Wielka Brytania chce ograniczyć nieletnim dostęp do pornografii. Efekty są mierne

Strona główna Aktualności

O autorze

Od ponad półtora roku władze Wielkiej Brytanii szukają możliwości ograniczenia nieletnim dostępu do treści pornograficznych w internecie. Rozwiązaniem miałby być ogólnokrajowy system weryfikacji wieku internauty, działający w oparciu o dokument tożsamości. Tylko, jak tu egzekwować ewentualne zakazy? Ano tego Brytyjczycy jeszcze nie opracowali.

Temat ograniczenia dostępu do porno nie stanowi dla mieszkańców UK novum. W przeszłości tamtejszy rząd próbował blokować niechciane treści na poziomie dostawcy, umożliwiając opcjonalne zdjęcie blokady na życzenie użytkownika. Problem w tym, że rozwiązanie się nie sprawdziło, ponieważ filtry odcinały znacznie więcej niż pornografię, choćby witryny dotyczące zdrowia i edukacji seksualnej. W rezultacie blokada stała się tylko balastem, przez który zmuszano ludzi do wypełniania kolejnych dokumentów, aby z tego „zabezpieczenia” mogli zrezygnować.

Dlatego w 2017 r. rękoma Brytyjskiej Komisji ds. Klasyfikacji Filmów (BBFC) do parlamentu trafił projekt rzekomo znacznie doskonalszy, a mianowicie ustawa o gospodarce cyfrowej. Rozporządzenie miało przekazywać odpowiedzialność za niedozwolone dla nieletnich treści bezpośrednio na ręce administratorów witryn zawierających pornografię. Pod groźbą odcięcia od pośredników płatności spróbowano wymusić usprawnienie mechanizmów weryfikacji wieku.

Jednocześnie na wiosnę 2018 r. zapowiedziano wdrożenie ogólnokrajowego filtru, ale realizację najpierw odłożono do listopada, a teraz zrobiono to raz jeszcze. Tym razem bezterminowo. I oto wracamy do punktu wyjścia – chciałoby się rzec.

Ale o co właściwie chodzi?

No właśnie, tego do końca nie wiedzą chyba nawet sami pomysłodawcy ustawy. Władzom UK najwyraźniej nie podoba się, że odpowiedzi udzielane w internecie na pytania o wiek nie są w żaden sposób sprawdzane. Jednak nie mając żadnego pomysłu, jak sobie z tym poradzić, urzędnicy rzucają dziesiątkami pustych haseł o podobno zbawiennych filtrach.

Tymczasem opracowanie efektywnego porno-filtru to twardy orzech do zgryzienia. Przekonało się o tym chociażby Apple, które wraz z systemem iOS 12 podjęło próbę wdrożenia funkcji kontroli rodzicielskiej odwiedzanych stron. Jak ustalił edukacyjny serwis O.School, podobnie jak w przypadku pierwszego podejścia Brytyjczyków, filtr blokuje o wiele za dużo. Przykładowo, nie pozwala wyszukać przepisu na hiszpański deser z mleka, zwany dulce de leche, jako że słowo leche w języku hiszpańskim oznacza nie tylko mleko.

Niczym w dowcipie o kapralu, któremu wszystko kojarzy się z tylną częścią ciała, na podobniej zasadzie kontekst seksualny przypisać można dużej części popularnych słów, w wielu językach. To dobitnie obrazuje, jak bezsensowne są słownikowe metody analizy treści (a wiele wody w Wiśle upłynie, zanim algorytmy zaczną rozumieć kontekst, co dobitnie obrazuje działanie tłumaczy językowych, na czele z popularnym Google Translatorem).

Bardziej efektywne zdają się być metody analizy obrazu, ale to dalej nie rozwiązuje wszystkich problemów. SI mogą wyszukiwać nagości tam, gdzie jej pokazywanie jest całkowicie niedopuszczone, ale nie w otwartej przestrzeni internetu, zważywszy na przykład na treści edukacyjne.

Tyle że to ciągle bez sensu...

Przy czym, abstrahując już od problemów na poletku ustawodawczym czy technicznym, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię: ogromny poziom absurdu towarzyszący całej tej krucjacie antypornograficznej. Wygląda to tak, jakby wierzono, że jeden zakaz rozwiąże wszystkie problemy związane z nieletnimi i internetem. A co można w sieci znaleźć, każdy powinien doskonale wiedzieć – wszystko, włącznie z filmikami przedstawiającymi brutalne morderstwa ludzi i zwierząt. Czy przekaz o charakterze seksualnym naprawdę jest z tego wszystkiego najgorszy? Śmiem wątpić.

Na końcu warto dodać, że najlepszym „filtrem” tego, co dziecko przegląda w sieci, są bez wątpienia rodzice. I to od nich, przyznajcie, a nie urzędników i ich komisji powinno zależeć, jakie treści będą wyszukiwane.

© dobreprogramy