Przegrzewająca się karta graficzna w laptopie to żaden problem – wystarczy prosta sztuczka

Strona główna Aktualności
Źródło: Depositphotos
Źródło: Depositphotos

O autorze

Wydawałoby się, że w czasach, w których do laptopów trafiają pełnoprawne karty graficzne, znane z desktopów, nic już nie stoi na przeszkodzie, aby cieszyć się ulubionymi grami w podróży. Nie zawsze jednak jest to takie oczywiste. Firma NVIDIA, lider segmentu wydajnych kart graficznych, a zarazem niemalże monopolista na rynku rozwiązań graficznych dla notebooków rzeczywiście, wraz z premierą serii GeForce 10, zaczęła oferować pełnoprawne rdzenie graficzne do laptopów. Tyle że producenci samych laptopów potrafią korzystać z nich w wyjątkowo niezgrabny sposób, przez co wydajność nie zawsze jest taka, jak byśmy chcieli...

Ale do rzeczy. Producent jakby nie bierze poprawki na to, że ciasna obudowa notebooka niesie za sobą oczywiste ograniczenia w kwestii usuwania ciepła. Wprawdzie mobilne karty graficzne mają niekiedy niższe taktowania od swych stacjonarnych odpowiedników, ale krzywa napięć zasilających pozostaje bardzo podobna. Tym bardziej naraża się kartę na niepotrzebne straty energii (a te, jak wiadomo, znajdują ujście w postaci ciepła i notebook się przegrzewa).

Żebym nie był gołosłowny – przykład. Sprzęt widoczny na powyższym zdjęciu to mój prywatny HP Pavilion Gaming 15, model na rok 2018, wyposażony m.in. w kartę graficzną NVIDIA GeForce GTX 1050 Ti 4 GB. I to właśnie z rzeczoną kartą graficzną jest największy problem.

GPU Boost 3.0, algorytm odpowiedzialny za zarządzanie częstotliwością taktowania, usiłuje rozpędzić rdzeń do 1785 MHz, stosując przy tym napięcie zasilające 1,2 V tak, jak w przypadku GeForce'a GTX 1050 Ti dla desktopów. Tylko, równocześnie faktorem limitującym okazuje się punkt krytyczny temperatury, ustalony na 85 st. Celsjusza. Efekt jest taki, że zegar zatrzymuje się na 1696 MHz i często spada nawet do niższych wartości, zmagając się z temperaturą na poziomie 87 st. Notebook zaczyna wyć, wydajność w grach zaś – spadać wskutek chwilowych spadków częstotliwości. I takie zachowanie dotyczy naprawdę wielu modeli laptopów z kartami graficznymi GeForce 10.

Na kłopoty – undervolting

Jednak można temu w prosty sposób zapobiec. Wystarczy zdać sobie sprawę, jak bardzo napięcie zasilające wpływa na straty energii, a następnie użyć programu MSI Afterburner do sprawdzenia, przy jakim najniższym napięciu uzyskiwane jest maksymalne taktowanie.

Kombinacja klawiszy Ctrl i F pozwala dostać się do edytora krzywej napięcia i taktowania. Jak widać, użyty w przykładzie GeForce GTX 1050 Ti osiąga wspomnianych 1696 MHz już przy 1,0 - 1,025 V.

Ja postanowiłem pójść o krok dalej i spróbować uzyskać takie taktowanie przy 0,925 V, wygładzając większą część krzywej. Pozostało już tylko zamknąć okno edytora i zapisać ustawienia, podobnie jak w przypadku typowego podkręcania w programie MSI Afterburner poprzez suwaki. Efekt? Przyznam, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Zresztą, zobaczcie sami.

12 st. Celsjusza mniej pod koniec drugiej rundy rozgrywanej z rzędu w nowym Call of Duty: Black Ops 4, odczuwalnie chłodniejsza obudowa w okolicach klawiatury i brak denerwujących spadków częstotliwości zegara taktującego, prowadzących do chwilowych przycięć animacji. A wszystko to przy identycznym taktowaniu szczytowym – 1696 MHz, czyli bez uszczerbku na średniej liczbie generowanych klatek animacji (i przy – powtórzę – wzroście liczby minimalnej).

Oczywiście w przypadku innego egzemplarza notebooka może to wyglądać nieco inaczej: undervolting, niczym overclocking, zależny jest od loterii krzemowej podczas zakupu, przez co stabilność konkretnych ustawień należy zweryfikować samemu. Tak czy inaczej, z tego miejsca gorąco zachęcam wszystkich posiadaczy nowych laptopów, zwłaszcza tych z grafiką GeForce 10, do zapoznania się z tematem. Osiągnięcia, co – mam nadzieję – widać na powyższym przykładzie, potrafią być naprawdę spektakularne.

© dobreprogramy