Windows 10: majowa aktualizacja to porażka, coś tu poszło nie tak (opinia)

Strona główna Aktualności
Microsoft wciąż ma co poprawiać w Windows 10, fot. Oskar Ziomek
Microsoft wciąż ma co poprawiać w Windows 10, fot. Oskar Ziomek

O autorze

Majowa aktualizacja Windows 10 jest z nami od ponad tygodnia – a przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce mało kto widział ją na oczy z powodu licznych błędów. Usterki oczywiście się zdarzają, ale tym razem jest ich sporo. W praktyce to stracona okazja do "odczarowania" złej renomy łatek wydawanych do Windowsa 10 – ta wersja systemu była testowana dłużej niż zwykle, a już teraz widać, że istotnych problemów jest nadzwyczaj dużo: znane są już na przykład problemy z dyskami Intela oraz sterownikami wielu komponentów.

Rezultatem jest wstrzymywanie aktualizacji Windows 10 w komputerach, gdzie mogłaby sprawiać problemy. To podejście jest generalnie godne pochwały, ale warto pamiętać, że jest to pokłosie na swój sposób przełomowej październikowej aktualizacji Windows 10 (1809) z końca 2018 roku. Przełomowej, bo w wyniku poważnej usterki, użytkownicy zaczęli po jej instalacji tracić pliki. Microsoft zrobił krok wstecz i wstrzymał wdrażanie, w kolejnych miesiącach przyznając, że oprogramowanie nie było wystarczająco dobrze przetestowane i trzeba w tym zakresie wiele zmienić.

W efekcie wprowadzono liczne modyfikacje w procesie testowania, których konsekwencje obserwujemy obecnie. Kolejne wersje sprawdzane są dłużej, a wykrycie jakichkolwiek błędów skutkuje wstrzymaniem instalacji w komputerach, gdzie aktualizacja może wyrządzić szkody. Teoretycznie wszyscy narzekający na błędy Windowsa 10 właśnie tego chcieli, ale rok temu chyba nikt się nie spodziewał, że takie podejście może się na swój sposób wymknąć spod kontroli.

Praktyka pokazała bowiem, że wdrażanie spowolnione jest tak bardzo, iż obecnie niemal połowa użytkowników Windows 10 nadal korzysta z wersji wydanej ponad rok temu. Dla porównania, kiedy na początku 2018 roku Microsoft wydał kwietniową aktualizację (wersję 1803), w około dwa miesiące trafiła do prawie 80 proc. użytkowników Windows 10. Dzisiaj listopadowa aktualizacja z 2019 roku (wersja 1909) po ponad 6 miesiącach od premiery nie działa nawet u 40 proc. użytkowników "dziesiątki".

Widać więc już, że jeśli Microsoft nie zadba o szybsze naprawianie usterek, najświeższa majowa aktualizacja w ogóle tego trendu nie zmieni. Nie zdziwię się, jeśli za kilka miesięcy statystyki popularności wersji Windowsa 10 będą jeszcze mniej optymistyczne niż te dotyczące aktualizacji sprzed pół roku, która swoją drogą od technicznej strony była tylko aktualizacją zbiorczą, więc jej wdrożenie powinno być "pestką".

Świetne komunikaty. Szkoda, że nie każdy je widzi

Microsoft, będąc świadomym problemu powolnego wdrażania nowych wersji Windows 10, zdecydował się po raz pierwszy w czytelny sposób informować użytkowników, że ich sprzęt jest kłopotliwy i muszą uzbroić się w chwilę cierpliwości. Odpowiedni komunikat powinien być widoczny w Windows Update u wszystkich osób, które w tym momencie nie mogą pobrać Windowsa 10 20H1.

Bez cienia ironii pochwalam to rozwiązanie i uważam, że powinno tu być obecne "od początku". Problem polega jednak na tym, że i tego elementu nie dopracowano, bo nowe powiadomienia nie pokazują się w każdym komputerze. Niektórzy użytkownicy nie są więc świadomi, że została wydana jakakolwiek ważna aktualizacja i że kiedyś będzie im dane ją pobrać. Po wybraniu przycisku "Sprawdź aktualizacje" dowiadują się, że wszystko jest aktualne i... tyle. Szkoda, bo generalnie rzecz biorąc – to nieprawda.

Skoro więc Microsoft nie potrafi dopracować tak błahego elementu usługi Windows Update jak komunikat o nadchodzącej wersji, trudno się dziwić, że pojawiają się problemy dużo większego kalibru, które dotykają konkretne konfiguracje sprzętowe. Co zabawniejsze, dotyczą w takim samym stopniu urządzeń Surface, a to dopracowanie zgodności z nimi powinno być przecież priorytetem.

Edge z Chromium, który nie jest elementem nowej wersji systemu

Do tych wszystkich problemów dochodzi jeszcze wdrażanie nowych, kluczowych elementów Windowsa 10 niezależnie od dużych wersji. Z jednej strony pozwala to Microsoftowi udostępniać nowości bez czekania nawet kilka miesięcy na "kolejną dużą aktualizację", ale z drugiej, wprowadza pewien chaos. Przykładem jest automatyczne wdrażanie nowego Edge'a, które rozpoczęło się równolegle z majową aktualizacją, ale w praktyce nie jest jej elementem.

Konsekwencją są więc sytuacje, w których przeglądarka aktualizuje się i informuje o swojej wspaniałości po ponownym uruchomieniu komputera, co może dawać złudne w tym przypadku wrażenie, że zapowiadana od miesięcy aktualizacja komputera w końcu doszła do skutku. W praktyce instalacja Windows 10 20H1 to inna kwestia, z Edge'em z Chromium bezpośrednio niezwiązana.

Potrzeba zmian

W mojej ocenie, Microsoft nieco "zapętlił się" w swoich decyzjach związanych z aktualizacjami. Z jednej strony poszedł użytkownikom na rękę, nie zmuszając ich od razu do instalacji najnowszych kompilacji, ale z drugiej – dokładnie z tego samego powodu – rośnie fragmentacja i liczba problemów, z jakimi borykają się użytkownicy. Kolejną wpadką jest tegoroczna majowa aktualizacja, którą testowano wyraźnie dłużej niż zwykle, a już znanych jest kilkanaście powodów, dla których może być wstrzymywane jej wdrażanie w komputerach.

Jeśli nic w tej kwestii się nie zmieni, a "nowy Windows 10" dalej będzie wydawany dwa razy w roku, za parę lat okaże się, że najpopularniejsze są wydania sprzed 12, 24 albo 36 miesięcy, bo nowsze po prostu nie zostały jeszcze zaproponowane użytkownikowi do instalacji. W ten sposób nigdy nie uda się doprowadzić do sytuacji, w której na każdym urządzeniu będzie działać "jeden Windows 10", zaś programiści będą mieć coraz więcej pracy w zakresie utrzymywania przy życiu aż tylu wydań.

© dobreprogramy
s