W Rosji trwa internetowa wojna domowa. Fani Telegrama ośmieszają cenzurę

Strona główna Aktualności
Telegram na Samsungu Galaxy z depositphotos
Telegram na Samsungu Galaxy z depositphotos

O autorze

Po przychylnym dla nich wyroku sądu, z wielkim entuzjazmem urzędnicy rosyjskiego regulatora telekomunikacyjnego Roskomnadzor rzucili się do blokowania popularnego komunikatora Telegram, tak jakby rozkaz przyszedł od samych najwyższych władz na Kremlu. Tymczasem już teraz widać, że Telegrama nie ma jak zdławić. Dobrze zaprojektowana architektura i zaangażowanie społeczności sprawiają, że Rosjanie wciąż śmiało korzystają z tej aplikacji jako narzędzia bezpiecznej komunikacji i źródła informacji. Dławione jest za to wszystko inne, pokazując że rosyjski urzędnik w swojej mentalności niewiele się zmienił od czasów opowiadań Nikołaja Gogola.

16 kwietnia Roskomnadzor wziął się za blokowanie Telegrama w całej przestrzeni runetu – zaraz po tym, jak moskiewski sąd wydał wyrok w sprawie odmowy wydania Federalnej Służbie Bezpieczeństwa kluczy kryptograficznych, pozwalających na odczytywanie zwykłych czatów użytkowników Telegrama. Zanim jednak cenzor zdołał się porozumieć z operatorami telekomunikacyjnymi w kwestii szczegółów blokady, rosyjscy użytkownicy byli już na nią gotowi technicznie: przygotowali liczne usługi proxy, wzrosła też popularność komercyjnych VPN-ów. Kanały Telegrama, będące dla wielu Rosjan źródłem wiarygodnej, wolnej od propagandy informacji, dalej nadawały.

Widząc co się dzieje, urzędnicy Roskomnadzoru rozszerzyli swoje zapędy do blokowania. Już ponad 18 milionów adresów IP, całe bloki adresowe zostało wciągnięte na czarną listę, byleby tylko uniemożliwić użytkownikom dostęp do niemożliwej do podsłuchiwania komunikacji. To wszystko oczywiście przyniosło spodziewane efekty uboczne – problemy z dostępem do dziesiątek usług, bazujących przede wszystkim na publicznych chmurach Amazonu i Google. Padły nie tylko popularne usługi internetowe, ale nawet systemy rozliczeń kasowych w supermarketach i oprogramowanie do sterowania smart-domami. Niemożliwe stało się granie w wiele gier, pojawiły się problemy z połączeniami przez bardzo popularny w Rosji głosowy komunikator Viber.

Niezadowolenie narasta – menedżerowie wdrażającej blokadę w imieniu Roskomnadzoru firmy E.Soft (notabene mocno powiązanej z rosyjskim Ministerstwem Obrony) już zostali wezwani na dywanik celem złożenia wyjaśnień, co właściwie się dzieje. Internauci zamiast korzystać z zalecanego przez władze komunikatora TamTam (bez jakiegokolwiek szyfrowania oczywiście), rzucili się do Telegrama. Liczba pobrań aplikacji na Androida wzrosła dwukrotnie, ruch z Rosji do witryny telegram.org urósł o jedną trzecią. Roskomnadzor wydał co prawda komunikat, że „degradacja” Telegrama po blokadzie osiągnęła poziom 30%, ale co to właściwie znaczy – tego nie wiadomo.

Wygląda na to, że Kreml też jest niezadowolony, i to wcale nie z tego powodu, że „degradacja” na ledwie 30%. German Klimenko, oficjalny doradca prezydenta Władimira Putina ds. Internetu, stwierdził, że firmom internetowym należą się przeprosiny od Roskomnadzoru i wezwał regulatora do bardziej rozważnego działania.

Rosyjskie niezależne organizacje już mówią o „internetowej wojnie domowej” – tak to określił np. adwokat Paweł Czikow z walczącej o prawa człowieka organizacji Agora. I raczej nie wygląda na to, by Roskomnadzor był w stanie tę wojnę wygrać. Nie jest to tylko kwestia techniczna, choć niewątpliwie technika jest ważna: Paweł Durow już ogłosił, że będzie wspierał bitcoinami wszystkie osoby i firmy, które uruchamiają proxy i VPN pozwalające na korzystanie z Telegrama.

To przede wszystkim kwestia społeczna. Najwyraźniej marzący o powieleniu chińskiego modelu internetowego Wielkiego Muru cenzorzy zapomnieli, że choć Rosja i Chiny są sobie dziś politycznie bliskie, to jednak kulturowo są bardzo odmienne. Pokazują to działania w Chinach niewyobrażalne: kilka dni temu pod siedzibą Roskomnadzoru pojawiła się wiadomość na specyficznego kształtu tablicy ze styropianu, z dosadnym napisem „odbyt sobie zablokuj”. Wagi takich symbolicznych działań nie można przecenić – w ostatnią niedzielę tysiące ludzi wypuściły z okien swoich domów papierowe samolociki, takie jak logo aplikacji. Klipy wideo z tej akcji zalały rosyjskie media społecznościowe.

A by było jeszcze śmieszniej, przez ostatnie kilka dni sama witryna Roskomnadzoru stała się praktycznie niedostępna, po tym jak ktoś kupił na nią usługę DDoS-u z jednego z większych botnetów Internetu Rzeczy (tak przynajmniej mówi się na rosyjskich czanach).

Wcześniej czy później Kreml będzie musiał coś z tą sprawą zrobić. Rozwiązania są dwa: przyjąć model północnokoreański i całkowicie odciąć runet od Internetu, rujnując wszelkie marzenia o nowoczesnej cyfrowej gospodarce, albo sięgnąć po sprawdzoną sztuczkę ze zrzuceniem winy na złych i głupich urzędników, którzy źle zinterpretowali polecenia z góry. Na miejscu Aleksandra Aleksandrowicza Żarowa, od sześciu lat stojącego na czele Roskomnadzoru, już dziś szykowalibyśmy się do szybkiego wyjazdu z kraju. Ktoś za tę kompromitację w końcu przecież będzie musiał odpowiedzieć.

© dobreprogramy