artykułu skłonił mnie fakt, że przerzuciliśmy ostatnio wraz z kolegami z redakcji jakiś tuzin laptopów z i7-9750H oraz i7-8750H. Choć większość z nich nie miała żadnych problemów z temperaturami, właściwie każdy pracował inaczej. Zdarzyło się też, że starszy czip wygrywał z nowszym. A wszystko przez pewien mały szczegół, o którym żaden producent nie raczył choćby napomknąć w specyfikacji: konfigurację układu zasilania.

Bez prądu nie da rady

Jak powinniście wiedzieć, prócz częstotliwości taktowania limitowanej mnożnikiem, każdy procesor ma przydzielony budżet energetyczny, którego przekroczyć nie może. Wydajne układy mobilne Intel weryfikuje przy 45 W, dopuszczając jednocześnie ograniczenie do 35 W. Już w tym drugim przypadku wiadomo, że mocy nie wystarczy, aby procesor poszedł pełną parą — z maksymalną deklarowaną częstotliwością. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Choć może akurat w tym przypadku bardziej trafne byłoby określenie wierzchołek wulkanu.

Niższy prąd w obwodzie oznacza mniej energii cieplnej do odprowadzenia, więc laptop się nadmiernie nie nagrzewa. To miłe. Problem w tym, że działa w sposób dalece odbiegający od deklarowanej specyfikacji procesora. Bardzo dalece.

Na powyższym zrzucie możecie zobaczyć, jak zachowuje się i7-9750H z kagańcem na 28 W mocy szczytowej. Układ, który w portfolio Intela widnieje jako Up to 4,5 GHz, tutaj działa dosłownie na pół gwizdka. Przy czym samym niebieskim też warto dać po łapkach, gdyż podają turbo dla jednego tylko rdzenia, a przy obciążeniu wszystkich sześciu górną granicę stanowi 4,0 GHz—co nawiasem mówiąc prowadzi do wniosku, że realna przewaga nad i7-8750H to raptem 100 MHz. Starszy model, pracując bez ograniczeń, może osiągnąć 3,9 GHz na wszystkich rdzeniach.

Ciężkie życie entuzjasty

Ale przecież są narzędzia takie jak ThrottleStop, więc każdy zainteresowany skonfiguruje platformę wedle uznania, powiecie. Rzeczywiście są, jednak nie zawsze działają. Intel daje możliwość zablokowania limitu mocy na dopuszczalnej wartości ograniczonej. Przypomnę, dla użytego w przykładzie i7-9750H wiąże się to z wartością 35 W. Wciąż zbyt niską.

Jasne, konstruktorzy laptopów nie urodzili się wczoraj i limity stosują nie bez powodu. Często na więcej nie pozwala układ chłodzenia, skądinąd wymuszony przez dyskusyjną pogoń za jak najcieńszym profilem obudowy. Tyle że nikt o ograniczeniach otwarcie nie mówi. Ciężko w takim wypadku być entuzjastą pragnącym wyciskać ze sprzętu ostatnie soki. Rzuca się w specyfikacjach atrakcyjnymi liczbami, wiedząc, że po zakupie 99 proc. odbiorców żadnej z nich nie zweryfikuje. Smukły, ładny, nie parzy kolan. Więcej do szczęścia nie potrzeba.

Tak się bawią producenci, hej!

Patrząc z analitycznego punktu widzenia, mamy do czynienia z naprawdę ciekawym przykładem spychologii w biznesie. Intel nakręca ludzi cyferkami. Producenci laptopów muszą przełożyć to na grunt praktyczny. I jedni, i drudzy doskonale wiedzą, że podawane parametry katalogowe w scenariuszu mobilnym są czystą abstrakcją, ale klientowi konsekwentnie nawijają makaron na uszy. Przecież zawsze mogą odbić piłeczkę.

W razie czego niebiescy powiedzą, że producent notebooka skopał projekt, a ten drugi skontruje luźnym tłumaczeniem praw fizyki w stylu panie, to ma niecałe 2 cm grubości, a myśmy tu wrzucili więcej miedzi niż ma Chile, a poza tym jest 30 proc. lepiej niż rok temu.

A ty, drogi konsumencie, kupuj posłusznie kota w worku. I obyś tylko za bardzo nie interesował się tym, co upchano pod fikuśną obudową z ładnymi naklejkami. Masz topowy procesor, to się nim ciesz. Mniejsza o to, czy rzeczywiście zapewnia topowe osiągi. Trochę paradoksalnie, opisywane zjawisko potrafi przybierać także drugą skrajną formę, kiedy układy z definicji niskoprądowe są żyłowane do granic możliwości. Aczkolwiek to już temat na inną publikację. Choć sedno sprawy się nie zmienia: sprzęt nie działa tak, jakbyśmy tego oczekiwali.

Gdyby ktoś był ciekaw, ile jest w stanie zrobić i7-9750H przy sugerowanych przez Intela 45 W, to odpowiedź ma poniżej. Między 3,1 a 3,3 GHz wciąż nijak się ma do deklarowanych 4 GHz. Aby osiągnąć wydajność z katalogu, niezbędna okazuje się moc ponad 77 W.

© dobreprogramy