Do tworzenia oprogramowania amerykański producent samolotów wykorzystywał najtańszą możliwą siłę roboczą – czytamy w obszernym raporcie "Bloomberga". Sprawę naświetlił dziennikarzom Mark Rabin, były inżynier Boeinga. Wszystko oczywiście przez oszczędności.
Praktykanci i pracownicy tymczasowi
Zamiast skorzystać z własnych inżynierów, zarabiających po kilkadziesiąt dol. za godzinę pracy, Boeing – jak twierdzi Rabin – zlecił stworzenie oprogramowania do 737 Max indyjskiej firmie HCL Technologies. Dzięki temu koszty pracy nie przekroczyły 9 dol. za godzinę, a jakby tego było mało, ponoć HCL część zleceń realizowało zupełnie za darmo jako praktykę.
Co więcej, Rabin ujawnił, że dzięki pomocy z Indii, oblot 737 Max nie został opóźniony i odbył się zgodnie z planem – w styczniu 2016. Według byłego pracownika Boeinga, wewnątrz firmy brakowało siły roboczej. Tymczasem każde opóźnienie to ogromne straty finansowe.
Boeing: Tak, korzystamy z podwykonawców, ale...
Boeing nie przyznał się wprost do zaniedbań. Wprawdzie w komentarzu przesłanym "Bloombergowi" zdradził, że czasem rzeczywiście korzysta z podwykonawców, ale żaden z nich podobno nie brał udziału w tworzeniu systemu poprawy charakterystyki manewrowej (MCAS – ang. Maneuvering Characteristics Augmentation System), którego wadliwe działanie doprowadziło do obydwu katastrof. Niemniej sam Rabin nie jest przekonany do takiej wersji wydarzeń.
Mówi, że inżynierowie Boeinga wielokrotnie zgłaszali swe wątpliwości w związku z jakością pracy różnych podwykonawców, a ci z kolei dobierani byli tylko według klucza ceny. W efekcie 387 egzemplarzy 737 Max, które dostarczono do momentu uziemienia tego modelu, wzbiło się w przestworza z wątpliwej jakości software'em, i to nawet nie do końca sprawdzonym.
Trochę jak na krajowym podwórku
Mogłoby się wydawać, że kiedy w grę wchodzą tak duże pieniądze, jak w przypadku projektu nowego samolotu pasażerskiego, nie ma mowy o korzystaniu z usług amatorów. Koniec końców flagowy projekt liniowca pasażerskiego, nawet dla Stanów Zjednoczonych, to przedsięwzięcie rangi państwowej. Ale jednak, mając świadomość autorytetu "Bloomberga", trzeba założyć, że to wydarzyło się naprawdę i wcale nie jest scenariuszem nowego filmu z Eddym Murphym.
Zresztą, parę lat temu podobny przykład mieliśmy na krajowym podwórku. Może nie postawiono na szali niczyjego życia, ale rzetelność demokratycznych wyborów w Polsce już tak. Mowa o niesławnych wyborach samorządowych 2014, podczas których za kalkulator dla PKW posłużyło oprogramowanie stworzone przez 23-letnią studentkę. Firma Nabino z Łodzi, odpowiedzialna za projekt, zainkasowała wówczas 429 tys. Ciekawe, jaka część kluczowych systemów informatycznych okazałaby się kompletnym bublem, gdyby tak ktoś przeprowadził ogólnoświatowy audyt oprogramowania.