Jak siodło do krowy, czyli cyfryzacja Polski

Cały dzisiejszy dzień czekałem z nadzieją na ten obrazek:

Gdy się naczekałem, naszło mnie na przemyślenia.

reklama

Towarzysz Stalin, „ojciec narodów i chorąży pokoju”, zwykł ponoć mawiać, że socjalizm pasuje do Polski jak siodło do krowy. Niewątpliwie było to prawdą 70 lat temu, dziś mam głębokie wątpliwości, dostrzegam wręcz powszechną tęsknotę za czasami słusznie minionymi, potwierdzaną w dodatku sondażami. To jest głębszy problem i dłuższy temat, do omówienia gdzie indziej i kiedy indziej, nie chcę się tym zajmować w tym momencie. Ale podoba mi się ta krowia metafora, ja w ogóle lubię barwne metafory, pozwalają mi przemycić moją wewnętrzną, trwałą wściekłość bez konieczności groteskowego wymachiwania rękami. 

Przychodziła mi ona do głowy, na przestrzeni lat, za każdym razem gdy zderzałem się z niemożliwym do pokonania bóstwem totemicznym w postaci Jaśnie Papierka. Zdarzało się to niemal na każdym kroku - a ja przecież nienawidzę biurokracji. Wiara w papierek nie jest naszą narodową przywarą, to przypadłość o występowaniu ogólnoświatowym, są jednak pewne okoliczności, które sprzyjają jej rozwojowi, a tych u nas niestety nie brakuje. Co gorsza, dyskusja z Rycerzami Papierka jest bardzo trudną przeprawą dyskursywną, wystawiającą moją cierpliwość na ciężką i kosztowną próbę. Ludzie pozornie rozsądni i wykształceni zaczynają nagle sypać argumentami tak mocno pozbawionymi sensu, wewnętrznej spójności, czy wręcz w ogóle treści, że budzi się we mnie obawa, że prowadzenie debaty mnie skrzywdzi i zuboży, bo nie tylko nie wygram, ale i wyjdę z niej głupszy i dziwnie oszołomiony. Wciąż łapię się za głowę, gdy kolejny raz przychodzi mi słyszeć powtarzane do znudzenia „a co będzie, jak te wszystkie komputery szlag trafi!?”. Bo, jak wiadomo, papierowe archiwa są niezniszczalne, żaroodporne, nie mokną, nie gniją i nie śmierdzą. Od osiedlowej przychodni po największą uczelnię techniczną w Polsce, wszędzie czają się bastiony papierowej biurokracji, tysięcy kserowanych druczków, oddzieranych linijką tasiemek papieru „dla petenta”, naręczy pieczątek i formularzy w źle sformatowanym Wordzie. Sprawdzanych z kronikarską dokładnością przez szwadrony ludzi głęboko przekonanych o istotności swojej pracy. Bo jest ona jakimś cudem ciekawsza od ich codziennego życia. Bo komputery to nowomodny wynalazek, który nigdy się nie przyjmie. Bo informatyzacja pasuje do Polski, jak siodło do krowy. 

Przestań grać w komputer!

Mam tu na myśli mentalność, a nie kompetencje, bo z nimi jest źle na całym świecie. Na przykład brytyjska Minister Spraw Wewnętrznych Amber Rudd, zajmująca stanowisko kojarzące się wszelako z bezpieczeństwem i rozsądkiem, zasłynęła nie tylko swoim poglądem, że kryptografia jest niebezpieczna i należy jej zakazać (celem walki z terroryzmem oczywiście), ale przede wszystkim słowami, że do walki z ekstremizmem w sieci należy zatrudnić ludzi „znających się na hasztagach”. Zanim jednak zaczniemy mówić o bezradności w cyfrowych realiach, spróbujmy oszacować, na ile cyfrowa jest codzienność w Polsce. 

Prędko zauważymy, że codzienne problemy natury biurokratycznej częściej wynikają z umysłowego zeszklenia umysłów w podmiotach niezależnych. Innymi słowy, żadna reforma, o jakiejkolwiek skali byśmy nie mówili nie sprawi, że jakaś losowa uczelnia lub szkoła zacznie akceptować np. dokumenty rekrutacyjne wyłącznie w formie cyfrowej. Jest to ich wewnętrzna procedura i jeżeli w danym sekretariacie pracuje silna grupa pod wezwaniem zawieszającego się smartfona, ich uprzedzenia powstrzymają informatyzację. Szczególnie, gdyby ukazała ona, że ich praca jest banalna/zastępowalna/zbędna. Wszelkie odgórne reformy (jak urzędowe wdrażanie Dziennika Elektronicznego, niskiej jakości i za horrendalne pieniądze) doprowadzą do immunologicznej obrony, w postaci niewiążących-acz-niezbędnych świstków, poczynając rzecz jasna od listy kolejkowej i numerków, by metodą kuli śniegowej obrastać w formularze pośrednie. Takich problemów nie rozwiążemy. Konieczna jest tutaj edukacja, odczarowanie elektroniki, której wiele osób się obawia. Nierzadko słusznie. Brak kadr niezbędnych do obsługi technicznej potrafi obrzydzić każdy system, gdy jego wdrożenie krótko po wyjściu ostatniego technika zaczyna ulegać procesom gnilnym, erozji funkcjonalnej i awariom, które prowadzą do przestojów. Pierwszy raz spotkałem się z niniejszym zjawiskiem w 2005 roku, gdy odwiedzałem kolejne szkoły, uraczone w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego pracowniami SBSMENiS. Laboratoria oparte o domenę Active Directory, zarządzane przez przepracowanych i nieprzeszkolonych nauczycieli bardzo często oferowały jedynie ułamek swoich możliwości. Kont użytkowników nie było, hasła do lokalnych kont operatorów były powszechnie znane uczniom, program Opiekun Ucznia dzielnie blokował Onet przepuszczając jednocześnie twardą pornografię, kontrolery domeny, opatrzone bezwartościową dokumentacją, leżały w szafach, a faktury na oprogramowanie dotyczyły produktów, których nikt nigdy nie widział na oczy (podobno miał być w komplecie Visual Studio 2005 i w jednej pracowni w Polsce ktoś go nawet widział!). Znowu – jak rozwiązać ten problem? Wdrożenie było poprawne, już pal licho, że te maszyny były dramatycznie przepłacone, brakowało kadr i szkoleń. A kadr nie było, bo albo nie przewidziano dla nich etatu (przecież nauczyciel TI się zna na komputerach, to poklika na przerwie obiadowej!) albo pensja zwabiała jedynie najsłabszych ludzi, wykazujących szkodliwą niewiedzę.

To nie są kwestie, które da się rozwiązać odgórnie. Problemy, które w nich zachodzą są efektem zaniedbań i błędów w zupełnie innych obszarach. Szkoła, lub uczelnia, nie może zatrudnić administratorów, bo musiałaby im zaoferować wyższe pensje. Ale ich etaty są regulowane przez przepisy z 1382 roku, wedle których podpadają pod ten sam koszyk płacowy, co konserwatorzy i hydraulicy. Dzięki czemu związki zawodowe natychmiast podniosą krzyk, że skoro dobrze opłacany administrator jest zatrudniony jako technik, trzeba dać podwyżki wszystkim technikom. Ale tego oczywiście nie da się zrobić. Więc podwyżki się nie daje. W konsekwencji czego nie zatrudnia się administratora. Tego typu absurdalne trudności, wymagające wyrzucenia do kosza góry przepisów i napisania na nowo z uwzględnieniem minimum rozsądku, są dla mnie legislacyjnym odpowiednikiem słynnej Rzeczpospolitej Paździerzowej, o której pisze niezastąpiony Krzysztof Varga. Nie są więc problemem informatyzacji w Polsce. Są efektem zaniechanej modernizacji państwa, po której nastąpił przewlekły brak wizji, ustępujący naturalnie miejsca mesjanistycznej demagogii. 

Top down - bottom up

Na informatyzację kraju należy patrzeć nie „od dołu”, jak na powyższych przykładach, tylko „od góry”, przez pryzmat cyfrowo oferowanych ułatwień dla obywatela. I mimo, że wiele przepisów, jak i postaw urzędników, notorycznie przypomina nam, że obywatel jest wrogiem i najlepiej wszystkiego mu zakazać, to pod względem cyfrowej interakcji obywatela z państwem jest nieźle i będzie coraz lepiej. Ale zanim zajmiemy się wyrazami zasłużonego uznania dla obecnego poziomu cyfryzacji państwa, najpierw muszę ponarzekać. Nie potrafię formułować myśli inaczej, niż zaczynając od załamania i krytyki, bo moja motywacja niezmiennie czerpie swe źródło wyłącznie z sił negatywnych, smutnych i pesymistycznych. Szczęście niezmiennie skazuje mnie na zastój twórczy. Aby temu przeciwdziałać przypomnę, z czym przez wiele lat kojarzyło się w Polsce słowo „informatyzacja”. Bo być może wiele osób już nie pamięta. To jest oczywiście cała wielka, długa historia o której książki napisano, ale myślę, że dla odświeżenia pamięci wystarczy jedno słowo.

PROKOM.

Miałem rację? Ludziom patologicznie pamiętliwym powinny się pojawić przed oczami wybory samorządowe roku 2002. Szereg małych firemek oraz duet Prokom-Pixel, pod rzekomą kontrolą Państwowej Komisji Wyborczej (kto by się tam przejmował…) miały stworzyć system obsługi wyborów. Po kilku godzinach od rozpoczęcia, oprogramowanie przestało działać, a w telewizji rzecznik firmy Pixel z rozbrajającą szczerością i lekkim uśmiechem na twarzy stwierdził, że oprogramowanie miało błędy i było nieprzetestowane. To jest w ogóle bardzo ciekawa sprawa, która mimo upływu lat dalej zdumiewa. Bowiem wszystko wskazuje na to, że pierwsza tura wyborów była potraktowana jako beta-testy systemu, na co nie przewidziano wcześniej zasobów. Byłbym w stanie to zrozumieć, gdyby oprogramowanie miała stworzyć wyselekcjonowana brygada ambitnych dekarzy, z zamiarem przejścia weekendowego kursu programowania. Ale jak ktoś prowadzi firmę informatyczną, to raczej rozumie, jak to wszystko działa i ma świadomość, jak samobójcze jest podpisanie się pod planem niezakładającym testów. Nie na tym polega jednak największy kłopot z całą tą historią – jest bowiem znacznie ciekawiej. Wedle kilku źródeł, Pixel uparcie przyznawał się do winy… która leżała po stronie Prokomu. Nie wiem, jak było naprawdę, wiem za to, że Prokom (przed połknięciem przez Asseco) należał do tworów, których nie należy denerwować i coś mi podpowiada, że przy odpowiednio zaaplikowanej nieustępliwości, da się o tym przekonać i dziś. Wiem także, że Najwyższa Izba Kontroli przypisała odpowiedzialność za klęskę Biuru Wyborczemu, które anulowało testy obciążeniowe. A to wszystko nie wspomina nawet o tym, że Prokom i Pixel zostały wybrane, gdy miały już częściowo gotowy system, co zazwyczaj oznacza ustawiony przetarg. I tak dalej, i tak dalej. To wszystko brzmiało bardzo „po polsku”: tysiąc pokłóconych ze sobą stron, ustawki, szaleńcze oszczędności, partanina, udawana kontrola oraz wzajemne, i jakże swojskie, przerzucanie się winą. Paździerzowa informatyzacja w wykonaniu Prokomu na wiele lat sprawiła, że próby cyfrowej modernizacji od razu wywoływały przekonanie „OK, to nie ma prawa działać, na pewno się zawali i będzie kosztować górę pieniędzy”

„Zaległości w czterech głównych podatkach osiągnęły poziom ok. 90% deficytu budżetowego w 1997 r.”

A to była akurat historia, która uchodzi za najpopularniejszą. Mniejszych są tuziny. Te mniejsze, co ciekawe, są znane bardziej niż te większe, podczas gdy moją ulubioną pozostanie za zawsze Ta Pierwsza. Proszę sobie teraz wziąć do ręki jakiś PIT, może być w PDFie. I spojrzeć na lewy górny róg – widnieje tam napis POLTAX. Tak jest. Matką Skandalicznych Partanin na zawsze pozostanie pierwszy POLTAX. Gdy dowiedziałem się o nim kilka lat temu, naprawdę nie potrafiłem uwierzyć w to, co czytam. Otóż komunikacja w ramach tego wspaniałego wynalazku nowego Ministerstwa Finansów była oparta o fizyczne przewożenie taśm magnetycznych. Zły jestem na siebie nieziemsko, że w ogóle byłem tym faktem zaskoczony. To powinno być dla mnie zupełnie naturalne, że w 1989 roku wdraża się system komputerowy właściwy dla Centrum Obsługi Misji „Interkosmos Sojuz-37”. Niemniej, byłem wstrząśnięty tym odkryciem i zacząłem szukać innych źródeł, które niestety potwierdziły moje urokliwe odkrycie. Brak sieci rozległej, łączącej Urzędy Skarbowe, która pozwalałaby im występować względem obywatela jako pojedyncza instancja, zacementował pewien w dalszym ciągu niepowstrzymany w całości dogmat, że każdy US to oddzielna instytucja, nie tylko mająca prawo do własnego interpretowania przepisów, ale też wejściowo niewiedząca nic o podatniku z innego obszaru. Ale taka sieć nie miała prawa powstać. Realia wdrożenia niniejszego systemu są tak groteskowo absurdalne, że nie jestem w stanie ich streścić, bo nie da się pisać, trzymając się obiema rękami za głowę. Polecam poszukać, co tam się stało. Jak kupiono (niestandardowy) sprzęt, by potem czekać na oprogramowanie, które okazało się dla niego za mocne. W dodatku cały proces był niejawny (poufny!), a dokumenty pozbawione możliwości wglądu (np. przez prasę). Stąd też powstał system, który nie działał. Dlatego kontakt z Urzędami Skarbowymi to dziś horror –o tym wie dziś niemal każdy. Historia wdrożenia Poltaksu, który się do owego horroru niewątpliwie przyczynił, jest jednak znacznie rzadszą wiedzą. 

"Bezkrytycznie kochaj ZUS, bo bez ZUS-u ani rus!"

Co innego ZUS! Legendarna informatyzacja ZUS-u, wykonywana oczywiście przez słynący z renomy Prokom, rozpoczęła się w 1997 roku i miała uzupełnić, a następnie zastąpić używane tam małe systemy stworzone w latach osiemdziesiątych. Jest to nie lada wyczyn, ponieważ nasze prawo emerytalne jest gigantyczne, mnóstwo losowych grup zawodowych ma w nim jakieś dziwne, niemożliwe do odebrania bez zamieszek przywileje, a wieczna walka „dumnych z przepracowania nędzarzy” z „nowoczesnymi długowiecznymi” powoduje przeciąganie liny z wiekiem emerytalnym w wykonaniu kolejnych ekip bezczelnie wygrywających wybory. W takich okolicznościach stworzenie systemu „do wszystkiego” jest niemożliwe. Natomiast porwanie się na stworzenie systemu do wszystkiego jest jak najbardziej zrozumiałe, jako, że jest to łakomy kąsek. Prace nad takim oprogramowaniem są w praktyce niemożliwe do ukończenia, a sam produkt – wiecznie wadliwy i niekompletny. A ponieważ Fundusz Ubezpieczeń Społecznych cierpi na główną bolączkę socjalizmu (nie może zbankrutować, więc po co o niego dbać), idealnie nadaje się do tęgiego dojenia. Podobno informatyzacja ZUS kosztowała już ponad 6 miliardów złotych.

Z tegoż powodu dostaję ciężkiej cholery, gdy widzę gdzieś logo Asseco. A tak w ogóle, zupełnie na marginesie, to w zeszłym tygodniu dostałem od nich SMSa informującego mnie, że „rozwiązano problem w produkcie, który raportowałem”. Odebrałem tę wiadomość wychodząc podczas deszczu z tramwaju, specjalnie grzebiąc bezradnie w kurtce. Uprzejmie powiadomiono mnie w niej, że niedziałający link na stronie T-Mobile, który odkryłem w listopadzie 2016, a zgłosiłem w kwietniu, właśnie poprawili. Fajnie. Wy chyba lubicie, jak ludzie was nienawidzą. Kręci was to. 

Ponownie, cała ta epopeja o klęsce KSI/ZUS pomija zupełnie skandal z Płatnikiem. Aplikacją działającą wyłącznie dla Windows – co nie zaskakuje szczególnie, gdy przypomnimy sobie wizyty Steve’a Ballmera w naszym kraju. Polacy, speszeni i zakłopotani wizytą bogatego wujka z Ameryki, tak bardzo dumni byli z przyjazdu szefa Microsoftu do Polski, że za stosowne uznano publiczne serdeczne powitania z Ministrem Finansów. No bo przecież duma, współpraca, i tak dalej. I jakoś nikt nie myślał, że przecież biznes jest biznes – że współpraca nie odbywa się celem ułatwienia żywota obywatelowi, tylko dla kasy. Jest kilka źródeł takiego rozumowania. Pierwsze to, oczywiście, korupcja. Powiedzmy to wprost. Drugi to kompleksy. Trzeci to przyzwyczajenie do okrągłych słów o „przyjaźni”. Była przyjaźń polsko-radziecka, a teraz jest przyjaźń polsko-amerykańska. Takie właśnie gadanie o „przyjaciołach”, czy innych „sojusznikach”, z którymi rzekomo mamy wiele wspólnego, albo ktoś u kogoś ma jakiś dług wdzięczności sprawia, że nie potrafi się myśleć w jedynych kategoriach, które się liczą: partnerstwa biznesowego. A nie przyjaźni. Doskonale ujął to minister Henry Temple: Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników ani przyjaciół, ma tylko wieczne interesy. Często powtarzał te słowa Neville Chamberlain. W Polsce uchodzą one tymczasem za brutalne i nieludzkie. Jednak zamiast pomstować na narodowe umiłowanie w przegrywaniu wojen i powstań, sugeruję poznać historię Płatnika czytając rzetelny wpis na blogu użytkownika AParnas.

WFu dziś nie będzie, Komisja liczy głosy

Informatyczne czkawki to nie tylko zamierzchłe POLTAX i KSI, czy dawno minione wybory samorządowe z 2002 roku. Informatyzacja służby zdrowia też bardzo często wygląda na jedno wielkie oszustwo (Tłukące się tablety i zamarzające w karetkach drukarki? Poważnie!? Toż nawet w złodziejstwie trzeba mieć trochę subtelności czasami!). Nowe wybory dalej nie działają poprawnie: samorządówka 2014 łapała srogie opóźnienia ze względu na błędy w legendarnej aplikacji Kalkulator1, co w konsekwencji doprowadziło do ordynarnych i bezczelnych zarzutów o fałszowanie wyborów, w co wiele osób uwierzyło i dalej wierzy. Komisja Wyborcza niewątpliwie ma sporą historię w samobójczych decyzjach informatycznych, a to bardzo niedobrze. Ponownie wywinięto bowiem wtedy ten sam numer, co w 2002: rozpisano przetarg, gdy wszystko powinno być już od dawna gotowe. Tym razem jednak nie istniał już Prokom, który natychmiastowo stawiał się do każdego zadania, pod warunkiem, że było niewykonalne. Tym razem pozostali już wyłącznie frajerzy, którzy z desperacji lub głupoty zgadzali się na karygodnie krótkie terminy dostarczenia. Efektem tej decyzji było zgłoszenie tylko jednej firmy i oddanie zliczarki głosów, która nie potrafiła się dogadać z systemem zbierania danych z komisji wyborczych. Głosy dalej były liczone i przechowywane, można było zażądać ich przeliczenia (acz z tym zawsze trzeba się spieszyć). To z komunikacją był problem, bo program był napisany na kolanie. Nie prowadzi to rzecz jasna do fałszerstw, tylko do olbrzymich frustracji i opóźnień. Tego typu wydarzenia są żenujące i niedopuszczalne, ale ponownie nikt nie był zaskoczony, bo to Polska właśnie: od razu przychodziły skojarzenia z rokiem 2002. Przecież nikt nie oczekiwał chyba na poważnie, że to zadziała…? PKW okazała się być systemowo zbyt słaba: niepoprawnie egzekwuje swoje oczekiwania. Skład sędziowski (PKW składa się z sędziów wskazanych przez prezesów Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego – budzi to mój głęboki niepokój) podał się wtedy do dymisji, ale zdecydowanie było widać, że nikt nie opracowywał podczas powoływania Komisji mechanizmów związanych z kontrolą informatyzacji. Biorąc pod uwagę fakt, że KBW powstało w czasach POLTAX’u – nie jestem zaskoczony. 

Absolutna, wręcz urocza i rozczulająca, bezradność technologiczna politycznych założycieli III RP oraz przeciwproduktywne, patologiczne metody pracy tzw. „poprzedniej ekipy” wywodzącej się z PRL sprawiały, że nie istniał potencjał polityczny potrzebny do poprawnego podejścia do problemu informatyzacji. Rozmiłowana w intelektualizmie tzw. opozycja, zamawiała ekspertyzy u wykładowców akademickich, a partyjni biurokraci stosowali rozwiązywanie (nieuniknionych przecież) problemów poprzez utajnianie i dalsze forsowanie kretyńskich pomysłów, nie siląc się na refleksję, która wszak nigdy dotychczas nie była im potrzebna. Pewne czynniki psychologiczne ponadto nie skłaniały się od uczenia się od mądrzejszych. Wreszcie, debata publiczna była niemożliwa, bo większym problemem było, czy wybory wygra człowiek od machania siekierą, czy biznesmen znikąd, machający z kolei czarną teczką. Taki był wtedy miś na miarę naszych możliwości. Po latach ktoś wreszcie doszedł do wniosku, że przydałoby się opracować jakąś wspólną, jednorodną politykę cyfrową na skalę ogólnokrajową. 

Ciepła woda w kranie i państwowa strategia cyfrowa

W ten sposób w 2011 roku powstało Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Niby dobrze, że powstało. Powinienem się cieszyć, w końcu dość dobrze oceniałem ten rząd. W dodatku ministrem został Michał Boni, którego bardzo szanowałem, między innymi za niedocenianą powszechnie kulturę osobistą. Mimo tego wszystkiego, moim pierwszym skojarzeniem było: Rzeczpospolita Paździerzowa. Tradycyjna seria „mnożenie zbędnych bytów” – „impotentna siła pozornych reform” – „to się nie ma prawa udać”. Było optymistycznie, ale z wątpliwościami. Jacek Żakowski nazwał MAiC Ministerstwem Trudnych Negocjacji. W ogóle polecam ten wywiad, pełen trafnych diagnoz dotyczących na przykład kultury pracy urzędników, czy paradoksu redukcji kompetencji wraz ze wzrostem szczebla. 

Strasznie mi się podobały słowa nowego ministra. Pamiętam modne w owym czasie posądzanie rządów Platformy Obywatelskiej o bezideowość – tutaj idea była jasno wypowiedziana i bardzo atrakcyjna, szczególnie z perspektywy budowania społeczeństwa obywatelskiego. Ale nie dałem się nabrać. Zbyt mocno byłem świadom skali żenady oraz wielopłaszczyznowości niezbędnych rozwiązań: wspólne projekty będą wymagały współpracy kilku ministerstw i wielu instytucji, z których spora część ma ambicjonalne podejście do krzyżowania kompetencji – ewentualnie swoim dyletanctwem stanowi kotwicę hamulcową postępu.

Nieprzychylne opinie były nieuniknione, ale w kilku kwestiach miały niestety całkiem mocne uzasadnienie. W 2012 roku okazało się, że autor projektu Profilu Zaufanego nie korzysta z niego, ponieważ twierdzi, że Ministerstwo zaimplementowało jedynie fragment owego projektu, pomijając kilka niezbędnych filarów gwarantujących bezpieczeństwo i poprawną obsługę uwierzytelnienia.

Rok później Michał Boni odchodzi ze stanowiska ministra cyfryzacji, a narracja polityczna tamtego czasu nie sprzyjała specjalnie głośniejszym analizom powodów takiej decyzji. O wiele istotniejsza była rekonstrukcja drugiego rządu Donalda Tuska, borykano się bowiem ze spowolnieniem gospodarczym, budzącym coraz bardziej sceptyczne opinie, odbijające się w sondażach. Dlatego ze strony Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, rozpoczynającego swoją pracę z bardzo miłymi deklaracjami, było głucho. Wiele osób nie wiedziało o jego istnieniu, a pozostałym trudno było wymienić jakiekolwiek jego osiągnięcia. Interdyscyplinarny charakter obowiązków MAC okazał się zbyt trudny, a wizja założycielska wyrażona przez pierwszego Ministra – papierowa. Niepoparta charakterem i wolą, bowiem to od woli wszystko zależy, jest ona zawsze istotniejsza od okoliczności, które mogą być najwyżej wymówką. Zapisane w Konstytucji „współdziałanie władz” i „zasada pomocniczości” zderzyły się z paździerzowym państwem teoretycznym. Zjawisko państwa teoretycznego nie było charakterystyką ówczesnego obozu władzy, przeciwnie, paździerz jest po prostu materiałem budulcowym większości instytucji państwowych, zniewolonych przez wyzutą z kreatywności, frustrującą inercję, w atmosferze której przychylność wobec obywatela uchodzi za akt pretensjonalny i pełen zbędnej kurtuazji.

Następcą Boniego został, popularny od niedawna, Rafał Trzaskowski. W przeciwieństwie do swojego poprzednika, miał on definiowalne zasługi. Należą do nich system ostrzegania o stanach zagrożenia oraz rozpoczęcie walki z wykluczeniem cyfrowym. W dalszym ciągu jednak były to nowe, piękne i kolorowe inicjatywy, rozpoczęte jakby w zastępstwie za, najwyraźniej niewykonalne, połączenie niezależnych i duplikujących się systemów informatycznych w wielu resortach i instytucjach. Plan Trzaskowskiego doskonale nadawał się zatem na program rozwoju zachodniego kraju europejskiego z porządną infrastrukturą, a nie lokalnego bagienka, z instytucjami wołającymi o uporządkowanie i porządne kadry. Minister Trzaskowski przedstawił w Sejmie swój resortowy plan cyfrowej rewolucji, a następnie… złożył urząd. Wskutek katastrofalnej zmiany Prezesa Rady Ministrów, skład Rady uległ ponownej rekonstrukcji, a uparcie bezideowe Ministerstwo w dalszym ciągu nie potrafiło wykazać się skutecznością. 

Third time's a charm?

Kolejny minister, Andrzej Halicki, uchodził za wybór z klucza politycznego, a to nigdy nie pomaga. Wystawienie kandydata mającego gwarantować równowagę frakcyjną w macierzystym ugrupowaniu zamyka w dość ciasnej klatce. Nie wróżyło to zbyt dobrze przyszłości Ministerstwa, coraz częściej dyskutowano o jego likwidacji. Sam Minister Halicki, zapewne zupełnie bez świadomości wagi swych słów, podczas afery z wyborami samorządowymi stwierdził bez ogródek, że informatyzacją PKW jego resort nie ma nic wspólnego. Było to idealne podsumowanie działalności MAC – każdy sobie. Nie chcę przez to powiedzieć, że ministerstwo nic nie robiło, bo to nieprawda. Moim podstawowym zarzutem jest niewyrażone wprost przekonanie kolejnych ministrów, że współpraca instytucji, ich reforma oraz koordynacja większych projektów są zwyczajnie niemożliwe, z inherentnych powodów systemowych, które najwyraźniej miały rozwiązać się same.

Z wyniku wyborów powszechnych w 2015 roku byłem, bardzo łagodnie rzecz ujmując, głęboko niezadowolony. Dziś jest w zasadzie o wiele gorzej, niż miałem odwagę przypuszczać te dwa lata temu z kawałkiem, ale jest jednak rzecz, która niewątpliwie mnie cieszy. Ministerstwo Cyfryzacji objęła bezpartyjna Anna Streżyńska, znana jako Postrach Tepsy. Minister Streżyńska nazywa się „fachowcem do wynajęcia” i jest to doskonale trafne określenie. Jest bowiem osobą ze wszech miar kompetentną, o czym można było się przekonać gdy pracowała w UOKiK, a potem w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej. Postanowiła budować swoją pozycję wyłącznie jako fachowiec, odcinając się całkowicie od wszelkich komentarzy politycznych. To dobrze. Mimo zdumiewających, nierzadko wątpliwych legislacyjnie inicjatyw rządu, nie wspominając o spadającym na łeb poziomie debaty publicznej, uchylała się od komentarza, koncentrując się wyłącznie na pracy swojego resortu.

Gdy w 2006 roku na Węgrzech gruchnęły „taśmy prawdy”, na których premier Ferenc Gyurcsány przyznał się, że jego ekipa „kłamała dzień i w nocy” na temat stanu gospodarki, kraj pogrążył się w kryzysie. Jedną z sugestii było powołanie „technicznego rządu fachowców”, aby powstrzymać bezkrólewie, do czasu następnych wyborów. Wtedy pomyślałem – dlaczego każdy rząd nie może być technicznym rządem fachowców? Nie chcę przez to powiedzieć, że rząd Platformy Obywatelskiej był zły, a obecny jest dobry. Nikomu nie zarzucam złej woli i mówię to zupełnie szczerze. Jestem też przekonany, że gdyby pojawiła się koncepcja politycznego obsadzenia Ministerstwa, to jakiś geniusz z PiS-u miałby skuteczność zbliżoną do poprzedniej obsady.

You don't just need eyes to see, you need vision

Gdyby taki hipotetyczny rząd techniczny powstał u nas, ministrem cyfryzacji niewątpliwie pozostałaby Anna Streżyńska. Przyjęła bowiem podejście czysto menedżerskie, które w połączeniu z niewiarygodną pracowitością złożyły się na (tak brakującą dotychczas w ministerstwie) wizję rozwoju. Nagle okazało się, że możliwe – chociaż bardzo trudne – jest wspólne tworzenie systemów informatycznych. Opieka nad jedną infrastrukturą, zamiast budowania niezależnych, niemal obrażonych na siebie nawzajem „silosów” zawsze będzie tańsza, wydajniejsza i bezpieczniejsza. Przy okazji w przepiękny sposób zrealizuje obietnicę współpracy instytucji, zapisaną w konstytucyjnej preambule. Ponadto, ratowane są grożące zawaleniem projekty, jak Profil Zaufany, ePUAP, ten koszmarny CEPiK czy portal obywatel.gov.pl. Ministerstwo Cyfryzacji dba zatem o coś na kształt ogólnokrajowego systemu SSO (Single-Sign-On) oraz zunifikowanej platformy komunikacji obywatela z urzędem. Dowolnym urzędem. Dlatego w planach jest współpraca z „obrażalskimi” resortami, jak Ministerstwo Finansów ze swoimi przeklętymi E-Deklaracjami napisanymi w AIR i resztą zabawek. Albo Ministerstwo Zdrowia, którego nieudolna cyfryzacja zakrawa chyba na ciężki kryminał. Pani Minister ma plan stworzenia przejrzystego systemu śledzącego między innymi przepływ wszystkich funduszy, co obecnie jest zupełnie nieprzezroczyste. Jestem głęboko przekonany, że podobne plany szykuje też dla ZUSu, ale nie mówi tego na głos, bowiem dźganie patykiem tego nieinformatyzowalnego molocha zwyczajnie przynosi pecha. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że Pani Minister się boi. Doskonałym dowodem jest jej bój o działający ePUAP. Ze względu na biegłość w komunikacji z wykorzystaniem mediów społecznościowych, można prześledzić raporty z pola bitwy z maja 2016, okraszone głośnymi wyrazami krytyki poprzednich wdrożeniowców, podchodzących do zagadnienia „na odwal się”, popełniając przy okazji szkolne błędy. Po prostu w przypadku ZUSu skuteczniejsze będzie podejście ???? ?????, ?????? ??????

Działalność statutowa to nie wszystko

Ogarnianie kuwety, w postaci powolnego sprzęgania niezależnych systemów i naprawy/konserwacji/utrzymania tych już wdrożonych to niejedyne prace MC. Oczkiem w głowie Pani Minister jest wielki projekt mDokumenty, którego finalnym celem ma być wyeliminowanie portfela z dokumentami i zastąpienie go telefonem. Ponieważ i tak wszędzie nosimy ze sobą telefon i mamy go przy sobie częściej, niż portfel (wszak możemy telefonem również płacić – w miejscach które łaskawie wdrożyły BLIK), posiadanie elektronicznych dokumentów powinno być naturalne. mDokumenty są obecnie w obiecującej fazie pilotażowej i niedługo mogą liczyć na ogólnokrajowe wdrożenie. Pod tym względem jesteśmy w ścisłej europejskiej czołówce, co powinno być dla nas powodem do dumy. To niełatwe zadanie, zwłaszcza, gdy ma się pod opieką sporą gromadkę projektów i instytucji, w tym takie dziwolągi, jak Centrum Projektów Polska Cyfrowa, o tendencjach do replikowania kompetencji.

Oczywiście, zawsze będą niezadowoleni. Chłodną ocenę prac ministerstwa formułuje oczywiście Michał Boni. Nie dziwię mu się. Aczkolwiek źródłem tej opinii jest raczej pewien mechanizm psychologiczny, a nie rzetelna ocena. Nie jest to jednak jedyna osoba niezadowolona. Gazeta Wyborcza kilka miesięcy temu niemal z pretensją wyliczała, ile kilogramów kawy zamówiono dla pracowników Ministerstwa. Opadły mi wtedy ręce. Po pierwsze dlatego, że informatyk bez kawy nie działa poprawnie. A po drugie dlatego, że nad Wisłą wciąż szokującym jest tworzenie zachęcających warunków pracy w budżetówce. Dzięki którym przyjdą tam ludzie, którzy chcą tam pracować, a nie tylko ci, którzy zwyczajnie nie mieli innego wyjścia. Wreszcie, mnóstwo ludzi skarży się na problemy z systemem CEPiK. Efekt jest dobrze znany: jedno potknięcie, nawet „odziedziczone” po poprzednikach, potrafi natychmiast przekreślić w oczach wielu cały dorobek czyjejś pracy. Podnoszą się wtedy głosy, że coś przebiega nieprawidłowo, czy wręcz zbyt powoli. MC reaguje na sygnały o nieprawidłowościach całkiem sprawnie. Nikt porządny jednak nie będzie umiał się obronić przed zwykłym brakiem kultury.

Join now!

Ministerstwo Cyfryzacji nie jest tajnym klubem dla wybranych. Nie trzeba być kolegą kolegi, być znajomym Piaska ani mieć legitymacji partyjnej/Paszportu Polsatu. Można aplikować przez ministerialne strony internetowe dotyczące naboru. Poszukiwani się nie tylko informatycy/programiści, ale także ludzie od obsługi i utrzymania infrastruktury. Jeżeli ktoś szuka właśnie pracy, lub planuje są zmienić, naprawdę zachęcam do zainteresowania się współpracą z MC. Swoją drogą, pracowałem dwa lata w tzw. budżetówce. Jest to nierzadko świat postawiony na głowie, a gdzieniegdzie można się spotkać z czymś, co nazywam systemową niewdzięcznością, ale jest jedna rzecz, która sprawia, że naprawdę chce się w to inwestować swój czas i wolę. Mam tu na myśli świadomość tworzenia czegoś, co będzie służyć innym: zajmowałem się wdrażaniem systemów operacyjnych i zarządzaniem użytkownikami oraz oprogramowaniem. Z efektów mojej pracy korzystały setki osób. Nie pracowałem nad jakimś obcym mi produktem o wątpliwej zasadności, kupowanym przez ludzi, którzy nie wiedzą, co robią. Nie miałem tego – jakże dziś częstego! – wrażenia, że robię coś, co absolutnie nie wpływa na rzeczywistość i czego brak nie zostałby nigdy przez nikogo dostrzeżony. Banalnie rzecz ujmując – praca nad wspólną przyszłością jest szalenie satysfakcjonująca. Wiem, że Minister Streżyńska dba o atmosferę pracy, zabiegając o stworzenie niepowtarzalnego zespołu ludzi, którzy wiedzą, czego chcą. To naprawdę godne uznania i najwyższej pochwały. 

"Everybody wants to make a statement, everybody needs to carve their mark!"

Wszelkim osobom sceptycznie nastawionym do obecnej konfiguracji politycznej, czy do polityki w ogóle, mogę powiedzieć jedynie „count your blessings”. Nikt nie korzysta na manifestacyjnym odwróceniu się od państwa, gdy przybiera ono nielubiane barwy klubowe. Żadną miarą nie uchodzi to za „honorowe zwycięstwo” ani „bierny opór”, bo karawana jedzie dalej. Fachowcem można być w dowolnych warunkach i nie oznacza to od razu, że trzeba się zapisywać do jakiegoś fanklubu. Nalegam więc, by darować sobie pozowania na rewolucjonistę. Nie dostaje się za to punktów w niebie i nie uchodzi od razu za wybitnego intelektualistę. Na koniec i tak liczy się tylko to, kto pracował, a kto tylko narzekał :)

Z osobistej perspektywy dodam, że najbliżej mi poglądami do środowisk liberalno-demokratycznych, zresztą myślę, że da się to u mnie łatwo dostrzec. Po ostatnich wyborach środowiska te popadły w niełaskę. Nie odszedłem jednak z uczelni dlatego, że ministrem nauki został Gowin. Uznałbym taki krok, w czyimkolwiek wykonaniu, za kompletnie absurdalny i nieuzasadniony, zwłaszcza, że pan minister nic złego mi nie zrobił. Odszedłem w zupełnie innych okolicznościach i zdecydowanie nie na zawsze. Dokładnie z tego samego powodu twierdzę, że błędnym i szalenie szkodliwym jest stwierdzenie, słyszane od czasu do czasu, że to wstyd pracować dziś w polskich ministerstwach. Nie wolno tak myśleć. Bądźmy dumni z tego, co mamy. Nie tylko z Pani Minister, której tu chyba zaraz ołtarzyk wystawię, ale w ogóle z Ministerstwa Cyfryzacji, z ludzi, którzy tam pracują. Wykształconych tutaj, pracujących dla nas. Mamy być z czego dumni. I zachęcam każdego do udziału w tym przedsięwzięciu. Jest szansa, że z cyfryzacją w Polsce będzie naprawdę nieźle!  

internet inne
reklama

Komentarze