ThinkPad T410 - legenda w sosie słodko-kwaśnym

Strona główna Lab Ultrabooki i notebooki

O autorze

ThinkPad T410 nie powinien być notebookiem zwyczajnym. Dla tych, którzy potrzebują uzasadnienia - ThinkPad to legendarna seria laptopów zaprojektowana oryginalnie przez IBMa, wprowadzona na rynek w 1992 roku i sprzedawana do dziś przez Lenovo, które kupiło od IBM dział komputerów osobistych w 2005 roku. ThinkPady porównać można do Volvo - niezawodne, trwałe, dobrze wykonane i wydajne, odmładzane z generacji na generację tak, by zachować najbardziej charakterystyczne cechy. Są jedynymi komercyjnymi notebookami certyfikowanymi do wykorzystania na pokładzie międzynarodowej stacji kosmicznej. Z takim nastawieniem przesiadłem się ostatnio w ramach testów na model T410 - skoro daje radę na orbicie, to na moim biurku też powinien.

Konfiguracja na życzenie

ThinkPady, podobnie jak notebooki Della, są laptopami, których konfigurację sprzętową można niemal dowolnie personalizować. Dobór parametrów konkretnego modelu świadczy wyłącznie o preferencjach kupującego, a nie o tym, na co producent zdecydował się skazać użytkownika wstawiając do sklepów konfigurację nie dla idiotów. Wybór ThinkPada zaczynamy od serii (Edge dla małych firm, L - standardowa wydajność, T - wyższa wydajność, X - mobilność oraz W - przenośne stacje robocze), przez przekątną matrycy determinującą rozmiar notebooka (do wyboru wszystko, co znajdziecie pomiędzy 11,6 a 17 cali), rozdzielczość ekranu, na procesorze i innych komponentach kończąc. Kolor też można wybrać, pod warunkiem że będzie czarny. Konfigurowalność parametrów jest niemal taka, jak w komputerze stacjonarnym, a mnogość opcji może przyprawić o zawrót głowy.

Opisywany egzemplarz to seria T (czyli większa wydajność) model 410 (14" matowa matryca LEDowa o rozdzielczości 1280x800, z której się ucieszyłem bo ślepy już jestem, a jak potrzebuję więcej, to mam obok panel HD) w wariancie 2518-APG (procesor i5-560M 2,66 GHz, zintegrowana karta graficzna Intel GMA HD, 2 GB RAM, dysk 320 GB 5400 RPM i mnóstwo gadżetów - UltraNav, Secure Chip, vPro, czytnik linii papilarnych itp.). Doposażyłem go o kolejne 4 GB RAMu oraz z konieczności - o czym później - wymieniłem dysk na większy i szybszy. Chętni za niemałą dopłatą mogliby wybrać większą rozdzielczość, zintegrowaną kartę nVIDII, dysk SSD lub cieńszą obudowę (model T410s).

Obudowa trochę trzeszczy

Obudowa notebooka wygląda jak z lat 90-tych i nic dziwnego, bo jej wygląd od tych czasów niewiele się zmienił. Nie jest to więc opcja dla tych, którzy w Starbucksie chcą obok kawy położyć cienkiego i lściącego Macbooka, a dla tych, którzy oczekują... własnie - czego? Mnie osobiście taka obudowa po prostu się podoba, chociaż wielkiego zrozumienia dla tej estetyki w otoczeniu nie znalazłem - siostra rozbroiła mnie pytaniem, czy to przypadkiem nie jakiś używany grat z Allegro. O gustach jednak się nie dyskutuje, trzeba więc posiłkować się innymi zaletami tej obudowy - powinna być wyjątkowo solidna, a lata drobnych poprawek z zakresu ergonomii powinny skutkować niemal perfekcyjną funkcjonalnością.

Rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana - z jednej strony, obudowa ekranu wykonana jest ze specjalnej, gumopodobnej substancji, która faktycznie jest bardzo przyjemna w dotyku, odporna na zarysowania i pewnie trzyma się ręki. Jej górna krawędź wyprofilowana jest niczym pazur i wyposażona w haczyki, które szczelnie domykają ją do korpusu. Zamysł takiej konstrukcji ma uniemozliwić dostanie się obcych przemiotów między ekran a klawiaturę. Ekran otwierany bez potrzeby odblokowywania zaczepów jest jednak zdecydowanie bardziej wygodny, a przez lata używania takiego rozwiązania nic przypadkiem nie dostało mi się do środka. Zawiasy chodzą bardzo solidnie, szkoda tylko, że lewy z nich obija poświatę ekranu. Skąd? Nic nadzwyczajnego, to tylko panel świeci na boki przez kiepskie łączenia plastiku.

Obudowa korpusu, mimo wzmocnienia stopem magnezu, najzwyczajniej w świecie trzeszczy. Jest to szczególnie irytujące, ponieważ najbardziej trzeszczy część podpierająca nadgarstki podczas pisania na klawiaturze. Spasowanie obudowy pozostawia wiele do życzenia i nie chodzi tu wyłącznie o dodatkowe walory akustyczne - przykładowo zamontowanie dysku Samsunga 500 GB 7500 RPM (HM500JJ) powoduje, że obudowa wpada w nieprzyjemne dla rąk wibracje. Mimo, że efekt nie występuje we wszystkich egzemplarzach, obawa o to, czy z czasem obudowa całkowicie się rozklekocze, powoduje wyraźny dyskomfort psychiczny. Człowiek odruchowo przestaje traktować notebooka tak swobodnie jak solidne Volvo, a ostrożnie niczym tekturowego Trabanta.

Obudowa ma jednak kilka bardzo przemyślanych rozwiązań - zawinięcie górnej części matrycy pozwoliło zamontować lampkę podświetlającą ekran i klawiaturę, a nad czytnikiem linii papilarnych znajdziemy lekkie wgłębienie obudowy podpowiadające, gdzie położyć palec, by skanowanie przebiegło prawidłowo. Rozmieszczenie portów wydaje się być wygodne (chociaż osobiście wolę, kiedy wszystkie gniazda są z tyłu, nie po bokach), a dostęp do podstawowych komponentów (dysk, pamieć RAM, bateria, napęd ultrabay) dobrze przemyślany. Warto tylko wspomnieć, że sloty na pamięć RAM nie znajdują się obok siebie - dostęp do jednego jest prosty, wystarczy zdemontować klapkę od spodu, dostęp do drugiego wymaga wyjęcia klawiatury.

Klawiatura, touchpad i ultranav bez zarzutu

Klawiatura nie jest wyspowa i była źródłem mojej największej obawy - przyzwyczajony jestem do wyspowych przyciskow o niewielkim skoku. Skok przycisków w T410 jest nieco większy, niż obecne standardy, ale na szczęście nie jest aż tak duży jak w klawiaturach z lat 90. Można jednak śmiało przyznać, że Lenovo zastosowało sportową zasadę - nie zmienia trenera zwycięzkiej drużyny. Klawiatura T410 jest wyjątkowo wygodna, dostęp do kluczowych przycisków bardzo przemyślany i nie zraził mnie nawet częsty zarzut podnoszony na forach - że skrajnym lewym dolnym przyciskiem nie jest Ctrl, a Fn. Dla tych, którzy nie chcą godzić się ze światem według Lenovo, producent przewidział fajną opcję w BIOSie zamieniającą funkcje przyciskow Ctrl i Fn. Samych przycisków miejscami jednak nie zamienicie, bo maja niestety inny rozmiar.

Klawisze funkcyjne wybrano sensownie i użycie tylko niektórych wymaga obecności w systemie specjalnej aplikacji Lenovo. Podstawowe funkcje typu lampka, jasność ekranu, poziom głośności działają na czystym systemie. Irytujące wydaje się jedynie działanie przycisku zasilania - jest on w stanie komputer włączyć i obudzić, ale nie uśpić, przynajmniej nie w oczywisty sposób. W tym celu trzeba posłużyć się kombinacją Fn+Sleep, którą ciężko wywołać jedną ręką. Zanim powiecie, że głupi jestem, bo zachowanie przycisku Power konfiguruje się w panelu sterowania Windows, powiem że na pierwszy rzut oka się nie da. Nie działa, notebook kompletnie go ignoruje i jest w tym uparty niczym osioł. Dopiero gdy postanowimy być bardziej uparci od niego okaże się, że przycisk realizuje jednak swoją funkcję usypiania - trzeba tylko, co przecież oczywiste, przytrzymać go dłużej. Tylko nie zbyt długo, bo wtedy potraktuje komputer z buta i żegnajcie niezapisane dokumenty.

Można też przyczepić się do spacji, która jest wyraźnie głośniejsza od innych przycisków - niepotrzebnie słychać w pomieszczeniu, kiedy robimy przerwę między wyrazami. Świetne natomiast są przyciski do regulacji głośności oraz natychmiastowego wyciszania głośników i mikrofonu. Można się do nich bardzo szybko przyzwyczaić i będzie ich później brakować w innych notebookach, bo nie jest to rozwiązanie powszechne.

Nad touchpadem nie będę się rozwodził, bo od solidnej normy specjalnie nie odbiega. Dla porządku zauważę tylko, że jest fajnie chropowaty i nawet multitoucha obsługuje, chociaż jak liczycie na iPadową finezję to kupcie Apple. Jest za to odporny na przypadkowy dotyk dłonią. Dużo ciekawszy jest z kolei Ultranav - czerwony guziczek nad literką B, którego starzy wyjadacze nazywają pewną częścią kobiecej anatomii. Rozwiązanie jest... intrygujące. Pozwala precyzyjnie nawigować kursorem i to własnie jemu należy podziękować za dodatkowe przyciski nie tylko pod, ale i nad touchpadem. Sam wolę jednak myszkę - koniecznie taką na kablu, bo od tych bezprzewodowych włosy ponoć wypadają.

Ekran fajny, bo matowy i dla ślepych

Wybór ekranu to w dużej mierze kwestia indywidualnych preferencji. Zażyczyłem sobie do testów 14 cali z rozdzielczością 1280x800 i dostałem, co chciałem. Matryca jest matowa i pokazuje duże litery, więc pod tym względem jestem zadowolony. Czemu? Przy notebooku spędzam zwykle wiele godzin i przeważnie mam obok panel z rozdzielczością Full HD. Wolę więc wygodniej czytać niż cudować, jak na małej powierzchni zmieścić wiele okien. Zwolennicy wielkich rozdzielczości argumentują zazwyczaj, że można przecież zwiększyć DPI fontów. No można, fakt - jak ktoś jest masochistą albo panela nie używa. Rozdzielczość fontów ustawia się dla całego systemu, więc jak ją zwiększymy, to na notebooku litery może i zrobią się czytelne, ale na panelu będą monstrualne. Nie mówiąc o tym, że zdemolują nam wygląd okien i wszystko będzie wyglądać delikatnie mówiąc niesmacznie.

Generalnie byłbym zadowolony gdyby nie fakt, że matryca kolory ma nieco blade, świeci niezbyt mocno, a na niektórych jednobarwnych powierzchniach widać pod wyświetlanym interfejsem siatkę między pikselami. Ogólnie wrażenie rozczarowuje, chociaż przyznam że matryca jest bardzo przyjazna dla oczu. Bardziej niż choćby świetny ekran z Samsunga X460, który ma identyczne parametry, tylko odblaskową powłokę i męczy wzrok. Matowe matryce montowane w notebookach VAIO są jednak równie oczoprzyjazne, a jakość obrazu mają jednak lepszą - da się więc wyważyć to lepiej.

Słowo przy tej okazji o zewnętrznym panelu - opcje jego podłączenia mamy dwie, jedna gorsza od drugiej. Obraz po kablu VGA wymaga szamana, żeby go odpowiednio skalibrować, natomiast obraz po Display Porcie wymagać będzie często przejściówki, która jest mało urocza - nie będę płacil 50 zł za sterczący kawał plastiku, żeby podłączyć to dziadostwo do portu HDMI w panelu. Jak kiedyś Display Port będzie tak popularny jak HDMI i znajdziemy go w każdym konsumenckim produkcie, to krytykę cofnę. Szanse są jednak, że poza specjalistycznymi zastosowaniami skończy jak HD DVD i za kilka lat nikt nie będzie wiedział, co to było.

Demon szybkości z kulawą nogą

Ocena wydajności komputera to dość złożone zjawisko. Pytanie o to, czy urządzenie jest szybkie, zależy od tego, do czego je wykorzystujemy - do grania, gdzie najważniejsza jest karta graficzna, do pracy z dużymi aplikacjami na dużych dokumentach, gdzie najważniejszy jest dysk i RAM, czy do obróbki multimediów, gdzie najważniejszy jest procesor. Konfiguracja bazowa nie jest słaba - procesor Intel Core i5-560M 2,66 GHz do ułomków nie należy, zintegrowana z procesorem karta Intel GMA HD wiele poza OpenAreną nie zdziała, ale do pracy powinna być aż nadto, 6 GB RAMu przy zintegrowanym kontrolerze powinno strzelić ładnym słupkiem w benchmarkach, a dysk 7200 RPM powinien zapewnić względny komfort pracy.

Nie pytacie, skąd dysk 7200 RPM, skoro we wstępie pisałem o dysku 5400 RPM? A powinniście! Oryginalny dysk WD 320 GB 5400 RPM kopnął w kalendarz po tygodniu pracy, więc musiałem go wymienić. Pastwić będziemy się nad tym w podsumowaniu, teraz wróćmy do rzeczy. Procesor osiąga 35,41 GOPSów (Dhrystone 41,47 GIPSów, Whetstone 30,24 GFLOPSów), przepustowość pamięci jest na poziomie równo 8 GB/s, dysk radzi sobie z odczytem średnio 85 MB/s, a indeks wydajności Windows 7 wygląda jak na zrzucie ekranu - wyraźnie widać, że wąskie gardło to zintegrowana grafika i dysk, który mimo że szybki, to jednak tradycyjny, a nie SSD.

Konfiguracja ta jest znacznie nowocześniejsza i mocniejsza od starszej platformy z Intelem Core 2 Duo. Na tle kombinacji z P8400, czwórką RAMu, GeForcem 9200M GS i dyskiem Seagate 7200 RPM codzienna praca z ThinkPadem na nowszej platformie Arrandale niewiele się jednak różni - na oko system startuje tak samo, Outlook z dziesięcioma gigabajtami poczty uruchamia się równie wolno, Chrome przy 10 zakładkach i 10 aplikacjach w tle też potrafi się czasem zamyślić, a Civilizacja V nawet na najmniejszych detalach wysyła notebooka na orbitę. W codziennej pracy to, czy nasz komputer jest z 2011 czy 2008 roku nie ma wielkiego znaczenia. Niuanse zaczynają się przy bardziej specjalistycznych zastosowaniach - wirtualizacja np. chodzi wyraźnie lepiej, bo procesor wspiera VT-d i EPT. Idę jednak o zakład, że gdyby do starszego notebooka z Core 2 Duo zamontować dysk SSD i drugą czwórkę RAMu, testowany ThinkPad w codziennych zadaniach biznesowych spaliłby się ze wstydu - podobnie jak i inne podobne konfiguracje.

Dla mnie osobiście ważniejsze od cyferek w benchmarkach jest to, czy notebook nie będzie się w dziwny sposób przycinał - nic mnie tak nie irytuje jak sprzęt z czterema rdzeniami, toną RAMu i grafiką na paliwo stałe, na którym kursor myszy skacze jakby komputer chwilami całkowicie się zamrażał. Można to sprawdzić np. narzędziem DPC Latncy Checker. DPC to mechanizm Windows, który pozwala ważnym zadaniom (np. obsłudze przerwań systemowych) opóźniać wykonanie niezbędnych, ale mniej ważnych zadań (np. rysowanie kursora myszy na ekranie). W efekcie jądro systemu w wyniku działania np. wadliwego sterownika lub źle dostrojonego sprzętu możne wstrzymać zadania wymagające dużej płynności - odtwarzanie muzyki, obsługę kursora myszy czy przechwytywanie audio/wideo w czasie rzeczywistym. DPC Latency Checker sprawdza, czy z powodu mechanizmu DPC nie dochodzi do zbyt dużego opóźnienia reakcji komputera - przerwy do 1000us są OK, powyżej komputer może mieć problem z przetwarzaniem rzeczywistości analogowej tak, by było to niezauważalne przez użytkownika.

ThinkPad T410 wypada pod tym względem średnio. Kiedy nic się nie dzieje, narzędzie uspokaja nas zielonym ciągiem słupków. Po uruchomieniu kilku rzeczy w tle (7 aplikacji, Windows Media Player odtwarzający muzykę, maszyna wirtualna...) zdarzają się małe piki na żółto, ale nie jest źle. Natomiast po podłączeniu notebooka do bezprzewodowej sieci 5 GHz i obciążeniu transferem wbudowanego Intela 6200 AGN zaczyna się prawdziwa Wiosna Ludów - kursor myszy potrafi zgubić wtedy kontakt z rzeczywistością. Problem występuje tylko przy wykorzystaniu pełnej przepustowości sieci w standardzie N, przy żółwiej prędkości standardu G nasz ThinkPad radzi sobie jak zuch. Ciekawe, jak w tej sytuacji karta sprawdziłaby się przy Intel Wireless Display (o którym Lenovo nie wspomina, choć notebook ma wszystko co trzeba), ale przyznam że tego jeszcze nie sprawdziłem.

Temperatura i dźwięki innego pochodzenia

Przyznam, że po roku korzystania z ultracienkiego notebooka spodziewałem się po ThinkPadzie pewnej ulgi - jest gruby, więc powinien mniej się grzać, być bardziej przewiewny i przez to cichszy. Faktycznie, notebook nie grzeje się przesadnie, jego temperatura nawet przy większym obciążeniu nie wywołuje dyskomfortu. Rąk ani kolan poparzonych więc nie mam, ale uszy za to więdną, jak wchodzi na wyższe obroty. Wiatrak pracuje praktycznie ciągle i kiedy atakuje temperaturę bardziej agresywnie, wydaje z siebie dość nieprzyjemny świst. Można temu zaradzić kupując dobre słuchawki - szkoda, że Lenovo nie postanowiło dodawać ich w komplecie. Fakt, może być dużo gorzej (patrz testowane niedawno VAIO F13), ale może być i zdecydowanie lepiej (patrz VAIO Z13).

Generalnie urządzenie jest dość gadatliwe i nie ogranicza się wyłącznie do szumu wiatraka. Potrafi też nadawać językiem R2-D2 z Gwiezdnych Wojen, co szczególnie mnie irytuje, kiedy siedzę w ciemnym już mieszkaniu późnym wieczorem. Pierwszy raz zdębiałem i pomyślałem, że to lodówka. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że to jakieś żyjątko pod klawiaturą - nadaje tym bardziej, im więcej obiektów rusza się na ekranie albo im bardziej ochoczo ruszam myszką, dokładnie jeszcze nie ustaliłem. Dźwięk jest dziwny, przypomina miejscami piski wydawane przez stacje transformatorowe i muszę przyznać, że o ile w biurze to nie przeszkadza, o tyle w domu szlag mnie trafia.

Żeby nie było, że mam bzika i się czepiam - problem jest znany i dotyczy nie tylko notebooków Lenovo, Dell np. poświęcił mu nawet dokument na stronach wsparcia technicznego. Jest to efekt zjawiska piezoelektrycznego i w ekstremalnych przypadkach może być bardzo słyszalny. Od czego zależy? Teorii jest kilka, większość wskazuje na parametry zasilania, przełączanie procesora między różnymi stanami poboru mocy oraz kiepskiej jakości lakier na cewkach i induktorach, co przy pewnych wartościach napięcia powoduje rezonans słyszalny w paśmie 15-20 KHz. Przekładając na polski - może piszczeć i nic z tym nie zrobicie.

Crapware, który można polubić

Znajomość z nowym sprzętem zaczynam od reinstalacji systemu. Poprawianie przez producentów sprzętu tego, co obsługuje sam Windows, to jakby UFO młotkiem w garażu naprawiać. Część oprogramowania dodatkowego jest oczywiście potrzebna - sterowniki czy obsługa czytnika linii papilarnych - ale są pewne granice, które nowy komputer z SQL Serverem zdecydowanie już przekracza. Przed reinstalacją rzuciłem jednak oko na dodatki Lenovo i przyjemnie zaskoczyło mnie narzędzie Lenovo System Update. Sprawdza konfigurację notebooka i proponuje listę wszystkiego, co według producenta może sie przydać - sterowniki, dodatki, zewnętrzne oprogramowanie, nawet łatki do Windows. Cały crapware, tylko z opcją przejrzenia co do czego i wybrania wyłącznie tego, co chcemy. Zainstalowalem więc Lenovo System Update po instalacji czystego systemu i chwilę poźniej miałem komplet wszystkiego, co uznałem za niezbedne - bez szukania, gdzie leżą sterowniki do konkretnych komponentów. Narzędzie nawet zaktualizowało BIOS, a zaproponowane sterowniki nie odbiegały znacznie od najnowszych wersji udostępnianych przez producentów, czym muszę przyznać zyskało sobie moją sympatię. Updater proponuje też łatki usuwające błędy w Windows, których normalnie sami nie uzyskalibyście od Micorosftu do czasu wyjścia kolejnego Service Packa - brawa dla Lenovo.

Zachęcony spróbowałem też Lenovo Power Managera i tu kolejna niespodzianka - w trybie Advanced ma szereg opcji, których w samym Windowsie faktycznie nie znajdziemy. Pozwala sterować opcją ładowania urządzeń USB przy uśpionym notebooku, kontrolować sposób ładowania baterii (np. kiedy korzystamy głównie z zasilania, lepiej ładować ją do poziomu 96-98%, ale nigdy nie 100%, co skutkuje większą żywotnością baterii) lub zrobić użytek z funkcji Dynamic Brightness Control (ściemnianie ekranu podczas takich operacji, jak np. start systemu, logowanie czy wyłączanie).

Lenovo proponuje też narzędzie ThinkVantage Toolbox oferujące między innymi zaawansowaną diagnostykę systemu bazującą na oprogramowaniu PC-Doctor. Uruchamia się je intrygującym, niebieskim przyciskiem funkcyjnym i pozwala sprawdzić, czy nasz dysk podróżujący wraz z notebookiem w bagażniku nie zaliczył już przypadkiem o jednej dziury za dużo lub czy nowe kości RAM nie mają wad fabrycznych. W działanie innego dodatku, ThinkVantage Active Protection System - wyłączającego dysk w momencie wykrycia zbyt dużych wibracji lub przeciążeń - jakoś jednak specjalnie nie wierzę. Tego typu mechanizmy powinny być implementowane sprzętowo, a aplikacja to tylko złudny komfort psychiczny okupiony kilkoma megabajtami RAMu. Aha - niech tylko ktoś zasugeruje komentarzu, że trzeba było tego nie usuwać, to dysk by nie padł... przydzwonię, słowo daję.

Warto też wiedzieć, że platforma Intela, na której oparty został testowany model, wspiera vPro i Wireless Display. Zainteresowanych odsyłam do prezentacji Pawła Magotta, który opowiadał o tych technologiach podczas ostatniego HotZlotu.

Podsumowanie

Wydaje się, że oczekiwania po ThinkPadzie powinny być spore. Po pierwsze, podstawowy model T410 kosztuje prawie 5 tys., a wersje T410s zaczynają się od 8,5 tys. Po drugie, prestiż marki i te wszystkie legendy o stacji kosmicznej zobowiązują - liczyłem, żeby współczesny ThinkPad będzie podobnej jakości, jak historyczne modele. Przyznam jednak, że urządzenie nie sprawia wrażenia solidnego i tradycyjnie eleganckiego Volvo, a rozkleklekotanego Trabanta - poważnie, nawet IdeaPady, które Lenovo sprzedaje za połowę tej ceny, robią w ręku bardziej solidne wrażenie i nie trzeszczą jak testowany ThinkPad. Jest to rozczarowujące wrażenie, które determinuje cały kontakt z urządzeniem i powoduje, że ciężko cieszyć się jego niewątpliwymi zaletami.

Gwoździem do trumny jest fakt, że urządzenie zepsuło się dosłownie po kilku tygodniach - padł dysk. Należy zaznaczyć, że dla normalnego użytkownika taka usterka jest bardzo poważnym problemem. Nie chodzi tutaj o to, że trzeba skorzystać z gwarancji - jak ktoś wydaje 5 tys. na laptopa, to często woli dorzucić 150 zł na nowy dysk, niż pozbawiać się narzędzia pracy na dwa tygodnie. Problemem w takiej sytuacji staje się brak płyty z systemem i sterownikami - Lenovo nie dodaje jej do laptopa, wszystko to znajduje się na ukrytej partycji recovery, którą diabli wzięli.

Dodam, że podobnego notebooka z tej samej serii używa redakcyjny kolega. Jest on nieco mniej krytyczny wobec wytkniętych wad w wykonaniu obudowy, ale może to być kwestia większej tolerancji na niedoróbki - według mnie obudowa też się ugina, tylko w innych miejscach. Faktem jest, że jego egzemplarz trzeszczy nieco mniej, chociaż np. dziwne dźwięki spod klawiatury też są słyszalne. No i dysk jeszcze się nie zepsuł, więc solidność wykonania ewidentnie większa. Za to on narzeka na wyjątkowo głośną spację, która u mnie jest tylko trochę głośna.

Gdybym miał coś doradzić decydującym się za zakup, to celowałbym raczej w półkę T410s, bo skoro tradycyjna obudowa trzeszczy, a sam notebook i tak głośny, to równie dobrze mógłby trzeszczeć i świszczeć w cieńszej obudowie - przed którą miałem pewne obawy, bo jest już wynalazkiem bardziej Lenovo, niż IBMa, ale widać nie ma to już znaczenia. Możecie spytać, czemu po dość krytycznej recenzji radziłbym zastanowić się nad ThinkPadem? Odpowiedź jest prosta - to powinien być świetny notebook i mimo wszystko wiary w niego nie straciłem. Może trzeba po prostu znaleźć właściwy egzemplarz.

© dobreprogramy
s