Lenovo Yoga C930 Glass – piękno, moc i pióro

Strona główna Lab Ultrabooki i notebooki
Lenovo Yoga C930 Glass
Lenovo Yoga C930 Glass

O autorze

Rozwój procesorów, w tym tych ultramobilnych, znacząco zwolnił ostatnimi czasy, więc dzisiejsze komputery muszą (wreszcie) zacząć wyróżniać się czymś więcej, niż tylko wyższe numerki w benchmarkach. Zamiast decydować między modelami, wśród których główną różnicą jest kolor i cena, warto czasem spojrzeć w inną stronę i sięgnąć po sprzęt wyposażony w coś, czego wciąż brak u wielu konkurentów. Dobrym przykładem będzie tu Lenovo Yoga C930 Glass: czternastocalowy, ultramobilny laptop z dotykowym ekranem i – przede wszystkim! – piórem cyfrowym.

Po wyciągnięciu z pudełka

Pierwszym spostrzeżeniem po odpakowaniu Yogi C930 jest to, że jest… ładna. Po prostu. Model Glass jest może nieco nadmierną (i śliską…) błyskotką, ale niewątpliwie wygląda bardzo ładnie. Odpowiednio lekka, Yoga „nosi” się jak nieco ciężka teczka. Piękno ma swoje wady – ślady palców nie są szczególnie widoczne, ale zbierają się od razu. No i trzeba pamiętać, że klapa naprawdę się ślizga.

Kolor jest doskonale dobrany. Nie trąci kiczem, wyróżnia się nie zwracając zarazem nadmiernie uwagi i stoi w stylistycznej opozycji do przebrzydłych i topornych „laptopów gamingowych”, co uznaję za bardzo dobrą wiadomość. Włączmy zatem tę uroczą Yogę by przekonać się, czy praca z nią nie zabije dobrego wrażenia, jakie zrobiła po wyjęciu z pudełka.

System startuje ekspresowo, ale to norma w przypadku Windows 10 na platformie UEFI. Wyłącza się i zasypia (a to drugie jest wszak najważniejsze w laptopach!) bardzo szybko i bez problemu „łapie” łączność już parę chwil po wybudzeniu – jakimś cudem jeszcze nie zawsze jest to standard wśród laptopów…

Początkowo obawiałem się, że Yoga jest głośna, ponieważ wiatrak mocno dawał się we znaki przez długi czas po uruchomieniu. Krótkie badanie pozwoliło jednak odkryć, że winnym tego zachowania jest Windows 10, który skutecznie obciążył pracą wszystkie rdzenie/wątki: pierwszy aktualizował Sklep, drugi – Windows Update, trzeci Bazę Telemetrii i Kompatybilności, a czwarty walczył z Chromem przy użyciu niekoniecznie oczywistego procesu svchost.exe. Gdy system łaskawie przestał się zajmować samym sobą, okazało się, że trzeba się nieźle natrudzić, by wiatrak zaczął hałasować. Nieprowokowany, siedzi cicho. Moje chwilowe obawy okazały się zatem niesłuszne.

Yoga jest zaopatrzona w procesor i5 ósmej generacji, co prawda ultramobilny (dziś wszystkie są „ultramobilne”…), ale czterordzeniowy. Sprzęt pozwala prędko zapomnieć o tym, że pracujemy na przenośnym, cieniutkim laptopie. Bardzo stara się też nie wywrzeć wrażenia, że szczególnie się przemęcza przy wymagających zadaniach: w konsekwencji tego dość szybko się grzeje. Wysokie obciążenie musi trwać dłuższy czas (lekki zryw nie wystarczy), by trzymanie laptopa na kolanach stało się naprawdę niekomfortowe, ale Yoga mimo to jest po prostu zauważalnie cieplejsza. Nie tylko pod spodem, ale i na wierzchu: położenie ręki na klawiaturze pozwoli się o tym przekonać. Naturalnie, sprzęt nie parzy, nic z tych rzeczy. Po prostu… wiadomo, że pracuje. Lepsze to, niż ciągły underclocking.

Gwóźdź programu: pióro cyfrowe

Wspomniałem, że Yoga ma cechę wyróżniającą na tle konkurentów: pióro. Nie jest to jedyne urządzenie z piórem na rynku, te jednak znajdują się w mniejszości i wiele osób nawet o nich nie wie. Tymczasem pióro jest doskonałym dodatkiem do laptopa, szczególnie dla studentów i osób sporządzających dużo szkiców i notatek odręcznych. Miałem kontakt z bardzo wieloma laptopami z obsługą pióra – od ThinkPadów X41 i X61 Tablet, przez thinkpadową Yogę (mowa o innym urządzeniu) i tablety marki Surface. Dlatego właśnie na piórze chcę się skupić w szczególnym stopniu. Wątpię też, że Yoga C930 znajdzie swych nabywców wśród ludzi, którzy nie mieliby w planie używać właśnie pióra.

Pierwsze spostrzeżenie: dołączone pióro Wacom jest jakieś małe. Biorąc pod uwagę, że chowa się ono (i ładuje) w całości wewnątrz obudowy laptopa, trudno by było większe: Microsoft Surface oferuje znacznie solidniejsze objętościowo pióro, ale jest ono doczepiane magnetycznie do boku ekranu. Tutaj nie ma miejsca na nic takiego. Na boku pióra znajdują się dwa przyciski: „prawoklik” oraz gumka. ThinkPad i Surface przyzwyczajają, że gumka znajduje się tam, gdzie w ołówkach: na końcu. Jednak tutaj na szczycie znajdują się kontakty do ładowania. Stąd gdy chcemy włączyć tryb usuwania, konieczna jest chwila na zmianę przyzwyczajeń i opanowanie obecności dwóch bocznych przycisków.

Windows 10: próba nerwów

Pióro jest małe i dwuprzyciskowe, ale do tego jeszcze można się przyzwyczaić. O wiele gorszą przeprawę serwuje nam Windows 10. Gdy przyszło mi zestawiać i próbować nowe narzędzia obsługujące rysik, zamiast korzystać z już ustalonego workflow, jak na moim prywatnym ThinkPadzie, mogłem odczuć braki „Dziesiątki”. Braki, które potrafią dość mocno sfrustrować i niesłusznie skłonić do przypisania winy laptopowi, a nie oprogramowaniu. I które przypominają, że najlepiej dostosowanym do dotyku systemem był Windows 7…

Po pierwsze, najwyraźniej istnieje jakiś gest dotykowy, który sprawia, że system wyświetla Oś Czasu, przykrywając pulpit. Jest to gest "dyskryminujący" osoby leworęczne, ponieważ położenie nadgarstka zbyt blisko lewej krawędzi ekranu sprawia, że system nie wie, że ma aktywować wykrywanie dłoni. Zamiast tego interpretuje je jako żądanie wyświetlenia Osi Czasu. Zanim wyczułem co robić, żeby uniknąć tego efektu, walczyłem z tą nieszczęsną Osią dobrych parę minut i już nie mogę na nią patrzeć.

Dalszy festiwal humoru serwuje OneNote UWP. Mimo, że jego wersja z pakietu Office oraz sam system operacyjny obsługują rozpoznawanie pisma (jest to domyślna metoda wejścia po aktywowaniu pióra!) OneNote jakimś cudem… implementuje je ponownie, samodzielnie. Nie mam pojęcia po co, ale wiem, jaki jest tego efekt: nie działa rozpoznawanie pisma po polsku. Dosłownie ten sam efekt dałoby się osiągnąć, po prostu pisząc po okienku wprowadzania Windows 10. Na szczęście OneNote 2016, mimo usunięcia z pakietu i rzekomego „zastąpienia” wersją UWP, dalej jest dostępny do pobrania i oczywiście działa fenomenalnie. Rozpoznaje nawet najgorsze bazgroły. Trochę mniej wyrozumiały jest dla pisma matematycznego, ale i tak radzi sobie zdumiewająco dobrze.

Pióro obsługuje poziomy nacisku. To oczywistość, o której warto wspomnieć. Odróżnia ona „ekrany dotykowe”, obsługiwane palcem, od ekranów z obsługą pióra. Te drugie wcale nie muszą zresztą obsługiwać dotyku (i byłem bardzo szczęśliwy, gdy tego nie robiły!). Naturalnie Yoga obsługuje obie te rzeczy. Ekran, zaopatrzony w porządne podświetlenie, nadaje się więc także do rysowania. Tutaj mniejsze pióro spisuje się nawet lepiej, niż „cygaro” z Surface’a. Osobiście rysuję fatalnie, ale zaprzągłem posiłki, wywarte wrażenie jest pozytywne. Pióra nie udało mi się też wyładować, mimo kilku godzin intensywnego użycia.

Proporcje ekranu: to nie jest kartka A4

Nie wszystkie perypetie z piórem wynikają jednak ze słabości systemu Windows 10. Odręczne notatki mogą wymagać dłuższego przyzwyczajenia ze względu na proporcje ekranu. Wiem, że zabrzmię tu jak starzec liczący w złotówkach sprzed denominacji, ale podczas wymiany X61 na X230 Tablet miałem wrażenie utrudniania sobie życia. Otóż X61 w pionie wyglądał jak kartka A4, podczas gdy X230 wyglądał jak… szalik. Z tą Yogą jest trochę podobnie. Inwazja panoramicznych ekranów miała miejsce już kilkanaście lat temu i o ile udało mi się z nią już dawno pogodzić na każdym innym polu, w przypadku notatek odręcznych, Full HD to naprawdę dziwny wymiar. Co ciekawe, dobrze wie o tym Microsoft: jego tablet Surface ma ekran w proporcji 3:2, a nie 16:9, jak Yoga.

Klawiatura i złącza

Laptop C930 Yoga nie jest wszakże tylko płótnem pod pióro cyfrowe. Warto więc przyjrzeć się też innym kwestiom. Zacznijmy pod podstaw, czyli od klawiatury. Wyspowa klawiatura, o płaskich (nie-thinkpadowych) przyciskach ma intuicyjny rozkład, świetny skok i bez chwili przyzwyczajenia pozwala się rozpędzić i niezawodnie sprawdzić się w pisaniu dłuższych tekstów. Mechanizm sprawia wrażenie takiego samego, jak w popularnej serii IdeaPad 330 i trudno mu cokolwiek zarzucić. W świecie koszmarnych klawiatur obecnych nawet w drogich, flagowych laptopach, naprawdę strach mieć jakiekolwiek rozsądne oczekiwania. Na szczęście nie ma tu mowy o rozczarowaniu. Jest naprawdę dobrze. I z podświetleniem. Niczego nie można także zarzucić gładzikowi.

Liczba złącz jest nieco skromna – poza dwoma gniazdami USB-C (używanymi też do ładowania urządzenia) z boku znajdziemy również jedno gniazdo USB 3.1 oraz połączone gniazdko słuchawkowe Jack. Na szczęście wspomniane dwa gniazda USB-C obsługują standard Thunderbolt 3, co czyni Yogę zgodną z wieloma stacjami dokującymi i pozwala przesyłać obraz wideo bezpośrednio w ramach protokołu (brak cudacznych aktywnych przejściówek). Thunderbolt 3 potrzebuje jeszcze trochę czasu na popularyzacje, ale obecnie jest już punktem obowiązkowym w urządzeniach klasy premium. Rozluźnienie obostrzeń licencyjnych zapewne przyspieszy sprawę.

Multimedia: przede wszystkim dźwięk zwalający z nóg

Yoga jest dobrą maszyną do multimediów. Błyszczący (ale nie nadmiernie) niemal czternastocalowy ekran o rozdzielczości 3,840 x 2,160 wyświetla przepiękny obraz, w wysokie DPI pozwala cieszyć się doskonałym odwzorowaniem detali i estetycznymi czcionkami… o ile aplikacja poprawnie obsługuje skalowanie. Matryca IPS w Yodze nie jest najlepszym monitorem na świecie, ale nie odczułem jego braków. Ładnym dodatkiem jest (niezbędna w formule 2-w-1) adaptacyjna ambientowa jasność. I mimo, że obraz jest naprawdę niezły, a po obcowaniu z rozdzielczością UHD staje się ona się minimum przyzwoitości na takich wyświetlaczach, to wrażenie zrobiło na mnie co innego. Dźwięk.

Wiele dzisiejszych laptopów skrzeczy lub osiąga żałośnie niską głośność. W ogóle żyjemy w dziwnych czasach w kwestii dźwięku: telefony często grają lepiej niż pecety, a tanie telewizory wymagają soundbarów, żeby było je słychać. Sprzęt za kilka tysięcy złotych brzmi gorzej, niż kineskopowy telewizor JVC z 1991 roku, z głośnikiem mono. Na szczęście Yoga naprawdę powala jakością dźwięku. Boczny zawias jest optycznie „jednym wielkim głośnikiem”, pod spodem kryje zestaw nagłośnienia zgodny z Dolby Atmos i brzmi fantastycznie, o wiele lepiej, niż można by oczekiwać od laptopa. Dźwięk jest wierny, basy porządne, maksymalna głośność zdecydowanie satysfakcjonująca i całość bezsprzecznie wygrywa ze wszystkim, co kiedykolwiek słyszałem z laptopa.

A miałem wątpliwości. Spory kafelek ATMOS w menu Start, uruchamiający nieco ciężki panel kontrolny, natychmiast skojarzył mi się z programistyczną protezą, zapewne mającą ratować mierną jakość dźwięku. Bo przecież zazwyczaj tak właśnie jest: dołączane programy typu Bang & Olufsen, wyświetlające fikuśne interfejsy trójwymiarowe, mają odwrócić uwagę od kiepskiego sprzętu i programowymi equalizerami ratować efekt cięć budżetowych. Yoga C930 jednak nie ma nic wspólnego z takimi trikami. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę rekomendował komuś sprzęt ze względu na jakość dźwięku, ale tutaj właśnie tak jest. Jeżeli nie planujecie używać słuchawek, to jest to pod tym względem sprzęt idealny.

Procesor Intel Core i7-8550U (4-rdzeniowy, 8-wątkowy, 1,8 GHz, 8 MB cache)
RAM 16 GB DDR4, przylutowane
Grafika Zintegrowany układ Intel UHD 620
Dysk 512 GB SSD NVMe
Ekran 13,9 cala, 3840 x 2160 px, IPS, błyszczący, dotykowy
Złącza 1x USB-A, 2x Thunderbolt 3, jack (połączone gniazdo słuchawki+mikrofon)
Oprogramowanie Windows 10 Home 1803 (1809 nieoferowana przez Windows Update)
Masa 1,41 kg
Cechy Szczególne Obsługa Windows Hello, pióro cyfrowe, adaptacyjna jasność, wbudowana wewnętrzna zasłona na kamerę internetową

Moc obliczeniowa

Procesor, choć potrafi się mocno nagrzać, trudno „zmęczyć”. Kilka godzin obciążenia (Rosetta@Home), pod którym sprzęt potrafi stać się dotkliwie głośny i gorący, nie prowadziło do throttlingu. Układ i7-8550U trzymał zbliżoną wydajność przez cały czas pracy. Nie skakał oczywiście w Turbo Boost. Ponownie to przyznam: wolę ogłuszająco hałaśliwy wiatrak na pełnych obrotach, niż wytracanie impetu. Byłem więc zadowolny, ale rozumiem, że ktoś może nie być, bowiem kolana mogą się zagotować.

Geekbench 4.3.3 (CPU) 4756 pkt (pojedynczy rdzeń), 14836 pkt (wiele rdzeni) – szczegóły
Geekbench 4.3.3 (OpenCL) 22531 pkt – szczegóły

Sprzęt jest zaopatrzony w 16 gigabajtów pamięci DDR4 i pięciusetgigabajtowy dysk SSD. Można mieć aptetyt na więcej, ale trudno mieć apetyt na… szybciej. Nawet przywracanie fabrycznego obrazu systemu operacyjnego trwało jakiś kwadrans. W dobie zawartości chmurowej powyższa konfiguracja w urządzeniu przenośnym jest optymalna.

Dbałość o detale

Małym (dosłownie, łatwo go przeoczyć), acz pożądanym detalem jest wbudowana osłona na kamerkę. Od pewnego czasu producenci laptopów godzą się dzielnie z faktem powszechnego zaklejania kamer taśmą i odsuwają na bok kwestie estetyczne, decydując się na zerwanie z gładkością powierzchni i wprowadzenie mechanicznej zasłony. Yoga swój wbudowany przełącznik skrywa zaraz przy krawędzi klapy. Skromna rzecz, a pozwala wyrobić opinię w kwestii dbania o szczegóły. Takie kwestie zawsze składają się na rzeczową opinię.

Przyznaję otwarcie, że jestem niepoprawnym miłośnikiem ThinkPadów. Daję owym urządzeniom niesprawiedliwą taryfę ulgową, jestem uzależniony od TrackPointów i z trudem przekonuję się do innych urządzeń. Ponadto, od lat używam tabletów PC z piórem cyfrowym, więc Yoga miała podwójnie trudne zadanie, żeby mnie do siebie przekonać. W większości się udało. Acz mam pewne wątpliwości.

Werdykt

Jako komputer roboczy, jest świetna. Jako komputer przenośny, jest bardzo dobra: leciutka, z doskonałym schowkiem na pióro. Czasem wydaje się nieco duża jak na zastępstwo zeszytu, ale ma to swoje zalety. Proporcja 16:9 moim zdaniem przegrywa z 3:2 w zastosowaniach tabletowych, a Yoga jest zorientowana na tryb tabletu zbyt mocno, by to przemilczeć. Acz z drugiej strony, 16:9 to standard. Bardziej mnie martwi, że C930 Glass, choć sliczna, jest morderczo śliska. I choć nie wypadła mi ani razu i nawet nią o nic nie stuknąłem, to przy mojej niezdarności, rzeczywiste użycie w końcu tak by się skończyło. Pamiętajmy jednak, że Yoga C930 istnieje też w wariancie „zwykłym”, bez szklanej klapy.

Do pióra musiałem się przyzwyczaić. Surface dalej na tym polu lekko prowadzi: pióro ma jeden boczny przycisk, jest większe, a ekran jakoś lepiej sobie radzi z leworęcznością. Dwa przyciski na mniejszym piórze Yogi są w mojej opinii trudniejsze w obsłudze. Po kilku dniach jednak biegle pisałem na C930 bez początkowych problemów, choć w trybie poziomym. Pionowo, Oś Czasu Windows nie dawała o sobie zapomnieć. Podobne rozczarowanie zaserwował też OneNote UWP, to jest jednak niezależne od sprzętu.

Gdybym szukał nowego laptopa z piórem, Yoga C930 obiektywnie wygrywa na mojej liście z Surface Pro (tęskniłbym za proporcją 3:2, ale za to miałbym do dyspozycji Thunderbolt) oraz z ThinkPadem X380 Yoga. ThinkPadowe warianty „Yoga” ostatnio uległy cudownemu rozmnożeniu i jest ich więcej, niż kiedyś. Są też droższe, i to w słabszej konfiguracji. Rozsądek nakazywałby patrzeć bardziej w kierunku C930. Być może jednak wariant Glass modelu C930 nie jest dla każdego. Ale trzeba dać mu szansę, jest śliczny!

© dobreprogramy