Test Huawei Mate 20 Lite: powiew luksusu w dobrej cenie

Strona główna Lab Smartfony i tablety
Ogromny ekran z "notchem" potrafi urzec, ale i odrobinę zirytować.
Ogromny ekran z "notchem" potrafi urzec, ale i odrobinę zirytować.

O autorze

Rynek smartfonów jest przepełniony najróżniejszymi modelami. Praktycznie każdy, dysponując odpowiednią kwotą w portfelu, powinien znaleźć urządzenie dopasowane do swoich preferencji. Rzecz jasna trudno znaleźć urządzenie z topowymi podzespołami za mniej niż 1000 złotych, ale dokładając do tej kwoty 500-600 złotych, jesteśmy w stanie znaleźć smartfon spełniający praktycznie wszystkie wymagania. Rzecz jasna, z niewielką dozą kompromisów.

Być może nie jestem smartfonowym wyjadaczem i osobiście nie byłbym w stanie wydać na smartfon więcej niż 2000, dlatego też dość szczegółowo śledzę rynek urządzeń ze średniej półki cenowej. Poza tym uważam, że dzieje się tu najwięcej, jest spora różnorodność i ciekawa walka. Producenci wiedzą, że wielu klientów szuka urządzeń właśnie w tym przedziale cenowym, dlatego też bardzo często oferują flagowe rozwiązania, materiały i ciekawostki w smartfonach za 1500-1800 złotych. Rzecz jasna każdy chciałby w swojej kieszeni trzymać topowy model Samsunga, Xiaomi, Huawei czy też iPhone’a, ale skoro namiastkę „flagowości” można mieć za połowę tej ceny, to chyba warto skorzystać? No właśnie – warto?

Co oferuje Huawei Mate 20 Lite?

Naprawdę wiele. Jasne, sporo brakuje mu do odmiany bez magicznego dopisku „Lite” w nazwie, ale użytkownik, który poszukuje dużego smartfona o ładnym, eleganckim wyglądzie, zadowalającej wydajności oraz z kilkoma ciekawymi rozwiązaniami, z opisywanego modelu będzie naprawdę zadowolony. Owszem, jest kilka minusów (o tym później), ale za 1599 złotych otrzymuje smartfon ze sporą dawką topowych rozwiązań oraz „feeling” posiadania urządzenia z wyższej półki. Do testów otrzymałem wariant w kolorze złotym, który prezentował się naprawdę dobrze i podkreślał swój biznesowy rodowód. Przejdźmy jednak do rzeczy.

Specyfikacja

Ekran 6,3 cala, 1080×2340 pikseli, 409 ppi, IPS
Procesor HiSilicon Kirin 710
Pamięć 4 GB RAM, 64 GB + karta microSD
Główna kamera 20 MP, f/1.8 + 2 MP. Filmy 4K 30 fps.
Przednia kamera 24 MP, f/2.0 + 2 MP
System Android Oreo 8.1 + EMUI 8.2
Akumulator 3750 mAh z Quick Charge 3.0
Łączność Wi-Fi 802.11 ac (2,4 i 5 GHz), Bluetooth 4.2, GPS, LTE
Wymiary i waga 158.30 x 75.30 x 7.60 mm, 172 g

Specyfikacja urządzenia prezentuje się przyzwoicie, ale nic więcej. To parametry flagowców Huawei sprzed kilku lat oraz obecny standard na tej półce cenowej. Mowa o 4 GB pamięci operacyjnej RAM, 64 GB pamięci wewnętrznej z możliwością jej rozszerzenia za pomocą kart microSD, Dual SIM, USB-C, dwuzakresowym WiFi oraz coraz popularniejszym module NFC. Sercem urządzenia jest ośmiordzeniowy procesor HiSilicon Kirin 710 o taktowaniu 2,2 GHz, który podczas codziennego użytkowania, od czasu do czasu dostawał zadyszki, ale przyznam, że były to sytuacje sporadyczne, podczas których naprawdę nie oszczędzałem smartfona tj. wiele aplikacji działających w tle, do tego nawigacja, muzyka, gry itp. Być może konkurencja w tej kwestii oferuje nieco więcej. Ba! Kosztujący odrobinę więcej Honor 10 pochodzący przecież z tego samego obozu, oferuje o wiele wydajniejszy procesor Kirin 970. Mimo to Huawei Mate 20 Lite wygrywa w innych konkurencjach.

Design, który broni się sam

Naturalnie o gustach się nie dyskutuje. Jednym podoba się iPhone X, innym Samsung Galaxy Note9, ale spoglądając na złotego Huaweia Mate 20 Lite trudno było mi się do czegokolwiek przyczepić. Materiały na najwyższym poziomie, o spasowaniu nie wspominam, bo dziś żaden liczący się producent nie może sobie pozwolić na wpadki w tej kwestii. Zaokrąglone krawędzie oraz mieniąca się tylna obudowa w złotym kolorze z polerowanymi wstawkami przy czytniku linii papilarnych oraz obiektywach, jak również błyszcząca ramka wokół – to naprawdę może się podobać! Do tej pory nie przepadałem za „kolorowymi” smartfonami i zawsze wybierałem tradycyjną czerń, ale w tym przypadku złotych bardzo przypadł mi do gustu.

Spoglądając na urządzenie od przodu nie zobaczymy niczego zaskakującego – płaska duża powierzchnia w czarnym kolorze, niemal w całości wypełniona ekranem. Nie zabrakło modnego ostatnio wcięcia, które moim zdaniem jest jednym z niewielu problemów Mate 20 Lite, ale o tym za chwilę. Dolna krawędź nie została zagospodarowana żadnym przyciskiem, ale jest na tyle wąska, że nie wpływa negatywnie na odbiór estetyczny. Po prawej stronie umieszczono przyciski regulacji głośności oraz blokady ekranu, na dole wygospodarowano miejsce na port USB-C, gniazdo słuchawkowe oraz głośnik. Jak mówiłem – trudno się do czegokolwiek przyczepić.

Ogromny ekran z problematycznym wcięciem

Notch – jedni go uwielbiają, inni nienawidzą. Ja mam do tego dodatku stosunek ambiwalentny, gdyż czasami się przydaje i wygląda ciekawie, innym razem przeszkadza w normalnym użytkowaniu urządzenia. Ale po kolei.

Jedno jest pewne – ekran jest ogromny. Jeszcze do niedawna popularnością cieszyły się tablety z ekranami o przekątnej 7 cali, dziś smartfony dysponujące niewiele mniejszym wyświetlaczem mieszczą się w kieszeni. Mate 20 Lite posiada ekran LTPS IPS o przekątnej 6,3 cala i rozdzielczości FHD+ 2340 x 1080 pikseli. Daje to PPI na poziomie 409. Proporcje to nowoczesne 19.5 na 9. Przyznam, że praca na tym urządzeniu jest niezwykle wygodna i komfortowa. Oczywiście mówię o pracy „stacjonarnej”, gdyż ogarnięcie takiego kolosa jedną ręką do łatwych nie należy i mimo, iż sprzęt świetnie leży w dłoni, miałem pewne obawy podczas szybkiego korzystania np. z Messengera podczas spaceru. Bałem się, że smartfon po prostu wypadnie mi z dłoni. Jeśli ktoś, tak jak ja, nie posiada dłoni wielkości wiejskiego chleba, powinien rozważyć zakup mniejszego smartfona.

Jakość wyświetlanego obrazu jest na najwyższym poziomie i nawet w pełnym słońcu nie miałem problemów z odczytaniem treści. Oczywiście topowe modele mogą pochwalić się większą jasnością czy odzwierciedleniem kolorów, ale są to elementy, które można wybaczyć w smartfonie ze średniej półki. Na szczęście kąty widzenia są na bardzo dobrym poziomie, dodatkowo użytkownik może wybrać kilka trybów kolorów, zmienić ich temperaturę, włączyć tryb ochrony wzroku (redukcja światła niebieskiego) itp.

Wróćmy zatem do wspominanego wcześniej wcięcia. To moda, która początkowo związana z flagowcami, dość szybko zstąpiła na niższe półki cenowe. Wygląda to na pewno ciekawie i zwraca uwagę osób przebywających w pobliżu, czasami pomaga i daje odrobinę większą przestrzeń roboczą, ale w codziennym użytkowaniu potrafi irytować, bowiem zabiera sporo miejsca na pasku powiadomień. Gdy korzystamy z dwóch kart SIM, mamy ustawiony budzik, procentowy stan baterii oraz włączoną sieć WiFi, na pasku powiadomień nie ma już miejsca na kolejne ikonki. Gdy otrzymamy wiadomość e-mail, SMS lub pojawi się jakiekolwiek inne powiadomienie, przegapimy sygnał dźwiękowy, o nowym zdarzeniu dowiemy się dopiero wtedy, gdy rozwiniemy belkę – trochę to irytujące. Moda wygrała z funkcjonalnością? W pewnym sensie tak. Oczywiście nie jest to wada dyskwalifikująca urządzenie, można sobie z tym jakoś poradzić, ale smartfony bez szerokiego wcięcia nie mają tych problemów. Niby drobnostka, ale czasami mnie irytowała.

Wydajność na 4+

Jak już wspominałem, z wydajnością nie miałem większych problemów, choć zdarzało się, że Mate 20 Lite czasami dostawał zadyszki. Prywatnie użytkuję starego już (jak na dzisiejsze standardy…) Honora 8 i momentami odczuwałem sporą różnicę. Mimo to nie ocenię negatywnie propozycji Huawei, bowiem chwile zawahania pojawiały się tylko wtedy, gdy zarzucałem smartfon mnóstwem obowiązków. Przy normalnym użytkowaniu nie było większych problemów. Jeśli chodzi o procesor, jest to nowy Kirin 710 o taktowaniu 2,2 GHz. To świeża konstrukcja i zapewne wymaga optymalizacji. W testach syntetycznych układ radzi sobie nieźle. Przykładowo w AnTuTu wykręcił wynik około 136 tysięcy punktów, ale nie zawsze przekłada się to na praktyczne zastosowanie. Miejmy jednak nadzieję, że kolejne poprawki systemu wprowadzą usprawnienia w tej materii i Mate 20 Lite będzie idealnym narzędziem w pracy.

Na szczęście mimo tych drobnych niedociągnięć w optymalizacji, z urządzeniem rozstawałem się z pewnym żalem. Jego wyposażenie – jak dla mnie – było kompletne i nie pozostawiało miejsca do narzekań. Dwuzakresowe WiFi działało bezproblemowo, NFC sprawdzało się podczas dokonywania płatności w sklepach, USB-C (niestety na sterowniku USB 2.0) również działało bez zarzutu, z szybkim ładowaniem włącznie. Do tego standardowe złącze słuchawkowe. Można chcieć czegoś więcej za takie pieniądze?

Wracając na chwilę do systemu, producent uraczył nas wieloma ciekawymi dodatkami. No dobrze, szybkość działania pozostawia sporo do życzenia, ale umówmy się – to choroba wieku dziecięcego, która (miejmy nadzieję) zostanie szybko wyleczona. Z ciekawych funkcji na uwagę zasługuje zapewne słynna z innych, o wiele droższych smartfonów opcja Face Unlock. Jak sama nazwa wskazuje, pozwala ona na odblokowanie telefonu po identyfikacji twarzy użytkownika. Możemy zatem ustawić blokadę za pomocą kodu PIN, odcisku palca oraz rozpoznania twarzy użytkownika. Co prawda to tylko iluzoryczne zabezpieczenia, ale postronna osoba zbyt łatwo nie dostanie się do zawartości telefonu. Co ciekawe, Face Unlock działał w moim przypadku wyjątkowo dobrze, a ze względu na fakt, że noszę okulary, było to zapewne utrudnienie dla systemu. Gdy sprzęt mimo wszystko nie rozpoznał mojej osoby, czytnik linii papilarnych działał bez zarzutu. W tym aspekcie Huawei zasługuje na szóstkę!

Co nieco dla fotografów-amatorów

Trudno napisać coś więcej na temat aparatów Huawei Mate 20 Lite, ponad standardowe – jest OK. W tej klasie cenowej urządzenie nie wyróżnia się na tle konkurencji. Zdjęcia w dobrym świetle wychodzą świetne, aplikacja aparatu działa intuicyjnie, ale przez przeładowanie różnymi funkcjami, bywała ospała. Gdy oświetlenie jest słabe, lub co gorsza, chcemy zrobić zdjęcie po zmroku, musimy pogodzić się ze sporym zaszumieniem. Tyczy się to zarówno podwójnego przedniego, jak również podwójnego tylnego aparatu.

Jeśli chodzi o nagrania wideo, Mate 20 Lite jest w stanie zarejestrować obraz w rozdzielczości Full HD w 60 klatkach na sekundę, ale bez elektronicznej stabilizacji obrazu. Jeśli zdecydujemy się na zwykły tryb Full HD, będziemy mogli włączyć sprzętowe EIS. Denerwuje nieco wspomniane przeładowanie aplikacji aparatu zbędnymi gadżetami tj. wymienne tła, naklejki, animacje itp. Trochę mi to nie pasuje w telefonie, który aspiruje do miana biznesowego tym bardziej, że każdy takie efekty może pobrać za pomocą zewnętrznych aplikacji. Nie jestem pewny, czy poważny biznesmen będzie sobie dorabiał twarz żaby robiąc selfie. O ile w ogóle będzie robił sobie selfie.

Ciekawie spisywała się „sztuczna inteligencja” w kamerze, która bardzo sprawnie rozpoznawała scenerię (do 22 różnych kategorii), co pozwalało na szybkie dobranie odpowiednich opcji automatycznych. Robiąc zdjęcia w różnych warunkach w trybie auto wyszło w praktyce, że dobre oświetlenie daje świetne efekty, ale wystarczy, że niebo przykryje się chmurami lub co gorsze, zajdzie słońce, a zdjęcia przestają imponować.

Czy warto?

Jeśli ktoś szuka smartfona dużego, który sprawdzi się przede wszystkim w pracy, podróży i rozrywce, z pewnością będzie w pełni zadowolony z Huawei Mate 20 Lite. Urządzenie, mimo sporych gabarytów, świetnie leży w dłoni, jest bardzo stylowe i eleganckie, wygodne i mimo problemów z optymalizacją, wydajne. Aparaty powinny zadowolić większość użytkowników pod warunkiem, że nie będą oczekiwali świetnej jakości zdjęć po zmroku. Do „notcha” można się przyzwyczaić, zaś w pełni naładowany akumulator zapewniał zasilanie przez około dwa dni intensywnego użytkowania. Osobiście wolałbym nieco mniejszy ekran w zamian za lepszy procesor – wtedy byłbym w pełni zadowolony.

© dobreprogramy