internet (strona 321 z 332)

Vivaldi.net: von Tetzchner buduje przystań dla użytkowników My Opera

Gdy w 2011 roku Jon von Tetzchner zwolnił fotel szefa OperySoftware, wielu spodziewało się, że tak lubianą przez internautówfirmę czekają poważne zmiany. Nikt jednak chyba wówczas niespodziewał się tego, co nastąpiło później – jeden po drugimkolejne produkty firmy były likwidowane lub drastycznieprzekształcane. Najbardziej spektakularne było oczywiście porzuceniewłasnej przeglądarki internetowej, którą zastąpiła nowa Opera,budowana na bazie google'owego Chromium, ale nie mniej istotne byłopożegnanie się z własną platformą blogową czy usługą poczty elektronicznej. A co się w tym czasie działo z założycielem Opery,von Tetzchnerem?Webowa branża nie byłaby tym samym bez tej spektakularnej iupartej postaci. Założyciel Opery dwa lata po swoim odejściu zfirmy przyciągnął pod swoje skrzydła kilkunastu innych byłychpracowników firmy, by w listopadzie 2013 roku z ich pomocą uruchomićnowy serwis internetowy o nazwie Vivaldi – pomyślany jakoprzystań dla wszystkich tych, którzy korzystali ze skreślonego przezOperę Software serwisu My Opera. Ich liczba nie jest mała, jak vonTetzchner twierdzi, to 10 milionów ludzi, grupa, która pomogła nambudować Operę.[img=vontetzchner]Vivaldi, powstające za osobiste pieniądze założyciela Opery, jestdostępne dla użytkowników za darmo. Umożliwia hostowanie blogów,galerii zdjęć, forów dyskusyjnych i prowadzenie czatów, ale przedewszystkim oferuje całkiem dobrą skrzynkę poczty elektronicznej. Cowięcej, usługa wyróżnia się na tle sobie podobnych wykorzystaniemkryptografii do zabezpieczenia danych użytkowników i gwarancjąnieskanowania zawartości wiadomości e-mail, tak jak to dzieje się wwypadku Gmaila. Von Tetzchner przyznaje, że nikt nie może zagwarantować pełnegobezpieczeństwa danych, ale można się przynajmniej staraćminimalizować zakres inwigilacji obywateli przez władze państwowe ikorporacje. Pod tym względem jego usługa ma być bezpieczniejsza, niżto, co oferuje konkurencja: zapewnić ma to lokalizacja serwerówVivaldi.net na Islandii – kraju, który choć mały, stawia opóroperacjom szpiegowskim NSA i którego prawodawstwo dba o wolność słowai ochronę konsumentów.Nie do końca jasne jest jednak, jak Vivaldi zamierza zarabiać nasiebie. Darmowa, pozbawiona reklam, niszowa usługa, debiutująca wInternecie wypełnionym serwisami i usługami pokroju Gmaila,Wordpressa, Flickra, Twittera, YouTube czy Facebooka, nie będziemiała łatwo, nawet jeśli pozyska te miliony porzuconych wraz z MyOperą internautów. Jej założyciel tłumaczy jednak, że jest zadowolonyz przyrostu liczby użytkowników, a stan obecny Vivaldiego to dopieropoczątek – z czasem pojawią się dodatkowe usługi premium, byćmoże płatne, opracowywane mają być też metody zarabiania naporozumieniach afiliacyjnych z serwisami e-commerce i wyszukiwarkami.Opowiadając o swoim nowym projekcie, założyciel Opery Software nieomieszkał skrytykować jej obecnej polityki. Jego zdaniem norweskafirma jest skupiona za bardzo na mobilnych reklamach, wydała też zadużo pieniędzy na zakup technologii kompresji wideo SkyFire.Najgorsze jest jednak porzucenie silnika Presto, efekt zaniedbań, dojakich doszło po jego odejściu. Von Tetzchner twierdzi, że on samzachowałby Presto, zwiększył inwestycje w silnik, by utrzymać jegokonkurencyjność, co pozwoliłoby zachować innowacyjność przeglądarki –dziś raczej znikomą, jeśli porówna się liczbę nowości wprowadzanychdo Opery kiedyś i obecnie.Sama Opera oczywiście jest innego zdania. Håkon Wium Lie,dyrektor techniczny firmy, twierdzi, że decyzja została podjęta przezsamych inżynierów firmy, przekonanych, że bez Presto będą moglizająć się bardziej znaczącą pracą (czyżby tworzeniem paskazakładek? – przyp. red.). Zmiana silnika ma nie mieć znaczeniadla większości użytkowników, a Presto po prostu nie było żadnąprzewagą konkurencyjną na coraz bardziej wymagającym rynkuprzeglądarek.Nowy projekt von Tetzchnera możecie obejrzeć pod adresemvivaldi.net.

Wielka Brytania: tajne sądy zadecydują o konfiskacie dziennikarskich laptopów

Wielka Brytania nigdy nie była krajem szczególnie słynącym zposzanowania wolności słowa, ale w zasadzie nikt nie negował jejprzynależności do świata zachodnich demokracji. Coraz więcej pojawiasię jednak powodów, by tę przynależność zacząć negować –interwencja funkcjonariuszy GCHQ (brytyjskiego odpowiednika NSA) wredakcji Guardiana, która zakończyła się zniszczeniem przez nichkomputerów wykorzystywanych do przechowywania przekazanych przezEdwarda Snowdena tajnych dokumentów, może okazać się zapowiedziąjeszcze bardziej drakońskich działań przeciwko mediom.Dziś brytyjska Izba Gmin zajęła się ustawą deregulacyjną (TheDeregulation Bill), mającą wyeliminować wiele skomplikowanychprocedur biurokratycznych z istniejącego porządku prawnego. Takiminicjatywom można by było tylko przyklasnąć, gdyby nie jeden szkopuł– w tym konkretnym wypadku rząd premiera Camerona znalazłsposób na „deregulację” procedur, które do tej porychroniły powierzone mediom informacje. Jeśli policja lub służbyspecjalne chciały uzyskać dostęp do notatek, zdjęć czy plikówbędących w posiadaniu dziennikarzy, za każdym razem musiaływnioskować o to w sądzie, w obecności przedstawicieli redakcji. [img=policeUK]Tego typu procedury utrudniają oczywiście pracę służb, więcinicjatywa Olivera Letwina z Partii Konserwatywnej spotkała się zdużym uznaniem brytyjskiego rządu. Idzie ona w stronę wprowadzonego wzeszłym roku w Wielkiej Brytanii ustawy Justiceand Security Act 2013, ustanawiającej system tajnych sądów, wktórych ludzie pozywający władze o porwania czy tortury nie będąmogli nawet zapoznać się z dowodami, jakie władze miałyby w ichsprawach. Ustawa ta, podobno wymuszona przez Stany Zjednoczone,otrzymała monarszy podpis, mimo że np. profesor prawamiędzynarodowego i znany prawnik brytyjski Philippe Sands uznał ją zanaruszającą prawo do uczciwego procesu gwarantowanego przezEuropejską Konwencję Praw Człowieka.Wspomniana ustawa deregulacyjna w podobny sposób upraszczaprocedury uzyskiwania dostępu do materiałów dziennikarskich. Już dziśwydawcy mogą zostać oskarżeni o lekceważenie sądu, gdyby odmówiliwydania posiadanych danych. Po przyjęciu nowego prawa, policja i służby specjalne mogłyby korzystać z tajnych przesłuchań, podczasktórych uzasadniałyby potrzebę uzyskania nakazu zajęciadanych i ich nośników (w praktyce nawet całych komputerów). Do takichprzesłuchań nie byłby dopuszczony żaden przedstawiciel mediów. Jaksugeruje The Guardian, jedynym powodem tej „deregulacji”jest ułatwienie policji pozyskiwania informacji będących w posiadaniudziennikarzy. Pierwszą sprawą, w której deregulacja może znaleźć zastosowanie,jest śledztwo prowadzone przez londyńską policję w sprawie przecieku,którego źródłem miał być oficer Special Air Service, informatordziennikarza Sky News. Na normalnej ścieżce sądowej policja niezdołała uzyskać wszystkich potrzebnych jej informacji, ale jejprzedstawiciele twierdzą teraz, że chcieliby uzyskać nakaz zajęciawysoce wrażliwych informacji bezkonieczności ujawniania szczegółów śledztwa.Oczywiście, gdy informacje są naprawdę cenne, nie trzeba pytać się sądów o zgodę. Belgijski dziennik De Standaard donosi, że agenci amerykańskiego NSA i brytyjskiego GCHQ przeprowadzili wspólną operację wymierzoną w profesora Jeana-Jacquesa Quisquatera, belgijskiego kryptografa zajmującego się mechanizmami uwierzytelnień z wiedzą zerową. Profesor miał paść ofiarą ataku typu spear-phishing: specjalnie spreparowane dla jego komputera malware ukryto pod linkiem prowadzącym do fałszywego zaproszenia z serwisu LinkedIn. Po uaktywnieniu szkodnika, miał on zapewnić służbom pełen wgląd w prace profesora, zarówno naukowe, jak i świadczone dla różnych jego korporacyjnych klientów.

Viviane Reding grozi USA: lepiej chrońcie prywatność, albo koniec z bezpieczną przystanią dla waszych firm

Działające na terenie Unii Europejskie amerykańskie firmy zkonieczności przechowują dane europejskich użytkowników na swoichzlokalizowanych w Stanach Zjednoczonych serwerach, mimo że unijneprawo (dyrektywa 95/46 EC) zakazuje transferu tego typu informacjipoza teren wspólnoty. Wyjątki są dopuszczane na mocy konstrukcjiprawnej znanej jako „bezpieczna przystań” –podmioty z krajów trzecich mogą być wyłączone spod zakazu, jeślidobrowolnie zgodziły się spełniać unijne standardy w zakresie ochronydanych osobowych. W wypadku firm amerykańskich proces ten jestmaksymalnie uproszczony, odbywając się w ramach opracowanego przezDepartament Handlu (przy współudziale Komisji Europejskiej) procesuUS-EU Safe Harbour. Przyszłość może jednak przynieść kompletną zmianętego stanu rzeczy. Niezadowolona ze stanu prawa regulującego ochronędanych użytkowników w USA Bruksela postawiła Waszyngtonowi ultimatum.Viviane Reding, komisarz Unii Europejskiej ds. sprawiedliwości,praw podstawowych i obywatelstwa i wiceprzewodnicząca KomisjiEuropejskiej, podczas swojegowystąpienia w Brukseli w sprawie, jak to ujęto, skandalipodsłuchowych, zagroziła Stanom Zjednoczonym bardzo poważnymikonsekwencjami, jeśli supermocarstwo nie potraktuje poważnie kwestiiochrony danych osobowych. Powiemto prosto: przyjrzeliśmy się sprawie z bliska i widzimy, że potrzebnesą naprawy. By procedura Safe Harbour mogła być dalej wykorzystywana,Stany Zjednoczone będą musiały się tym zająć. Tego lata sprawdzimy,jak im z tym poszło. Safe Harbour musi zostać wzmocnione, albozostanie zawieszone –stwierdziła.[img=vivianereding]Dlakomisarz sprawiedliwości naprawy te są pierwszym krokiem na drodze doodbudowy zaufania między Stanami a Unią i umożliwienia dalszegoprzepływu danych między tymi światowymi potęgami po tym, jakujawniono skalę działalności wywiadowczej NSA, wymierzonej nierzadkow sojuszników z Europy. By Amerykanie wiedzieli, co mają robić,Komisja Europejska przygotowała więc dla nich 13 rekomendacji, 13sposobów, by ulepszyć działanie bezpiecznej przystani– stwierdziła pani Reding.Obecniez procedury prawnej, pozwalającej amerykańskim przedsiębiorstwom naprzetwarzanie danych osobowych obywateli państw Unii Europejskiejkorzysta ponad 3 tysiące firm. Już jednak w listopadzie zeszłego rokukontynuacja tej współpracy stanęła pod znakiem zapytania, gdy KomisjaEuropejska opublikowałaraport o funkcjonowaniu „bezpiecznej przystani”,będący pierwszą oficjalną reakcją UE na rewelacje Edwarda Snowdena.Wspomniane przez komisarz sprawiedliwości 13 rekomendacji pochodziwłaśnie z tego raportu. Mowa w nim m.in. o konieczności informowaniao warunkach ochrony prywatności we wszelkich umowach, jakie podmiot„bezpiecznej przystani” podpisał ze swoimipodwykonawcami, czy ułatwieniu dostępu do metod rozstrzygania sporówdla obywateli UE, by mogli łatwiej przedstawiać swoje zastrzeżenia iskargi w kwestii ochrony ich prywatności. Komisja wezwała tam wówczasdo przebadania polityk prywatności beneficjentów Safe Harbour, podkątem ich realnej zgodności z unijnymi regulacjami.Raportmusiał wywołać jakieś wrażenie w Waszyngtonie, bo już w styczniu tegoroku Federalna Komisja Handlu uznała, że jej priorytetowym zadaniemjest sprawdzenie, czy firmy twierdzące, że przestrzegają reguł„bezpiecznej przystani”, faktycznie ich przestrzegają. Dotej pory kontrole pozwoliły wychwycić 12 amerykańskich firm, którychtwierdzenia o zgodności z europejskim prawem okazały się nieprawdziwelub wygasłe (przedsiębiorstwa korzystające z Safe Harbour muszą coroku przedstawiać deklaracje zgodności Departamentowi Handlu).Federalna Komisja Handlu pracuje teraz nad formą umów, którezagwarantują, że firmom nie będzie wolno zataić skali swojegouczestnictwa w programach związanych z prywatnością czybezpieczeństwem danych, sponsorowanych przez administrację USA lubjakąkolwiek inną organizację.Te reakcjenie mogą zaskakiwać. Do tej pory kary wymierzane za naruszanie zasadochrony danych były dość śmieszne. Przykładowo we Francji Googlezostało ukarane grzywną w wysokości 150 tys. euro., tj. 0,0003%globalnych przychodów giganta. To bardziej odebranie kieszonkowego,niż jakakolwiek realna kara. Znana z zamiłowania do srogiego karaniakorporacji komisarz Reding zamierza z tym skończyć, chce zasad, którenie tylko będąszczekać, ale będą mogły też ugryźć.Przygotowywane zmiany pozwolą wspomniane Google ukarać grzywną wwysokości nawet 2% rocznego przychodu, tj. 731 mln euro. Koniecznejest też stworzenie bardziej zwartej polityki ochrony prywatności idanych osobowych w Europie, uważa wiceprzewodnicząca KE. Politykataka musi opierać się na ośmiu zasadach. Jak wyjaśnia Reding: Reforma przepisów dotyczących ochrony danych osobowych musi znaleźć się w dzienniku ustaw. Chciałabym, żeby w 2014 r. prace nad kwestiami ochrony danych osobowych odbywały się na pełnych obrotach Reforma nie powinna rozróżniać między sektorem prywatnym i państwowym. Obywatele mogliby po prostu nie zrozumieć takiego podziału w czasach, gdy sektor publiczny zbiera, porównuje, a czasem nawet sprzedaje dane osobowe. Poza tym takie rozróżnienie jest bardzo trudne w świetle tego, że samorząd terytorialny może nabyć miejsce do przechowywania danych w prywatnej chmurze. Przepisy określające zasady ochrony danych osobowych lub wpływające na prywatność wymagają publicznej debaty, gdyż odnoszą się do swobód obywatelskich w Internecie. Gromadzenie danych osobowych powinno mieć określony cel i być ograniczone w swoim zasięgu do tego, co proporcjonalne. Nie można akceptować nadzoru ogólnego nad danymi z zakresu łączności elektronicznej. Przepisy muszą być jasne i aktualne. Państwa członkowskie nie mogą polegać na przestarzałych przepisach, opracowanych w innej rzeczywistości technicznej, tworząc zasady dotyczące nowoczesnych systemów nadzoru. Na kwestie bezpieczeństwa narodowego należy powoływać się z umiarem. Praktyka taka powinna być raczej wyjątkiem, a nie zasadą. Prawdziwy nadzór nie może mieć miejsca bez udziału wymiaru sprawiedliwości. Nadzór wykonawczy jest dobry. Nadzór parlamentarny jest konieczny. Nadzór sądowy jest kluczowy. Ostatnia zasada jest przeznaczona przede wszystkim dla USA. Do naszych przyjaciół w Stanach Zjednoczonych. Przepisy dotyczące ochrony danych osobowych powinny mieć zastosowanie bez względu na obywatelstwo danej osoby. Stosowanie różnych standardów wobec obywateli danego państwa i cudzoziemców nie ma uzasadnienia, biorąc pod uwagę otwarty charakter Internetu.Jakskończy się ten spór o ochronę prywatności, w sytuacji gdyadministracja prezydenta Obamy robi co może, by znaleźćusprawiedliwienie dla działań NSA, trudno na razie powiedzieć.Niewątpliwie Waszyngton nie jest monolitem i w Kongresie czy BiałymDomu ścierają się różne opcje polityczne. Reakcja Federalnej KomisjiHandlu pokazuje, że niektórzy amerykańscy urzędnicy rozumieją, jakąkatastrofą dla amerykańskiej branży internetowej byłaby utratanajbogatszego rynku planety. Pozostaje mieć tylko nadzieję, żezrozumie to też prezydent Obama – bo i dla nas w Europiesytuacja zrobiłaby się niezbyt interesująca, gdybyśmy przestali móclegalnie korzystać z amerykańskich usług internetowych.