Nie pamiętam, do czego służy Facebook

Wedle dzisiejszych norm, uzyskałem stały dostęp do internetu dość późno, bo dopiero w gimnazjum. Choć było to dopiero kilkanaście lat temu, sieć wyglądała wtedy znacząco odmiennie. Identycznym była jednak prędkość, z jaką można było zostać obywatelem internetu – okres adaptacji zajmował bowiem kilka dni, a surowe konwenanse i netykieta należały dawno do przeszłości. Internetowa socjalizacja przebiegała w Polsce wtedy głównie na forach i blogach, a jedynym medium o wysokiej prędkości były komunikatory internetowe. Hybrydowe media społecznościowe, jak MySpace, miały problemy z przebiciem. Wynikało to z faktu niepokrywania zapotrzebowania na sieć społecznościową, które nie zostało jeszcze wtedy jednoznacznie zidentyfikowane. Budowanie grupy znajomych („followersów”) wymagało regularnego tworzenia treści, a natura ówczesnych portali wymuszała może niekoniecznie jakość (z tym było słabo od początku), ale przynajmniej objętość. 

Sytuacja zaczęła ulegać stopniowej zmianie wraz ze wzrostem liczby użytkowników na portalach niżej stawiających poprzeczkę. Pierwszym winnym został tutaj serwis „fotka.pl”, błyskawicznie rozbudowujący niegdyś szwadron swoich zwolenników oraz, niemal jednocześnie, nie mniejszą grupę szyderców, często wyrażających swoją dezaprobatę w mało ambitny i wyszukany sposób. Fotka pozwalała na natychmiastową karierę: DeviantArt wymuszał posiadanie talentu plastycznego, feeria serwisów blogowych zakładała, że użytkownik potrafi dostarczyć zbiór chociaż kilkunastu poprawnych składniowo zdań, a Fotka potrzebowała do szczęście wyłącznie zdjęcia – a coraz więcej telefonów miało aparat fotograficzny i łączność internetową. Niniejszy „zero effort workflow” miał stać się znakiem czasów. Przyszłość miała należeć do błyskawicznego tworzenia mało wymagających treści, pozwalających na natychmiastową walidację. Czyli coś na kształt połączenia bezrozumnego ekshibicjonizmu z terapeutyczną grupą wsparcia. Fotka realizowała to piorunująco skutecznie, ale nieco trudniej było z innymi kanałami komunikacji. 

Wtedy przyszła Nasza Klasa: portal teoretycznie pozwalający odbudować szkolne znajomości z dawnych latach. Jego sukces jawi się jako niewspółmierny do tak ograniczonego spektrum zastosowań, ale jakimś cudem to nie przeszkadzało. NK bowiem nie tylko odbudowała wiele przyjaźni, zaniedbanych przez wątłe możliwości komunikacyjne oraz inne, mniej podniosłe koleje losu. Przez jakiś czas była centralą drugiego, cyfrowego życia. Nie tylko pozwalała tworzyć grupy, publikować zdjęcia i krótkie wiadomości, ale również zakładać całe, automatycznie moderowane fora. Nasza Klasa osiągnęła wyżyny swojej potęgi, gdy byłem w liceum. Dlatego z trudem przychodziło mi zrozumieć jej rolę w mojej grupie wiekowej. Ze względów biologicznych nie publikowałem swoich zdjęć, do oglądania cudzych służyły inne media, od artystycznych deviantartów, po szereg innych stron niezmiennie pytających z naiwnością, czy już skończyłem 18 lat. Nie potrzebowałem również odbudowywania szkolnych znajomości, ponieważ dalej byłem uczniem swojego sześcioletniego ZSO, a z dawną rejonową podstawówką-mordownią niekoniecznie chciałem mieć cokolwiek wspólnego. Nie potrzebowaliśmy też klasowego forum, bo już mieliśmy własne. Również komunikator, w co przez pewien czas także celowała NK, był mi dostarczany inną drogą, czyli przez Gadu-Gadu.

Wkrótce potem, Naszą Klasę wyparł (na szczęście) Facebook. Był to portal, którego bezideowość, jak to zwykle z bezideowością bywa, stanowiła główną zaletę. Nie ograniczał się do szczególnego scenariusza użycia: nie obierał za cel odbudowywania szkolnych znajomości, nie zakładał operowania tylko w jednym kraju, był idealnie nijaki. Dzięki temu miał przewagę: nie potrzebuję drogi dotarcia do kogoś, kto siedzi obok mnie w ławce na co dzień, interesuje mnie, jak trwale odzyskać kontakt z poznanymi znajomymi z Holandii, Indonezji i USA. Do tego Facebook nadawał się nieskończenie lepiej i załatwiał nawet kwestię komunikatora – nie trzeba było nikomu kazać instalować zaściankowego GG, a z drugiej strony zbędne było iść pod prąd polskim tendencjom nieużywania MSN i ICQ. 

Poza kwestiami komunikacyjnymi, łatwiejsze były metody walidacji: publikowanie nie wymagało pisania całego bloga, zdjęcia też się dało wrzucać, wklejane linki otrzymywały ładną miniaturkę i można było prowadzić pod nimi dyskusję w postaci komentarzy. 

Kolejną rzeczą, która zjednała mi Facebooka była łatwość tworzenia „aplikacji”, a w praktyce – szablonowych quizów, przewodników, klikanych kreatorów i generatorów cytatów. Przez pewien czas tablice wielu użytkowników były wręcz zasypane postami publikowanymi w ramach aktywności takich aplikacji, na przemian z prośba o udostępnienie materiałów z jakichś bieda-RPGów, swego czasu również całkiem popularnych. Facebook potrafił zatem, wciągając użytkownika na cały dzień, oferować ostateczną platformę społecznościową. Każda forma aktywności była na nim prezentowana jako przejaw nieskończonej kreatywności, a najgłupsze zdjęcie mogło być źródłem eksplozji powierzchownych, nieszczerych, ale wciąż oczekiwanych, komplementów.

Warto również na chwilę wstrzymać dywagacje „społecznościowe” i zwrócić uwagę, że wszechstronność Facebooka wykracza daleko poza granice portalu do zabijania czasu. Uwierzytelnianie Facebookiem, pozwalające uniknąć zakładania miliarda oddzielnych kont na oddzielnych serwisach, czyni z niego narzędzie-paszport, przybliżając tym samym do roli „utility”: przedmiotu codziennego użytku. Oznacza to, że jego przeznaczeniem ma być zostanie narzędziem do wszystkiego nawet wtedy, gdy nie korzystamy aktywnie z żadnej z jego funkcji. 

To brzmi jak przepis na nieśmiertelność. Pełnienie takiej roli niemal gwarantuje nieusuwalność z cyfrowego świata. W ten sam sposób zagrał Google – wyłączenie usług owej firmy doprowadziłoby do paraliżu komunikacyjnego. Nic nie może im zaszkodzić – nieważne, co przeskrobią, ludzie i tak im wybaczą, bo nie mają innego wyjścia. Prawda?

No właśnie nie. 

Facebook stał się olbrzymi. Do tego stopnia, że choć używam jego Messengera jako głównego komunikatora, a samego konta – jako poświadczeń logowania do niezliczonych serwisów, wiele z jego zastosowań jest lepiej dostarczanych przez inne usługi. Przyjrzyjmy się im:

Komunikator: to trudna sprawa, poza tym Messenger to nie do końca Facebook

Kilka lat temu, Facebook zadecydował o podzieleniu swojej aplikacji mobilnej i dostarczaniu osobno portalu społecznościowego i osobno komunikatora (Messenger). Wywołało to silny, acz chwilowy i dość impotentny bunt, zgładzony wkrótce potem niemożnością korzystania ze starych wersji aplikacji. Obie aplikcje zaczęły wieść oddzielne żywoty do tego stopnia, że możliwe jest logowanie do każdej z nich za pomocą innych danych oraz jedynie luźna korelacja obu kont. Apogeum podziału nastąpiło, gdy do zalogowania na Messengera przestało być potrzebne konto Facebooka. Widać w tym dbałość o symulowanie różnorodności – wielopostaciowa oferta ma na celu udawać, że nie mamy do czynienia z wielkim jednorodnym molochem. Wbrew oczywistości tego zabiegu jestem w stanie zagwarantować, że ludzie istotnie dają się nabrać.

W kwestii komunikatorów mam do powiedzenia dwie rzeczy – jedną szczegółową, a drugą ogólną. Zacznę od pierwszej i wskażę najlepszą moim zdaniem alternatywę dla Messengera: jest to Google Hangouts. Tak naprawdę Hangouts to obecnie najlepszy komunikator na rynku, ale nikt o tym nie wie. Ma on wszystkie zalety dzisiejszych IMów, a przy okazji należy do tego samego parasola, co pozostałe usługi Google. Jeżeli już dawać się chmurowo łupić, to najlepiej przez jak najmniej uczestników. Zresztą integracja z Google sprawia, że rozwiązuje się problem zmuszania znajomych do migrowania na inną platformę. Bowiem każdy, kto ma Androida (czyli każdy) ma też Hangouty. Integracja z Google udostępnia w dodatku migrację książki adresowej. Ale i ona jest niepotrzebna, bowiem Hangouts umożliwia logowanie z wykorzystaniem numeru telefonu (identyfikacja sprzężenia telefonu z kartą SIM + potwierdzenie tożsamości), jak każdy z „nowoczesnych” komunikatorów. Poza tym Hangouts po prostu działa, czego nie można powiedzieć o dawnym standardzie wśród komunikatorów, czyli o szacownym programie Skype.

Druga kwestia, która przychodzi mi do głowy podczas rozważań na temat dzisiejszych komunikatorów, to ich chmurowa natura. To dobry moment, by podkreślić coś, co i tak zostanie zignorowane w odbiorze niniejszego tekstu ze względu na jego temat – otóż korzystając z usług chmurowych nie warto być do końca sobą. Naturalnym odruchem powinno być posiadanie np. kilku kont pocztowych, rodzimych i zagranicznych, przeznaczonych do różnych, nigdy niepokrywających się zastosowań. I nie mowa tutaj o workach na spam. Mowa raczej o kontaktach i konwersacjach, które prowadzi się wyłącznie przez Interię, ale nigdy na GMailu. Na podobnej zasadzie nie należy umieszczać na dyskach chmurowych całej swojej twórczości i kompletnej kopii zapasowej. Wreszcie, używając portali społecznościowych, niezależnie od skali wylewności, nie wolno dopuszczać do stanu, w którym cyfrowa tożsamość jest nadmiernie zbieżna z tą prawdziwą. Wysoka intensywność przebywania na Facebooku nie powinna negować obowiązku ostrożnej selekcji publikowanych materiałów. Dlatego, że przez cały czas swoją aktywnością „uczymy maszynę” – jeżeli nie dostawcę portalu, to reklamodawców, a prawdopodobnie również rządowych socjologów na etacie obcych wywiadów. Ach, no i producentów algorytmiki sztucznej inteligencji…

Dlatego komunikatory internetowe to dla mnie bardzo wyraźna czerwona flaga: tempo konwersacji uniemożliwia wystarczająco kontrolowaną selekcję treści, a chmurową historię należy uznawać za niezniszczalną. Stąd też przydałoby się zadbać przynajmniej o parcelację używanych komunikatorów, a najlepiej zawsze dbać o w pełni alternatywny kanał komunikacji, typu Jabber z OTRem lub Signal.

Ale ja nie o tym. Dziś zajmujemy się oglądaniem animowanych kotów :)

Zdjęcia: Instagram i Flickr

Ponieważ najważniejszym zastosowaniem internetu jest obecnie publikowanie fotografii ilustrujących rzekomy i nieistniejący styl życia do którego aspirujemy, mechanizm publikowania zdjęć jest nieodzowny. Najpopularniejszym serwisem zdjęciowym jest obecnie Instagram. Jest to szalenie zabawna instytucja. Przede wszystkim należy do Facebooka, a ze względu na regulacje prawne musi sprawiać pozory, że pod spodem ani trochę nie zachodzi całkowita synergia i wymiana danych między nim, a Facebookiem właśnie. Po drugie, pełni on obecnie rolę absolutnego „vanity fair” w całkowicie dosłownym tłumaczeniu: instagramowa tablica to zazwyczaj ostentacyjna parada próżności w tonie późnego kapitalizmu. Jest to stan pożądany przez właścicieli serwisu, którzy wręcz z pretensjonalnością uniemożliwiają pobieranie zdjęć, zmniejszają ich parametry jakościowe celem dostosowania do telefonów i nie oferują usługi uploadu spoza interfejsu aplikacji.

Technicznie patrząc, wszystko to, co oferuje Instagram (zapraszam), da się wyrzeźbić samym Facebookiem. Różnica polega jednak na formule – grupa docelowa portali społecznościowych jest w większości niezdolna do przejścia przez drugi ekran ustawień prywatności, więc zarządzanie grupą odbiorców publikowanych treści musi przebiegać w sposób bardziej fundamentalny, niż przełączniki. Na tym polega główna różnica między owymi portalami: antyczny Facebook domyślnie oferuje dostęp gronie znajomych i rodzinie, podczas gdy Instagram służy bez żenady do publikowania podkręcanych autoportretów dla jak najszerszego grona. Trafił tym zresztą w samo sedno motywacji swoich użytkowników. 

Portale społecznościowe nie są w powszechnym dyskursie dzielone na generacje, słowo „generation” (które znaczy również „pokolenie”) wypala swój potencjał na dyskusjach o charakterze socjologicznym, a nie technologicznym. Z tego powodu niewystarczająco nakreślane jest w mojej opinii rozróżnienie między portalami zorientowanymi na rozbudowę istniejących sieci znajomości (znajomi, rodzina, „koledzy” z pracy), a tymi podchodzącymi do sprawy „crowdfoundingowo”, próbując tworzyć olbrzymią sieć ludzi znikąd, rzekomo połączonych gustem, preferencjami i charakterem, a w praktyce – nudą. Instagram różni się od Facebooka właśnie tym, że publikowane na nim zdjęcia są z definicji ofertą skierowaną do ludzi, z którymi prawdopodobnie nie ma się nic wspólnego. 

Z kolei publikowanie zdjęć do kierowanego grona ludzi (jak rodzina) bez aspiracji do budowania sieci kontaktów… w ogóle nie ma sensu na Facebooku. W tym celu o wiele wygodniej jest użyć portalu takiego, jak Flickr. Po pierwsze, nie niweczy on jakości i metadanych publikowanych zdjęć, a po drugie – pozwala na zarządzanie dostępem. Flickr był niegdyś całkiem popularnym medium publikacji zdjęć, odszedł w zapomnienie, gdy świat przeżywał przelotny zachwyt portalami do wszystkiego. 

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że do publikowania zdjęć nie jest obecnie potrzebny żaden portal. Doskonale poradzi sobie z tym iCloud, Google Drive oraz OneDrive, wbudowany w Windows. Wystarczy utworzyć katalog, przeciągnąć do niego zdjęcia i wybrać w nim „utwórz łącze udostępniania”. A następnie wysłać takie łącze, w dowolny sposób, do naszych odbiorców.

Wracając do Instagrama – dwie wymienione metody rozbudowywania sieci kontaktów, choć drastycznie odmienne, nie wykluczają się. Oznacza to, że da się je pogodzić: umieścić album na starej dobrej tablicy fejsowej by poznać znajomych naszych znajomych i jednocześnie umieścić go Instagramie, aby dalej wmawiać sobie nadchodzącą karierę blogerki modowej. Z tego powodu Instagram oferuje pewien uroczy przełącznik, umożliwiający opublikowanie zdjęć na FB jako wbudowanej galerii – ale zahostowanej na Instagramie. Wspomniana integracja działa bardzo dobrze i pozwala na działanie obu procesów cyfrowej socjalizacji. 

O filmach i strumieniach live nie mam siły dziś mówić, proszę wybaczyć.

Błyskawiczne wypowiedzi: Twitter! (…i Mastodon.)

Potrzeba dzielenia się ze światem swoimi ekspresowymi przemyśleniami, wypowiadanymi bez woli podejmowania jakiejkolwiek dyskusji, wykiełkowała wraz z funkcją „Dostępny – z opisem…” debiutującą w 2002 roku w komunikatorze Gadu-Gadu. Nadużywanie pola statusu, obiektywnie dobrego pomysłu, do prezentowania światu swoich „złotych myśli” przeniosło się z biegiem czasu również na Facebooka. 

„What are you up to?” – pytało pole aktualizacji statusu na FB. Zanim portal zaczął przechodzić ustawiczne reorganizacje, zwyczajem było aktualizować status używając mowy w trzeciej osobie. Krótkie, kilkuwyrazowe wpisy działały jednak na tych samych ogólnych prawach „posta”, co oznacza że pod każdym z nich możliwa była dyskusja i strzelanina polubień. Facebook realizował swoją rolę zaskakująco dobrze, pozwalając często na bardzo interesującą wymianę zdań, do której dołączały coraz szersze grupy ludzi. Aż przyszedł portal, który zaprojektowano wyłącznie pod kątem prowadzenia krótkich dyskusji: Twitter.

Twitter (również zapraszam) jest konkurentem dla Facebooka i jest serwisem doprawdy okropnym. Ma oszałamiająco niewygodny interfejs, konwersacje rozplatane na wątki można przeglądać jedynie w powolny przeciwintuicyjny sposób sprzyjający utracie sporej części treści, a moderacja to jeden wielki żart. Ale dziś Twitter, bezustannie przynoszący straty, wygrywa z Facebookiem w cuglach jako medium debaty publicznej. Powody są zbliżone to tych z Instagramem: konto na klasycznym portalu społecznościowym jest kontem osobistym, a „fanpage” do komunikacji publicznej to nierzadko zbyt wiele roboty dla jednej osoby. O wiele lepiej sprawdza się on u firm, instytucji oraz ludzi budżetowo zdolnych do zatrudnienia specjalisty ds. public relations. Kolejny raz zaawansowana infrastruktura, w postaci publicznych fanpejdży, przegrywa z ekshibicjonistyczną prostotą, tym razem w postaci portalu do wymiany komunikatów o długości do 280 znaków. 

Mimo groteskowych problemów, Twitter ma swoje zalety. Pozwala autentycznie wdać się w dyskusję (naturalnie dostosowaną w swej formule do nośnika, co często rozczarowuje) z „osobami publicznymi” – ulubionym poczytnym dziennikarzem, aktywistą społecznym, politykiem, artystą pracującym nad oczekiwaną książką… Dotychczas metody bezpośredniej interakcji z Wielkimi Ludźmi z Internetów były całkowicie niemożliwe, bowiem owi ludzie byli oddzieleni od reszty świata ciasnym gorsetem formy komunikacji. Zazwyczaj pozostawał e-mail, który w dobie spamu już chyba od dawna nie pomógł nikomu nawiązać jakiekolwiek kontaktu z kimkolwiek. 

Dzięki temu na Facebooku nastąpił eksodus ludzi oczekujących kontaktu ze swoimi „osobistościami” i cyfrowymi celebrytami. Metodyka oparta o oficjalne strony osoby publicznej, choć przemyślana, okazała się za ciężka i zbyt nienaturalna, bo stać się medium powszechnej komunikacji. Tutaj o wiele lepiej spisuje się formuła Twittera. Do tego stopnia, że alternatywne i zdecentralizowane sieci społecznościowe, powstające oddolnie bez inwestycji dużych firm, wzorują się właśnie na Twitterze. W ten sposób wygląda Mastodon (zapraszam, acz coś nie działa): pod spodem drastycznie odmienny, na wierzchu zachowuje konwencję znaną właśnie z Ćwierkacza. Zasadnym jest podejrzewać, że gdy obecni giganci społecznościowi się „przegrzeją”, następca będzie mocno przypominał Mastodona. Zresztą pisałem już o tym. 

Blogi: dosłownie gdziekolwiek indziej! Ale spójrzmy na Tumblr

Jakże zabawnie wygląda dziś koncepcja bloga w świetle dzisiejszych mediów społecznościowych! Ich popularność na początku wieku urastała do rangi patologii, a „dzisiejszą młodzież” krytykowano za wypełnianie sieci bezwartościową treścią i jednocześnie za nadmiar wylewności i zbyt otwarte dzielenie się intymnymi przemyśleniami z całym światem.

W porównaniu z obecnym stanem internetu użytkowego, dawni blogerzy i blogerki wyglądają na wirtuozów nieskończonej kreatywności, trudniących się zapomnianą sztuką słowa pisanego. Dziś bowiem, jeżeli ktokolwiek jeszcze coś pisze, to zazwyczaj bardzo krótko. Większość pracy kreatywnej została zjedzona przez krótkie klipy wideo.

Ale są jeszcze wśród nas posiadacze klawiatur i niektórzy z nich nawet czasem coś napiszą. Facebook eksperymentował przez pewien czas z różnymi metodami prezentacji i aspirował półgębkiem do roli platformy blogowej, ale prędko się z tego wycofał i poza zniekształconymi wspomnieniami tego faktu, niewiele da się na ten temat dziś znaleźć. Oczywiście, jest możliwe tworzenie długich wpisów, znacznie dłuższych, niż na nieszczęsnym Twitterze, ale facebookowa tablica wydaje się wręcz krzyczeć, jak bardzo jest niedostosowana do takiej formuły. Doskonale jednak radzi sobie z przetwarzaniem udostępnianych linków, generując miniaturkę, ilustrację i przestrzeń do komentowania. Z tego powodu Facebook pełni rolę meta-portalu, gdzie nasza twórczość jest jedynie odsyłaczem do innego miejsca, w którym faktycznie ją opublikowano. Tak zaprezentowana, miesza się na cudzych tablicach z całą masą innego szlamu. Ale taka jest cena gry – bez opublikowania łącza na FB, bardzo często nikt nie przeczytałby tysięcy z wciąż powstających wpisów blogowych. 

Bardzo dobrze zdają sobie z tego sprawę dostawcy blogów. Kreator publikacji serwisu Tumblr (też zapraszam, a jakże, nawet domenę mam) oferuje kilka uroczych przełączników obok przycisku „Wyślij”: przyciski odroczonej publikacji na innych portalach. To bardzo dobry przykład podejścia w pełni zadaniowego: Tumblr uznaje się za portal tworzenia treści i dostarcza możliwość publikowania jej na innych witrynach, które z kolei mają się zajmować promocją. Również WordPress dostarcza wiele wtyczek automatycznie wypychających „zalążek” artykułu na znane portale społecznościowe. 

Czy takie zastosowanie budzi obawy Marka Zuckerberga? Czy uznaje on swoją strategię za błędną, widząc ludzi uciekających na inne portale z przekonaniem, że na FB nie ma sensu nic tworzyć. Raczej nie. Myślę nawet, że wręcz przeciwnie: Facebookowi jest bowiem całkiem wygodnie w roli agregatora łączy. Może dzięki temu aspirować do roli centralnego węzła komunikacyjnego, a w praktyce – strony domowej na przeglądarkach milionów ludzi. 

Dostawca wiadomości

No właśnie. I tutaj docieramy do meritum. Facebook sam z siebie stracił wszelki strzęp innowacyjności, a mierność funkcjonalna sprawia, że nie nadaje się do żadnego konkretnego zastosowania. Będąc domyślną platformą społecznościową, stał się wysypiskiem linków: inne, nowsze, bardziej specjalizowane i prostsze serwisy, służące do tworzenia i rozwijania treści, oferują automatyczne publikowanie zalążków na facebookowej tablicy. Dzięki temu Facebook – i nie ma w tym przesady – stał się ekwiwalentem porannej gazety: „zwykłe” wiadomości są zbyt nudne, przydałby się po drodze jakiś mem albo śmieszny filmik, jakiś niezwiązany z tematem felieton turystyczny, a tak w ogóle to można by też rzucić okiem na zdjęcia z wesela grubej Wujenki Hermenegildy z Działdowa. Tym samym Facebook zdołał przekuć swoją archaiczność i słabość w zaletę. Stał się stroną domową i lekturą-zapychaczem dla milionów ludzi. To groźne.

Dlaczego? Bo Facebook zachował kontrolę nad porządkiem, priorytetem i widocznością publikowanych treści. Dawno już przestał być platformą do promocji, mnóstwo ludzi w ogóle uznaje go za antyk, a odkąd na FB można znaleźć swoich rodziców, niszczycielska karuzela żenady ruszyła bez szans na wyhamowanie. Ale cóż z tego, gdy niemal zerowym nakładem twórczym ma się w ręku platformę do modelowania masowej wyobraźni? Wystarczy trochę filtrów, żeby na górze pojawiały się felietony symulujące reklamy, a wśród sugestii wydarzeń – wyłącznie te, które sprzedają bilety przez konkretnego pośrednika. Można małym wysiłkiem zlikwidować górę treści – uciszyć antyszczepionkowców, płaskoziemców i nawiedzonych fundamentalistów. Albo też, na co zebrano już sporo poszlak i trochę dowodów, wpływać na przebieg debaty publicznej. Panujący obecnie bardzo intensywny podział na dwa polityczne światy, widoczny w USA, Europie Zachodniej i dość boleśnie również u nas, sprzyja polaryzacji. Jeżeli Facebookowi decydenci sami owej polaryzacji ulegają, niewiele ich obecnie powstrzymuje przed uciszeniem połowy głosów w dyskusji. A przecież zdecydowana większość informacji prezentowanych w mediach jest przyjmowana bezkrytycznie. Pół biedy jeżeli źródło jest jawnie żałosne - co łatwo zauważyć np. na paskach informacyjnych o "ulicy i zagranicy" lub nagłówkach "chory na ebolę zgwałcił księdza w czołgu". Informacje z niego nie zostaną potraktowane poważnie. Natomiast legendarna nijakość Facebooka chroni go przed takim odsiewem, dokonywanym względem innych źródeł o niskiej estymie.

Już dwa lata temu The Guardian, gazeta raczej lewicująca, donosił że Facebook na masową skalę zajmuje się redukowaniem widoczności konserwatystów na „automatycznych” osiach czasu użytkowników. Źródłem tej rewelacji był portal Gizmodo (cóż za wiarygodny dostawca treści!), a w praktyce jeden z byłych redaktorów Facebooka. Treść na portalu jest bowiem, co dla każdego powinno być oczywiste, daleka od losowej. Jest jedynie algorytmicznie wspomagana, ale tematy na topie otrzymują swoich… „recenzentów”, odpowiedzialnych za szacowanie wartości publikowanej treści. W imię walki z fake news, oczywiście. Temat wywołał chwilowe poruszenie, najgłośniej krzyczał naturalnie Breitbart News, ale dyskusja przetoczyła się też przez wiele innych miejsc. Niestety, ucichła znacznie szybciej, niż świeża afera z Cambridge Analytica i „szokującą” sprzedażą danych. Swoją drogą skala masowego zaskoczenia owym procederem, płynąca również od wielu poważanych dziennikarzy technologicznych, była głęboko rozczarowująca. Zresztą w kwestii konserwatystów mało kto miał w USA odwagę zabierać głos, żeby nie wyjść przypadkiem na elektorat Donalda Trumpa.

A więc tak – nie wiem, do czego służy Facebook. Nie umiem sobie przypomnieć, do czego go używałem i odpowiedzi nie dostarcza mi nawet zażądana ogromna paczka z całą historią aktywności (polecam sobie pobrać i zdecydowanie NIE czytać historii komunikatora z czasów licealnej młodości). Całkiem możliwe, że nie służy do niczego i w zasadzie jest bezużyteczny. Rozwijanie znajomości, działalność twórcza i autopromocja są o wiele łatwiejsze z użyciem szerokiej gamy dostępnych alternatyw.

Można jednak podejrzewać, do czego Facebook służy swoim twórcom. I bardzo możliwe, że zrobiono użytek z niego nijakości już nieraz.