mydlink Home – domowy monitoring z odrobiną automatyzacji

Strona główna Lab Inne

O autorze

W dzisiejszych czasach każdy chce mieć swoje urządzenia, pozwalające zamontować w domu monitoring, pomóc oszczędzać energię i zautomatyzować niektóre zadania. Dlatego też przedmiotem tej recenzji będzie nie jedno, ale pięć urządzeń. Wszystkie należą do serii mydlink Home, którą poznać można po charakterystycznym domku na pudełku.

Przedmiotem testu będą dwie kamery (DCS-5010L i DCS-935L), czujnik ruchu (DCH-S150), sprytne gniazdko (DSP-W215) i ciekawe połączenie dodatkowego punktu dostępowego WiFi z odbiornikiem dźwięku DLNA (DH-M225). Wszystkie mogą pracować w jednej sieci Wi-Fi (2,4 GHz, n/g/b) i poza zasilaniem niczego więcej nie potrzebują. Pomysł firmy D-Link opiera się na bezpośredniej komunikacji między urządzeniami w domowej sieci bezprzewodowej. Wszelkie ustawienia należy wprowadzać w aplikacji mobilnej.

Podłączenie każdego z urządzeń do sieci wymaga kilku kroków. Najpierw należy pobrać na swojego smartfona bądź tablet aplikację mydlink Home (iOS, Android), zapalić dużo światła i na wszelki wypadek mieć w pogotowiu lupę. Następnie należy utworzyć konto w usłudze D-Linka. Łączenie każdego urządzenia z kontem wymaga włączenia go, uruchomienia aplikacji, wybrania opcji dodawania urządzenia, zeskanowania kodu QR lub próby podłączenia smartfonu do własnej sieci WiFi urządzenia, czasami także wyjęcia urządzenia z gniazdka, przepisania hasła sieci z obudowy na kartkę (kopia powinna znajdować się w pudełku po sprzęcie), włączenia go ponownie, kolejnej próby połączenia… podania mu danych sieci domowej i odrobiny szczęścia, gdyż nie zawsze od razu jest w stanie się połączyć.

Proces ten jest frustrujący, nieprzemyślany, literki na naklejkach małe i niewyraźne. Myślę, że można było zrobić to wszystko prościej. Na szczęście wystarczy przejść przez ten proces tylko raz na każde urządzenie. Jeśli router domowy na to pozwala, można skorzystać z WPS. Status połączenia można odczytać w aplikacji lub za pomocą diod na urządzeniach – każde poza repeaterem świeci na zielono, jeśli wszystko jest w porządku. Mrugające pomarańczowe światło sygnalizuje problem z połączeniem.

W aplikacji możemy wykonać trzy typy czynności: konfigurować akcje (jeśli to, to zrób tamto), poukładać urządzenia w grupy i przeglądać zapisywane przez nie dane. Kiedy już przebrniemy przez proces konfiguracji każdego sprzętu z osobna, jej obsługa to przysłowiowa bułka z masłem. Wiele z tych czynności możemy wykonać także na stronie mydlink po zalogowaniu i zainstalowaniu Javy.

Sterowanie urządzeniami może odbywać się bezpośrednio z aplikacji, można także skorzystać z automatyzacji za pomocą harmonogramów i akcji. W aplikacji możemy zaznaczyć na siatce godzinowej, w jakich godzinach coś będzie działać na przestrzeni tygodnia, a następnie przypisać wybrany harmonogram do urządzenia lub akcji. Dzięki temu na przykład wykrywanie ruchu będzie działać tylko kiedy nikogo nie ma w domu, a światło będzie się zapalać tylko wieczorem. Można skorzystać także z prostszych, cyklicznych harmonogramów – na przykład włączamy coś co godzinę na 15 minut we wtorki i czwartki między 8:00 i 17:30.

Reguły pozwalają na wykonanie akcji w reakcji na sygnał (na przykład wykrycie ruchu). Nie możemy tu niestety zlecić zmiany stanu z włączonego na wyłączone lub z wyłączonego na włączone – pozostaje zadowolić się możliwością ustalenia włączania, a wyłączanie rozwiązać inaczej, na przykład harmonogramem lub ręcznie. Nie jest to szczyt marzeń, ale da się z tym żyć. Z drugiej strony trzeba zaznaczyć, że układanie reguł jest banalnie proste i każdy powinien sobie z tym poradzić.

Możliwe jest zlecenie wykonania akcji innemu urządzeniu w ramach konta, a także wysłanie powiadomienia Push na urządzenia, na których zainstalowana jest aplikacja mydlink Home. Z tym jednak trzeba ostrożnie. Poza tymi powiadomieniami, których sobie życzymy, system będzie przesyłał także informacje o odłączeniu się urządzeń, starcie zgodnie z harmonogramem, rozpoczęciu działania reguł i tak dalej. Niestety tekst powiadomień na wielu mniejszych urządzeniach jest ucinany.

Powyższe zrzuty pokazują, że aplikacja jest banalnie prosta i mimo braku wersji polskiej nie powinna sprawiać problemów. Do ideału jednak sporo jej brakuje. Przede wszystkim nie została zaprojektowana do pracy na dużych ekranach i już na telefonie z ekranem o przekątnej powyżej 5 cali widać artefakty na grafikach. Na tablecie wygląda fatalnie. Wraz z kolejnymi aktualizacjami błędy są naprawiane, ale pojawiają się nowe – w wersji 2.1.0 z marca znikł widok miernika poboru mocy w sekcji poświęconej obsłudze gniazdka.

Gniazdko dla domu z elektrycznym bojlerem

Gniazdko jest dość duże i z pewnością nikt nie będzie chciał mieć go na widoku. Pierwszą myślą wielu testerów byłoby w tym momencie wykorzystanie czujnika ruchu i włączanie lampki kiedy ktoś wchodzi do pokoju, ale w tak prozaicznej sytuacji gniazdko po prostu będzie się marnować. Skrzydła rozwinie dopiero w trudnych warunkach domowej kotłowni, gdzie będzie sterować bojlerem, lub jako gwarant bezpieczeństwa dla farelki lub żelazka.

W aplikacji mobilnej można ustawić dla gniazdka harmonogram pracy dnia, dzięki czemu na przykład ogrzewanie będzie włączać się o określonej godzinie. Dodatkowo, bez zapuszczania się do pomieszczeń gospodarczych osobiście, można włączyć je na życzenie. Jeśli bliżej będzie do gniazdka, niż do smartfonu, można po prostu nacisnąć przycisk na nim i w ten sposób włączyć lub wyłączyć przesyłanie prądu dalej. Wbudowane zabezpieczenia pozwalają odciąć zasilanie, jeśli temperatura gniazdka przekroczy określony próg, a także wysłanie powiadomienia lub wyłączenie jeśli pobranych zostanie więcej kilowatów, niż ustalona wcześniej wartość graniczna. Pozwala to monitorować zużycie energii i zadbać o domowy budżet.

Jeśli jednak ktoś zdecyduje się na używanie gniazdka w pomieszczeniach mieszkalnych, musi liczyć się ze słyszalnym pstryknięciem przy każdej zmianie stanu.

Cena gniazdka to 190 złotych.

Domowy monitoring z czkawką

Kamerka IP DCS-935L to następca testowanej przez nas DCS-932L. Z zewnątrz różni się niewiele - ma nieco inną podstawkę o szerszym zakresie ruchu i z możliwością przykręcenia, pozbyła się gniazdka ethernetowego, ale podobnie jak starszy model została wyposażona w „noktowizor” (diody emitujące podczerwień i odpowiedni filtr dla matrycy). Między trybem dziennym i nocnym przełącza się automatycznie, co oczywiście słychać. Można wymusić to także z poziomu aplikacji.

Jej możliwości, poza rejestrowaniem obrazu, obejmują także wykrywanie ruchu w wybranej strefie i wykrywanie hałasu, Czułość oraz strefy możemy zdefiniować w aplikacji, można tam także oglądać co się dzieje w domu na żywo i jeśli łącze na to pozwala, także w przyzwoitej jakości 720p (MJPG). Jeśli zajdzie potrzeba, obraz zostanie przeskalowany w dół. Często obraz nie jest zsynchronizowany z dźwiękiem.

Jako że czas testów zbiegł się z czasem przygotowań rozsad, czujne oko kamery śledziło rozwój młodych roślin (które najwyraźniej nie lubią nadzoru, bo dużo lepiej rosły kiedy kamery nie było w pobliżu). Nie zmienia to faktu, że jakość obrazu, zarówno w dzień, jak i w nocy, pozwala na dojrzenie malutkich listków. Z przykrością muszę poinformować, że jest to najbardziej problematyczny element zestawu, który kaprysi przy połączeniu z domową siecią WiFi i często odmawia przesyłania obrazu do aplikacji. Przy próbie połączenia nawet w obrębie tej samej sieci trzeba liczyć się z niepowodzeniem.

Jej cena nieznacznie przekracza 400 złotych.

Monitoring klatki schodowej testowany na zwierzętach

Kamera DCS-5010L to mój ulubiony element zestawu, choć zapewniana przez nią jakość obrazu pozostawia trochę do życzenia. Możemy liczyć najwyżej na rozdzielczość 400×640 i nieszczególną paletę barw. Rekompensują to szerokie możliwości montażu i silniczki do sterowania kierunkiem „patrzenia” kamery. Zarówno w aplikacji mobilnej, jak i na stronie, można zlecić jej zmianę kąta ustawienia, co sprawdza się szczególnie dobrze, jeśli urządzenie zostanie podwieszone pod sufitem (na skosach można skorzystać z dołączonej odchylanej podstawki). Sterowanie jest dość precyzyjne, choć działa z opóźnieniem i w transmisji słychać pracę silników. Nie można niestety zlecić kamerze cyklicznej zmiany pozycji przy monitorowaniu większych pomieszczeń, przez co silniki trochę się marnują – służą bardziej do ustawienia kamery pod kątem wykrywania ruchu niż monitoringu większych pomieszczeń.

Kamera ta może pochwalić się także bardzo dobrym wykrywaniem ruchu. przy odpowiednio ustawionej czułości nawet mysz się nie prześlizgnie! Niestety podobnie jak opisana wyżej DCS-935L ma problemy z siecią – dużo mniejsze, ale jednak zdarza jej się spontanicznie rozłączyć. Szczęśliwie na ratunek przychodzi gniazdo ethernetowe, które znajdziemy w podstawce. Zabrakło tu monitorowania poziomu hałasu, choć kamera ma całkiem niezły mikrofon. Przełączanie się między trybem dziennym i nocnym (IR) działa bezbłędnie.

Jej cena to nieco ponad 400 złotych.

Czujnik ruchu z lampką nocną gratis

Czujnik ruchu okazał się prawie tak niezawodny, jak gniazdko. Udało się go skonfigurować za pierwszym razem i podczas długich testów tylko kilka razy utracił połączenie, co jest świetnym wynikiem w porównaniu do kamer. Jego działaniu naprawdę trudno coś zarzucić. Na ruch reaguje prawidłowo i zależnie od ustawień czułości. Nie sprawia problemów przy próbie połączenia się z nim z poziomu aplikacji i sumiennie zapisuje, kiedy wykrył ruch.

Specyfikacja tego czujnika mówi o wykrywaniu ruchu na odległość 8 metrów, pod kątem 100° w poziomie i 80° w pionie, co zostało potwierdzone w praktyce. 100° w poziomie oznacza jednak, że trzeba przejść na wysokości czujnika, by zareagował, i warto mieć to na uwadze przy planowaniu włączania z jego pomocą światła.

Nie ma jednak urządzeń bez wad, a wady tego widać w nocy. Czujnik delikatnie świeci na zielono, jeśli prawidłowo połączy się z siecią domową. Jeśli połączenie utraci, mruga jak szalony, świecąc na ścianę na dobry metr. Przy schodach delikatne światło jest mile widziane, ale nie polecam korzystania z niego w sypialni.

Czujnik kosztuje 170 złotych.

Muzyka wszędzie, gdzie sięga kabel głośników

Music Everywhere to ciekawe połączenie odbiornika dźwięku DLNA i AirPlay z dodatkowym punktem dostępowym sieci WiFi. Wyjątkowo tego urządzenia nie konfigurujemy aplikacją mydlink Home – tu należy skorzystać z QRS, przeznaczonej do konfiguracji sprzętu sieciowego, lub panelu webowego. Aplikacja nie jest szczególnie przyjemna dla oka, ale spełnia swoje zadanie i pozwala relatywnie szybko skonfigurować dodatkową sieć WiFi, która będzie rozszerzeniem głównej sieci domowej. Nie jest to niestety transparentny ekstender.

Korzystanie z odbiornika muzycznego wymaga podłączenia do Music Everywhere małym jackiem głośników bądź urządzenia z głośnikami. Mamy więc możliwość puszczania muzyki na swoją ulubioną wieżę ze smartfona bez kabla, ale odbywa się to kosztem dodatkowej sieci w domu. Nowa sieć może działać być zabezpieczona przez Wi-Fi Protected Access (WPA/WPA2) lub WEP z szyfrowaniem 64/128-bit. Nie zabrakło WPS (PBC).

Jeśli urządzenie znajdzie się w pobliżu odbiornika radiowego, można zapomnieć o słuchaniu. Transmisja muzyki jednak odbywa się bez żadnego problemu – wystarczy w ustawieniach systemu lub odtwarzacza odnaleźć odbiornik.

Czy to urządzenie będzie lepsze od analogicznego odbiornika na Bluetooth? Jeśli już przełkniemy dodatkową sieć w domu, zdecydowanie tak. Przede wszystkim DLNA, AirPlay i inne systemy działające w sieci WiFi dużo lepiej sprawdzają się w domach, a nawet w dużych pokojach. Bluetooth ma dużo mniejszy zasięg i źle reaguje na obecność ścian. Jakość dźwięku również się różni – przesyłany przez Bluetooth musi zostać skompresowany, przy WiFi zaś w zasadzie nie ma ograniczeń gdy korzystamy z DLNA (wszystko zależy od właściwości odbiornika, a w wielu z nich można samemu „grzebać”), AirPlay zaś domyślnie korzysta z AAC i zapewnia jakość CD (bezstratne pliki zostaną zredukowane).

Music Everywhere kosztuje niecałe 200 złotych.

Zestaw produktów proponowanych przez D-Linka nie do końca można nazwać „inteligentnym domem”. Zdecydowanie brakuje możliwości konfiguracji wydarzeń bardziej zaawansowanych niż wykryto ruch, więc włącz wiatrak, zdecydowanie brakuje warunków typu włącz lampkę jeśli jest wyłączona lub wyłącz jeśli jest już włączona. Pomijam już to, że włączanie lampki za pomocą opisanego wyżej gniazdka to polowanie z armatą na muchę, ale jeśli komuś brakuje sterowania urządzeniami większego kalibru, jak grzejnik, albo pewności, czy żelazko na pewno zostało wyłączone, będzie z tego gniazdka zadowolony. Z czujnika ruchu również.

Za pomocą kamer i czujnika ruchu można ułożyć sobie w miarę sprawny domowy monitoring. Jeśli w sieci domowej pracuje NAS (na przykład firmy D-Link lub Synology), można zlecić mu zapisywanie obrazu z kamer i potem przejrzeć historię. Powiadomienia Push wysyłane na telefon bywają irytujące, zwłaszcza jeśli moduł WiFi kamery będzie miał „czkawkę”, ale naprawdę mogą się przydać – choćby do walki z nieproszonymi gryzoniami. Problem w tym, że obsługa sieci w urządzeniach kuleje (najmniej w czujniku ruchu) i trudno im zaufać. Niektórzy zarzucają kamerom także zbytnią czułość przy wykrywaniu ruchu, ale moim zdaniem często reagują po prostu na zmiany w „plamie słońca” wpadającego przez okno. Jeśli ruch wykrywany jest na podstawie analizy obrazu, trzeba się z tym liczyć.

Repeater Music Everywhere… po prostu działa.

© dobreprogramy