Microsoft ogłosił oficjalne wsparcie dla Bitcoina w 2014 roku.Oczywiście nie wycenił swoich produktów i usług w kryptowalutach,lecz potraktował bitcoiny jako mechanizm transferu wartości nakonto Microsoft. Użytkownik mógł je zasilić, wybierając wskazanąkwotę w walucie fiducjarnej, po czym skrypt przeliczał mu to poaktualnym kursie na kwotę do przesłania w bitcoinach na wskazanekonto. Następnie już za walutę fiducjarną (np. dolary) można było kupić gry, oprogramowanie, muzykę czy filmy.
Wówczas miało to sens – zasilenie konta nie zajmowało dłużejniż godzinę, a koszt transakcji liczony był w centach. Trzy latapóźniej, kiedy za 1 bitcoina przychodzi zapłacić niemal 16 tys.dolarów, kupowanie doładowań wartych co najwyżej 100 dolarówprzestaje mieć sens. Koszt transakcji przy drobnych kwotach jest poprostu zbyt wysoki, a przy obecnym obciążeniu sieci czas jejrealizacji sięgać może wielu godzin. Na mający zmienić ten stanrzeczy LightingNetwork, czyli zbudowany na bazie sieci Bitcoin mechanizmsuperszybkich mikropłatności przyjdzie jeszcze poczekać, wciążjest w fazie beta – mimo że był już niemal ukończony w 2015roku.
Nie dziwi więc nas, że Microsoft zrezygnował z bitcoinowych„doładowań”. Przynajmniej na razie, powodem decyzji miała byćbowiem kursowa niestabilność kryptowaluty. Najwyraźniej korporacjanie bardzo wie, jak poradzić sobie z instrumentem finansowym,którego wartość zależy wyłącznie od popytu i podaży na rynku.Ryzyko utraty wartości wskutek nagłego spadku kursu jest czymś, zczym księgowość nie chce mieć do czynienia – nawet jeśli drugąstroną medalu jest niespodziewany zysk.
Firma z Redmond nie jest jedyną, która się ostatnio od Bitcoinaodcięła. W zeszłym tygodniu w Europie przestały działaćzasilane bitcoinami karty płatnicze Visa/WaveCrest, wystawiane przeztakie firmy jak Bitwala, BitPay czy CryptoPay. Oficjalnego powodu niepodano, podobno chodzi o problemy z regulatorami. Operatorzy zwróciliwszystkie środki swoim klientom, ale niesmak pozostał, tym bardziejże wspomniane karty w USA i Kanadzie wciąż działają.