Chrome już blokuje reklamy. Sprzątanie pierwszym krokiem do dyktatury

Strona główna Aktualności

O autorze

Mechanizm blokujący reklamy w Google Chrome już działa. Co na to konkurencja? Nie trzeba było długo czekać, aż pomysł zostanie skrytykowany. Krytyka ze strony wydawców dodatków jest najbardziej oczywista – w końcu przez posunięcie Google'a mogą stracić sporo użytkowników, a więc źródło utrzymania i rację bytu. To jednak dopiero początek.

Twórcy rozszerzenia Adblock Plus od stycznia przekonują, że ich rozszerzenie wciąż jest lepsze niż to wbudowane w Chrome 64, które podąża za a wytycznymi Coalition for Better Ads. Koalicja uznała tylko 9 typów reklam za warte blokowania ze zbadanych 55 i jest podejrzewana o faworyzowanie niektórych z nich. Nie powinno więc dziwić, że Chrome zablokuje 16,4% reklam, a Adblock Plus i jemu podobne, blokujące 51 z 55 typów reklam, wyczyszczą ich 92,7%. W sumie jednak działania Google'a zostały ocenione pozytywnie. Trzeba sporo odwagi, by będąc na takiej pozycji wejść w blokowanie reklam.

Warto też zwrócić uwagę na różnicę między działaniami CBA i The Acceptable Ads Committee (AAC), której wytycznymi kierują się dodatki blokujące reklamy. Pierwsza stara się w dłuższej perspektywie uczynić reklamy na tyle nieuciążliwymi, by ludzie nie musieli korzystać z adblocków. AAC zaś akceptuje, że niektórzy chcą używać takich rozszerzeń i opracowała listę reklam, których można nie blokować. Efekty działania CBA już widać – prawie połowa z ostrzeżonych stron już zmieniła sposoby wyświetlania reklam.

Fundacja Mozilla, która wydaje przeglądarkę Firefox, nie mogła milczeć, gdy największy konkurent i dyktator internetowy wprowadził tak istotną funkcję. Mozilla zwróciła uwagę na to, że Chrome niweluje tylko efekt kosmetyczny, jakim są irytujące reklamy na stronach, a nie prawdziwy, palący problem poruszania się w Internecie – śledzenie. Na blogu fundacja uraczyła nas opowieścią. W prawdziwym życiu, gdy popatrzymy na parę butów przez szybę, pracownik sklepu nie wyjdzie, by nas śledzić i przekonywać do zakupu. W Internecie zaś takie rzeczy są na porządku dziennym i właśnie to jest największym problemem, a nie uciążliwe reklamy. O ile pracownika sklepu obuwniczego łatwo zauważyć, skrypty śledzące już niekoniecznie, a wszystko to dzieje się bez naszej zgody i wiedzy. Trudno jednak oczekiwać, by przeglądarka Chrome walczyła z tym, jak zarabia Google. Mozilla może sobie na to pozwolić – w końcu nie prowadzi sieci reklamowej.

Jednak w kontekście, w jakim Mozilla ujęła reklamy, tylko Firefox Quantum zapewnia użytkownikom ochronę prywatności, jakiej wymagają i na jaką zasługują. Dzięki możliwości blokowania śledzenia internauci nie są zamykani w bańce swoich zainteresowań, odnajdują media o innej orientacji i mają szansę poznać nowe idee polityczne. Zdaniem Mozilli, Chrome zabije ciekawość świata. To daleko posunięty wniosek, ale w dzisiejszym świecie wcale nie oderwany od rzeczywistości.

Krytyka postępowań Google'a ma też podstawy ekonomiczne. W momencie gdy Google jest synonimem wyszukiwarki i rozwija najpopularniejszą przeglądarkę internetową świata, wytyczne CBA urastają do rangi prawa karnego. Krytycy zauważyli również, że organizacja udzieliła dyspensy reklamom wyświetlanym przed filmami na YouTube – jednej z bardziej lukratywnych form, używanych przez Google. Podobno są właśnie badane i mają szansę trafić na listę blokowanych.

Wydawcy podejrzewają, że Google rości sobie prawa do dyktowania, co może być na stronach i w jakiej postaci. Widać też zapędy w wymuszaniu określonych sposobów prezentacji treści – na przykład jako strony AMP, które niebawem będą faworyzowane w wynikach wyszukiwania. Już nie damy rady tego cofnąć. Możemy tylko mieć nadzieję, że Google będzie dyktatorem dobrym dla internautów.

© dobreprogramy