Slide show - co to było i z czym się jadło?

W tym miesiącu kontynuujemy podróż po amigowo-scenowych meandrach a całość sponsoruje literka S - jak scena oczywiście! Lub też jak slide-show czyli temat naszych dzisiejszych rozważań ;) 

Zapewne niektórzy z czytelników DP już się zorientowali, że tytułowy slide-show to nic innego jak przegląd obrazków i... mają oczywiście rację! W zamierzchłych czasach demosceny wyglądało to jednak trochę inaczej niż w dzisiejszych "sliderach" znanych choćby z co drugiej strony www. 

Przede wszystkim należy sobie zadać pytanie, czyje prace prezentowano w owych produkcjach zwanych slide-show? Aby na nie odpowiedzieć, musimy na chwilę nieco zboczyć z tematu i choć pokrótce napisać o podziale ról w grupach na scenie lat 90tych.

Najprostszy podział jaki pamiętam wyglądał następująco:

Czym się zajmowały te poszczególne profesje? Naturalnie koderzy zajmowali się kodowaniem (programowaniem) efektów do dem, inter, tudzież innych scenowych produkcji. Aby owe produkcje zapierały dech w piersiach potrzebna była grafika - czy to w postaci pełnoekranowych obrazków czy też różnego rodzaju logotypów, czcionek czy obiektów. Tak! Zgadliście! Tym właśnie zajmowali się graficy. Logicznym wydaje się fakt, że ścieżkę dźwiękową do dema czy slide-show'ów tworzyli muzycy. No a swapperzy? Odpowiadali za dystrybucję produkcji grupy, czasami koordynację prac czy też spajali grupy w całość (grupy mogły być międzynarodowe!).

To tak pokrótce, bez wdawania się w szczegóły. Pewnie ktoś wytknie mi, że w grupach zatrudnienie znajdowali jeszcze artykularze, modem-traderzy, sysopi czy ascii-makerzy ale ten wpis to nie pora na nich.

Współpraca ww. profesji (tj. koderów, grafików itd.) owocowała powstawaniem wspaniałych scenowych dzieł. Jako, że dzisiaj "na tapecie" są produkcje typu slide-show, to zobaczcie jaki efekt dawała tego rodzaju kooperacja:

To akurat produkcja grupy Andromeda z 1994r. o nazwie "Seven Seas". Za chwilę jeszcze do niej wrócimy.

Ten przydługi wstęp potrzebny był aby udzielić odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie - czyje prace prezentowano w tytułowych produkcjach? Oczywiście grafików! Każdorazowo przy wydawanym slide-show, to właśnie grafik stawał się "gwiazdą wieczoru" choć przy tworzeniu takich arcydzieł jak "Seven Seas" brało udział znacznie więcej osób. Ktoś to musiał bowiem "obkodować" i "ubrać" w mniej lub bardziej udaną ścieżkę dźwiękową.

No dobrze, ale czy każdy grafik mógł mieć swój własny slide-show? Cóż, jeżeli tylko miał się czym pochwalić to zapewne tak. Na scenie działało to jednak w trochę inny sposób. Otóż najpierw trzeba było się wykazać wkładem w produkcje innych, stworzyć grafiki do dem, magazynów dyskowych czy music-disków. W dobrym tonie było zaprezentować swoje prace na tzw. copy-parties gdzie podczas trwania konkursów (competitions) publiczność wybierała najlepsze, wg. niej, dzieła.

Oczywiście najlepsi graficy (koderzy, muzycy i cała reszta też!) mogli liczyć na miejsce na tzw. chartsach czyli liście najlepszych. Było to niewątpliwie uznanie i nobilitacja dla takiej osoby (osób) choć oczywiście wszyscy twierdzili, że nie zwracają na to uwagi... :)

Ktoś może powiedzieć: no dobra ale przecież obrazki, narysowane nawet przez najlepszego na świecie grafika, to sobie mogę obejrzeć na komputerze! Co ciekawe, taki ktoś będzie miał rację. Bardzo często w slide-show'ach umieszczano prace, które były już wszystkim na scenie doskonale znane.

Nie o to jednak chodziło. Jak sama nazwa wskazuje, slide-show to był cały konglomerat - to była muzyka, która powinna robić odpowiedni nastrój, to były grafiki dobrane pod ten nastrój, to był lub powinien być doskonały kod, najlepiej z kilkoma będącymi na czasie efektami. Niekiedy całość dopełniał świetny, intuicyjny interfejs czy sposób sterowania. Autor prac czasami dodawał od siebie kilka słów w postaci popularnego wtedy scrolla (bywało, że wyjątkowo nudnego). Nie mogło zabraknąć "creditsów" czy podziękowań dla innych grup/osób.

Warto rozejrzeć się po scenowych kanałach YouTube i wyszukać kilka produkcji tego typu aby poczuć tą szczególną różnicę między oglądaniem "gołego" obrazka a całościowej pracy.

Druga sprawa to fakt, iż slide-show nie zawierał jedynie cało ekranowych obrazków! Jasne, stanowiły one zdecydowaną większość prac ale gro produkcji zawierało także autorskie fonty czy logotypy, których kunszt przyprawiał niekiedy o zawrót głowy.

To tylko próbka jednego z bardziej znanych scenowych artystów, Lazura. Wierzcie mi, że cała reszta grafików była/jest równie utalentowana.

Co znamienne dla tamtych czasów (przypomnijmy, że mowa jest o latach 90tych XXw.) to fakt, że ogromna większość wszystkich prac jest z angielska "hand draw" czyli rysowana ręcznie! Szok? Dla mnie nawet po latach tak! Kiedy w dzisiejszych czasach przyglądam się niektórym z tych arcydzieł - bo nie boję się użyć tego słowa - dochodzi do mnie ile pracy musieli włożyć twórcy w ich wykonanie. Czujecie? Pojedyncze piksele, myszką... Jasne, rozdzielczości były dużo mniejsze ale nie zmienia to faktu, że część tych wszystkich prac to zwyczajne perełki! Zresztą spójrzcie na ten obrazek poniżej, sygnowany przez niegdysiejszą gwiazdę, Made'a:

Jak dla mnie bomba! Zapewne malkontenci uznają, że "skan" ale zaufajcie mi, w tamtych czasach nie było łatwo o skaner, tym bardziej kolorowy... Liczyła się praca i oczywiście talent bo bez tego ani rusz!

No dobrze, wszystko ładnie, pięknie ale w tej beczce miodu musi być gdzieś także łyżka dziegciu... Owszem, jest! Częstym tematem tamtych lat, wśród grafików i nie tylko, była sprawa kopiowania obrazów. Co to znaczy? Otóż o ile najczęściej nie było wzajemnych pretensji co do technik wykonania danej pracy, to już do pomysłu na nią były - sporo i to najczęściej uzasadnione.

Cóż, nie byłem i nie jestem grafikiem (choć próbowałem w Deluxe Paint! :)) więc trudno mi się na ten temat wypowiadać, niemniej faktem jest, że tego typu dyskusje istniały od zawsze a najczęściej kopiowanym artystą był prawdopodobnie Borris Valejo. No przynajmniej w latach 90tych był on bardzo popularny na amigowskiej demoscenie ;)

Z drugiej strony istniała grupa grafików z własnym, niepowtarzalnym stylem, który trudno było uznać za kopiowanie. Przykład? Poniżej:

W tym miejscu zresztą mała ciekawostka. Wyżej wymieniony artysta o pseudonimie Slayer tworzy do dzisiaj a więcej jego kapitalnych prac możecie zobaczyć choćby pod tym nieco już zapomnianym adresem.

I to by było na tyle - za miesiąc przyjrzymy się dyskom muzycznym, swego czasu także bardzo popularnym.

Pozostałe wpisy z kategorii scena:

  • Był sobie swapper
  • Scenowe chartsy czyli dawny sposób na sławę
  • Let's party czyli jak to się scena dawniej bawiła
  • Sztuka przekraczania
  • Subiektywna lista najlepszych amiscenowych stron
  • Najlepsze scenowe kanały na YouTube
  • Hardwired - demo wszechczasów
  • Thing 15.5 - historia pewnego magazynu

  •