Przykro mi, winę za rosnące ceny elektroniki ponosimy my sami – konsumenci

Strona główna Aktualności

O autorze

Zbyt drogi – to określenie bardzo często pojawia się w komentarzu do premiery nowego sprzętu, czy to smartfonu czy czegokolwiek innego. I cóż, trudno się temu dziwić, skoro patrząc przekrojowo, ceny poszczególnych urządzeń rosną wraz z premierą kolejnych modeli. Abstrahując od inflacji i kursów walut, sami producenci sukcesywnie podnoszą poprzeczkę. Naiwny jest jednak ten, kto uważa, że statystyczny konsument nie ma na podwyżki cen żadnego wpływu. Wprost przeciwnie – sami sobie, jako klienci, wytyczyliśmy właśnie taką ścieżkę i konsekwentnie nią podążamy.

Aby zrozumieć istotę problemu, należy najpierw pokłonić się nad wspomnianym statystycznym konsumentem. Jego wymagania z roku na rok rosną. Półtorej dekady temu marzeniem wielu był telefon z kolorowym wyświetlaczem, później zaczęto mówić o wbudowanym aparacie foto, dalej spopularyzowała się idea smartfonu, a dzisiaj słuchawka musi mieć nie tylko te i wiele więcej dodatków, ale także prezentować ich wysoką jakość i oczywiście pięknie wyglądać. Tymczasem postęp technologiczny ma swoją cenę, która także staje się coraz wyższa, ponieważ stosuje się droższe materiały, a także zdecydowanie bardziej skomplikowane procesy i projekty.

Flagowiec i wtryskarka? Bez szans

Łatwo zobrazować to na przykładzie. Kiedy w 2003 r. debiutowała Nokia N-Gage, producent zażyczył sobie 300 dol., co w tamtym czasie było ceną dość wygórowaną jak na konsumencki telefon. Mając na uwadze inflację, jest to ekwiwalent dzisiejszych 410 dol. Dla odniesienia, koszty złożenia jednego iPhone'a XS Max szacuje się na 453 dol., a rzeczona kalkulacja nie uwzględnia zupełnie R&D oraz warstwy programowej, czyli de facto podany wynik jest zaniżony. Sam ekran dzisiejszego flagowca warty jest 80,5 dol. Wprawdzie nie ma na ten temat wiarygodnych danych, ale śmiem twierdzić, że jest to mniej więcej połowa kosztów produkcji całego konsolofonu Nokii.

Przy czym ekrany wcale nie są najbardziej rażącym przykładem, ponieważ w ich dziedzinie dokonał się wyraźny postęp i relacja jakości do ceny mimo wszystko uległa ogromnej poprawie. Gorzej mają się sprawy chociażby z bateriami, gdzie od lat niepodzielnie królują wariacje na temat akumulatora litowo-jonowego, przez co jakiekolwiek zwiększenie pojemności eskaluje zarazem koszty. Zresztą, na podobnej zasadzie drożeją również konstrukcje obudów. Konia z rzędem temu, komu u schyłku 2018 r. udałoby się mianować flagowcem sprzęt zrobiony na wtryskarce, z tworzywa sztucznego. Obecnie użytkownik oczekuje szkła i stali nierdzewnej, ewentualnie co najmniej aluminium.

Więcej, lepiej, wydajniej...

Nietrudno się domyślić, że za wszystkie te dobrodziejstwa trzeba zapłacić ekstra. I jest to dopłata powiększona zarówno o koszty samych materiałów, jak i koszty ich obróbki. Na tej samej zasadzie funkcjonują wszystkie inne segmenty rynku nowych technologii. Kolejny mocno kontrowersyjny ostatnimi czasy przykład – karty graficzne. Ustalona na 999 dol. cena GeForce'a RTX 2080 Ti wywołała niemały szok wśród graczy, jako że poprzednik, model GTX 1080 Ti, startował w cenie 699 dol. Tylko, jeden mały szczegół – podczas gdy rdzeń graficzny ubiegłorocznego flagowca składa się z 11,8 mld tranzystorów na powierzchni 471 mm², nowość pochłania 18,6 mld tranzystorów i 754 mm². Tak, czołowy chip NVIDII „urósł” o ponad 60 proc., pomimo usprawnionej technologii produkcji.

Kontynuując, przykładów tego typu mógłbym wymienić dziesiątki, jednak przeważnie sprowadzają się one do wspólnego mianownika: chęci wywindowania poziomu produktu. Owszem, trafiają się przy tym pewne wyjątki, jak Apple ściągające dodatkowo po 20 dol. za gładzik i myszkę w kolorze gwiezdnej szarości, ale – nie ukrywajmy – stanowią one niszę. Większość producentów, decydując się na radykalną podwyżkę cen, stara się decyzję racjonalizować. I jak bardzo nie grzmiałyby fora i rozgrzane do czerwoności grupki zapaleńców, będzie tak się działo dopóki, dopóty konsumenci nie przerwą swej szaleńczej pogoni za „więcej, lepiej, wydajniej”. Korporacje nie są instytucjami charytatywnymi – mają generować zyski, ale nie są też siedliskiem ignorantów. Badają rynek i dopasowują ofertę.

Ale relatywnie i tak jest taniej

No właśnie, ale pomimo swoistej nagonki na drogi hi-end nie można powiedzieć, że postępu w dziedzinie sprzętu na każdą (lub prawie każdą) kieszeń nie ma. Wracając do smartfonów, za około 1,5 tys. zł można aktualnie nabyć świetnego Pocophone'a F1 albo nieco mniej wydajnego, lecz za to wyposażonego w NFC i metalową obudowę Honora Play. Panny z pobliskiego ogólniaka raczej nie zapiszczą, ale obu tym urządzeniom ciężko cokolwiek zarzucić – mają przyzwoite wyświetlacze, robią nie najgorsze fotki, powinny sprostać każdej aplikacji mobilnej, w tym wymagającym grom. Brak tu wartości biżuteryjnej, potężnego efektu WOW czy – mówiąc nieco kolokwialnie – lansu. Niemniej nie zmienia to faktu, że telefony minionych generacji pozostają daleko w tyle.

Teraz – jeśli ktoś upatruje w elektronice użytkowej klasy premium świętego Graala i kręcą go wszelkiej maści gadżety, to tak czy inaczej wyłoży każdą sumę na blat, niczym koneser sztuki za obraz, który dla wszystkich innych może być zwyczajną gryzmołą. A skoro topowe smartfony śmiało przekraczają barierę 1 tys. dol., najwyraźniej istnieje spora rzesza entuzjastów gotowych za nie zapłacić. Co oczywiste, gdyby zainteresowanie spadło, producenci musieliby reagować obniżkami i wtedy w teorii moglibyśmy liczyć na tańsze iPhone'y, Galaxy Note'y, Xperie Z itd. Fakt faktem jedna z podstawowych zasad ekonomii brzmi, że towar jest warty tyle, ile ktoś jest gotów za niego zapłacić. Ale to tym bardziej potwierdza, że zainteresowani nie widzą w obecnych cenach problemu.

Pamiętacie jeszcze przypadek PlayStation 3? Konsola zadebiutowała w 2006 r. w cenie 600 dol., co aktualnie daje około 750 dol. Sprzedaż w pierwszych latach, przed cięciami, okazała się tragicznie zła, a tańszy Xbox 360 wyraźnie wysuwał się na prowadzenie. W 2013 r., prezentując PlayStation 4, Sony wzięło sobie swój błąd do serca. Zamiast szermować technologiami przyszłości, stworzono ekonomiczną platformę za niespełna 400 dol. Efekt każdy zna. Tak oto społeczność graczy konsolowych dobitnie wyraziła swoje oczekiwania, a przedsiębiorstwo chcąc dalej zarabiać, musiało im sprostać. Jak widać, nie wszyscy są tak powściągliwi jak fani marki PlayStation.

Sami jesteśmy sobie winni

Niestety, powtórzę. sami jesteśmy sobie winni. Dlatego, czytelniku drogi, jeśli najpierw wieszasz psy na jakimś producencie za cenę danego urządzenia, a potem tak czy siak idziesz je kupić, to tylko utwierdzasz korporację w przekonaniu, że może pozwolić sobie na dalsze podwyżki. Jednocześnie nigdzie nie jest powiedziane, że rynek elektroniki użytkowej ogranicza się do segmentu premium. Patrząc z technicznego punktu widzenia, istnieje naprawdę wiele alternatyw, i to odczuwalnie bardziej atrakcyjnych niż przed laty – dodam. Reszta to wyłącznie kwestia podejścia. I nie, nie jestem bez winy. Przyznaję, wielokrotnie zdarzało mi się przepłacać za czołowe modele kart graficznych. A dlaczego tak? Odpowiem niegrzecznie, pytaniem na pytanie: a dlaczego nie?

© dobreprogramy