Let's party, czyli jak to się scena dawniej bawiła

W ramach kontynuacji serii o amigowskiej demoscenie dziś kilka słów na temat tzw. copy-parties (czasami zwanych także demoparty choć ten zwrot był jednak stosunkowo rzadko stosowany). Definicję rodem z Wikipedii mamy już za sobą, a na samym wstępie ciekawostka - otóż imprezy typu copy-party odbywają się po dziś dzień, mimo, że sama scena na Amidze mocno zubożała. Nie ma się jednak co dziwić - od czasów "chwały" amisceny minęły blisko dwie dekady więc to, że cokolwiek się na niej jeszcze dzieje, zakrawa na cud ;) 

Swoją drogą, jeżeli kogoś zainteresują doczesne imprezy tego typu, mam na myśli głównie terminy to zapraszam na profil demoscena na FB lub serwis PPA gdzie można znaleźć całą masę aktualnych informacji nie tylko na temat copy-parties. 

No dobrze, a jak to wyglądało kiedyś, w czasach świetności zarówno komputerów marki Amiga jak i jej "scenowych" użytkowników?

Cóż, wszystko zaczynało się od pomysłu grupki osób (niekoniecznie z jednej grupy scenowej!), która miała ochotę i możliwość zorganizować tego typu imprezę. W dalszej części będziemy ich nazywać:

Organizatorami

Kwestie techniczne przy inicjowaniu copy-party pomińmy - nie jest to dla nas najważniejsze. Wystarczy powiedzieć, że w gestii organizatorów leżało znalezienie odpowiedniego lokum, sponsorów, ochrony, cateringu i całej masy innych rzeczy. Na pewno nie była to sprawa prosta, nawet w przypadku niewielkiej imprezy.

Druga kwestia to rozreklamowanie organizowanego copy-party. Wprawdzie kiedyś, co znamienne, nie odbywało się tyle eventów co teraz, więc siłą rzeczy kolejnych parties nie trzeba było specjalnie reklamować a tym bardziej zachęcać do uczestnictwa w nich. Krótko mówiąc wiara "waliła drzwiami i oknami" a wynajęte obiekty trzeszczały w szwach!

Pomijając ten fakt, dobrą praktyką było wydanie okolicznościowego intra czy dema będącego zaproszeniem na realizowane copy-party czyli tzw.

Invitation

Najczęściej było to niedługie, trwające ledwie kilka minut dentro (demo plikowe) zawierające najważniejsze informacje na temat przyszłej imprezy, grupy lub grup, które ją organizują, zapowiadanych konkursów i wszelkich potencjalnych atrakcji.

Zdarzało się, że party invitation prezentowane było na podobnej imprezie, która właśnie trwała - gwarantowało to, że o przyszłym party dowie się duża część zainteresowanych osób (Partyzantów :) ). Oczywiście nie było to regułą. Jeżeli invitation wydawane było między scenowymi imprezami, za jego dystrybucję odpowiadali swapperzy, traderzy czy publikowane adverty w magazynach dyskowych.

W każdym razie cała scena miała wiedzę gdzie i kiedy odbywają się jakie wydarzenia - mimo, że Internet dla mas jako takich wtedy nie istniał :)

Partyplace

Jak łatwo się domyśleć miejsce, gdzie miała się odbyć dana impreza. Mogła to być osiedlowa świetlica, sala w szkole lub cała szkoła (najczęściej), klub studencki albo też gigantyczna aula koncertowa. Muszę tu dodać, że to ostatnie w latach 90tych dotyczyło jedynie wydarzeń na zachód od Odry - organizatorzy imprez typu The Party czy Mekka & Symposium mogli sobie bowiem pozwolić na wynajmowanie tego typu miejsc! Tym bardziej, że frekwencja sięgała często kilku tysięcy osób (sic!!!).

W Polsce nie było takiego rozmachu - jak już wspomniałem najczęściej była to szkoła a jako kultowe partyplace wielu ludzi sceny zapamiętało warszawską Stodołę w której zorganizowano trzy edycje najpopularniejszego chyba Intel Outside Party. Poniżej wklejam film z drugiej edycji tego copy-party, być może niektórym z Was łza się w oku zakręci :)

Z partyplace związane jest nieodłącznie również takie pojęcie jak:

Big Screen

Zapewne w naszych czasach kojarzy on się wszystkim z gigantycznymi wyświetlaczami na meczach, koncertach czy innych masowych wydarzeniach. W domu za big screen może uchodzić 100" telewizor (stać kogoś na taki? ;) ) czy najprostszy, niedrogi projektor. Kiedyś jednak nie było tak różowo i zdarzały się sytuacje, że jako "wielki ekran" służył po prostu domowy odbiornik TV. Najczęściej jednak organizatorzy stawali na wysokości zadania i zapewniali jako taki obraz korzystając zazwyczaj z rzutników. Czasami były to urządzenia mniejsze, czasami większe ale jednak zawsze lepsze niż wspomniany telewizor. Bywały imprezy na których korzystano z więcej niż jednego big-screena bo do dyspozycji były np. dwie sale projekcyjne.

OK, zapytacie, ale po co taki wielki ekran? Cóż, skoro party to i zabawa! W ciągu trwania całej imprezy na wyświetlaczu prezentowane były informacje na temat aktualnych i przyszłych wydarzeń, konkursów (będzie o tym jeszcze mowa), różnego rodzaju scenowe produkcje (głównie dema i intra), filmy itp. Najważniejsze zawsze były jednak tzw. kompoty czyli z angielska:

Competitions

Czyli zawody na najlepsze produkcje w różnego rodzaju kategoriach. Najczęściej były to oczywiście:

  • Najlepsze demo
  • Najlepsze intro (4kb, 40kb, 64kb)
  • Najlepszy moduł (muzyka)
  • Najlepszy obrazek (grafika)

Z biegiem czasu ilość kategorii rosła, natomiast stare, klasyczne, demo-compo czy intro-compo przechodziły pod skrzydła tzw. oldschool-demo/oldschool-intro. No cóż, znak czasów. W zależności od typu imprezy zaczęły pojawiać się tak dziwne konkursy jak fast-demo, fast-graphics czy 1k intro. Gdzieniegdzie w competitions pojawiało się gamedev lub dzielono kategorię muzyczną na trzy podkategorie:

  • Fast music
  • Listening music
  • Dance music

Głupie? No cóż - co kto lubi :) Przez te ponad 30 lat scena mocno się zmieniła, również w kwestii konkursów na najlepsze demo, intro itd. To już jednak temat na zupełnie inną okazję. No dobrze, skoro mówimy o rywalizacji to muszą być i zwycięzcy - a jeżeli mamy zwycięzców to należy ich w jakiś sposób nagrodzić!

Nagrody

Ameryki nie odkryję jeżeli napiszę, że głównymi nagrodami na demoparty kiedyś i dzisiaj były i są pieniądze. Odpowiednie kwoty za pierwsze, drugie i trzecie miejsce gwarantowały i gwarantują nadal tzw. kop motywacyjny dla twórców i stanowią odpowiednie wynagrodzenie ich twórczego wysiłku. Czy zawsze tak było? Niekoniecznie. Każdorazowo dużo zależało od pozyskanych sponsorów i ich hojności. Zdarzały się imprezy zakończone wyłonieniem zwycięzców, którym wręczono jedynie nagrody rzeczowe.

Ot choćby na którymś z polskich copy-party nagrodą za pierwszą pozycję w demo-compo była konsola do gier Playstation. Często również ciekawe fanty w postaci programów, książek, płyt były uzupełnieniem nagród pieniężnych.

W tym miejscu należy także dodać, że w zależności od rangi scenowej imprezy, organizowano także zabawy i konkursy dla partowiczów. Oczywiście było to związane z dużą ilością drobnych ale atrakcyjnych nagród które, wbrew pozorom było dosyć łatwo zdobyć. Jak już wspomniałem, w tym temacie dużo zależało od organizatorów i ich podejścia do sponsorów. Nie da się ukryć, że im więcej fundatorów, tym większa szansa na super nagrody dla publiczności.

Atrakcje

Copy-party to nie tylko oficjalne scenowe "kompoty". To także cała masa innych atrakcji, często zależnych jedynie od twórczej inwencji organizatorów :) Wypełniaczami czasu między kolejnymi scenowymi konkurencjami były najczęściej wszelkiej maści zespoły muzyczne - począwszy od grających muzykę elektroniczną po swojskie disco polo.

Ewenementem był występ zespołu Jamrose na którejś z edycji Intel Outside w latach 90tych. Dlaczego? Ponieważ albo w trakcie koncertu albo zaraz po nim, na scenie pojawiła się dodatkowa atrakcja w postaci zakontraktowanej przez organizatorów striptizerki! Oj co to się wtedy nie działo... Dość powiedzieć, że 99% uczestników tej imprezy to byli panowie - wróć! Gdzie tam panowie, kilkunastoletni chłopacy z buzującymi od emocji hormonami! :D Niektórych poniosło do tego stopnia, że w pewnym momencie Pani prezentująca swoje wdzięki została siłą wciągnięta w tłum (sic!!!) i musiała interweniować ochrona.

Większość uczestników tego typu wydarzeń powiedziałaby, że dla nich atrakcją nie jest samo copo-party ale możliwość spotkania innych, podobnych sobie ludzi. I byłoby to prawdą - dla dużej części scenowców była to okazja do odświeżenia swapperskich znajomości, nawiązania nowych. Często dopiero na demoparties spotykali się twarzą w twarz członkowie swoich grup, którzy często znali się jedynie z kontaktów listowych. Były więc wspominki, były plany na przyszłość - niektórzy w trakcie trwania imprezy zmieniali grupę na inną, inni zarzekali się, że kończą ze sceną itp. Jednym słowem, życie!

Oczywiście, jeżeli na tak małej przestrzeni spotykało się tylu scenowych twórców to naturalnie musiał również pojawić się

Alkohol

W tym miejscu należy sobie jasno powiedzieć, że oprócz kilku niechlubnych wyjątków, organizatorzy zazwyczaj nie widzieli problemu w obecności alkoholu na copy-party. Ba! Zazwyczaj na partyplace był jakiś barek z piwem więc nie było najmniejszego kłopotu z dostępnością :) Jasne, byli i tacy, którym to nie starczało i posiłkowali się okolicznymi sklepami spożywczymi, tudzież monopolowymi. Nie muszę chyba dodawać, że dla wielu osób impreza stawała się wtedy bardziej PARTY nić COPY i w pojedynczych aczkolwiek dosyć częstych przypadkach kończyła finezyjnymi "zgonami". O nagminnych zjawiskach "zwrotu" nawet nie ma sensu wspominać (wtedy mawiało się o tym: fractale :) ).

Sleeping room

Dla zmęczonych życiem i zabawą organizatorzy każdorazowo przygotowywali tzw. sleeping room czyli po prostu miejsce do spania. Każdy szczęśliwy posiadacz karimaty czy śpiwora mógł w dowolnym momencie udać się do tej prowizorycznej sypialni i spocząć "snem sprawiedliwego" regenerując tym samym siły na podróż czy kolejny dzień zabawy. Co ciekawe, niektórym z partowiczów nie potrzebna była ani karimata ani śpiwór - wystarczyła goła podłoga :) Zresztą spójrzcie na poniższy film - takie to były realia!

Interesujące, że nigdy nie spotkałem nikogo kto by narzekał, że mu się źle spało, że było za ciepło lub niewygodnie! W tych szalonych latach 90tych wszyscy byli zawsze zadowoleni! ;)

Jasne, jak w każdej grupie byli i malkontenci - jednym nie odpowiadało to, innym tamto. Komuś przeszkadzał nadmiar alkoholu na partyplace i scenowcy, którym podłoga sama uciekała spod nóg - dla innych był to jednak zdecydowanie powód do śmiechu. Jakaś ekipa zrobiła świetne demo, które nie wygrało bo publika głosowała na produkcję z gatunku "fun" - byli wściekli ale po czasie im przechodziło. Jak to w życiu - nie da się dogodzić wszystkim.

Prawda jest jednak taka, że większość sceny, zarówno organizatorów jak i odwiedzających, było z copy-parties zadowolona. Nawiązywały się nowe przyjaźnie, grupy zawierały nowe sojusze i przyjmowały w swoje szeregi nowych twórców. Był czas na zabawę i "nocne Polaków rozmowy" ;)

Wspomniałem w jednym z pierwszych akapitów tego wpisu, że tego typu imprezy odbywają się po dziś dzień - jak to wygląda z perspektywy czasu? O tym już niebawem.

Inne wpisy w tej serii: