Publiczny kod za publiczne pieniądze. Dlaczego w Polsce się to nie uda?

Roku Linuksa na desktopach nie ma i zapewne jeszcze przez bardzo długi czas zawołanie to będzie wyłącznie okazją do - zazwyczaj kiepskich - żartów, powtarzanych głównie przez osoby niechętne Linuksowi bądź użytkowników tegoż ostatniego, którzy przy tym charakteryzują się zdrowym dystansem do zagadnienia ekspansji “Pingwina” na komputerach osobistych. Ja samego siebie wolę widzieć w gronie tych ostatnich, a już z całą pewnością nie zaliczam się do tych użytkowników Linuksa, którzy z powodu niskiej penetracji rynkowej biurkowo zorientowanych systemów operacyjnych z logo Pingwina, nie mogą spać po nocach i z całej tej zgryzoty chudną w oczach (choć tego ostatniego trochę żałuję). Przy tym jednak uważam, iż taki wzrost popularności dystrybucji linuksowym w wydaniu desktopowym jest jak najbardziej pożądany, a w pewnych obszarach nawet wysoce wskazany, czemu poniekąd ten wpis jest poświęcony. Dlatego też tak całkiem obojętnym nie pozostaje dla mnie pytanie, czy możliwym jest, by w ciągu najbliższych kilku lat udział linuksowych dystrybucji na komputerach osobistych był w stanie wydostać się z “getta” błędu statystycznego, czyli poziomu 2-3 procent pokrycia rynkowego?

Prawdopodobnie wyjdę w tym momencie na niepoprawnego optymistę, ale uważam, że obecnie jest na to szansa większa niż kiedykolwiek wcześniej, na co składa się kilka mniej lub bardziej ze sobą powiązanych kwestii, choć jeden aspekt wydaje się mi kluczowy i głównie od aktywności w tym obszarze zależy, czy faktycznie będziemy świadkami istotnych wzrostów. Tak się bowiem składa, że za niespełna 2 lata - o ile nic się w tej materii nie zmieni - kończy się wsparcie dla wciąż chyba najpopularniejszego wydania Okienek, czyli Windowsa o szczęśliwej cyferce 7 u swego boku. Prawdopodobnie już teraz w niejednej organizacji trwają prace koncepcyjne w zakresie planowanych działań na tę właśnie okoliczność. Natomiast o ile nie łudzę się jakoś specjalnie, że w przypadku przedsiębiorstw, które obecnie Okienkami stoją, jest w ogóle brana pod uwagę inna opcja niż produkt Microsoftu, to już w przypadku instytucji publicznych nie musi to być takie oczywiste, co mnie cieszy w dwójnasób. Przede wszystkim instytucje publiczne mają o wiele większą społeczną “siłę rażenia” niż nawet największe przedsiębiorstwo, ale przede wszystkim uważam, że akurat w obszarze publicznym otwarte oprogramowanie powinno być standardem, a nie wyjątkiem jak to niestety ma obecnie miejsce.

O przyczynach leżących u podłoża takiego przeświadczenia - potrzeby silniejsze symbiozy projektów otwarto-źródłowych z instytucjami utrzymywanymi z podatków powszechnych - wspominałem krótko przy okazji wpisu o decyzjach władz Barcelony, które postanowiły pożegnać się z produktami Microsoftu. Wydaje się, że świadomość korzyści płynących z takiego podejścia zaczyna powoli rosnąć wśród naszych ziemskich “pasterzy” również pod innymi szerokościami geograficznymi, o czym może chociażby świadczyć fakt, że niespełna dwa lata temu amerykańskie władze popełniły dokument, który określał - chyba po raz pierwszy w ichniej historii - politykę dotyczącą oprogramowania używanego w instytucjach rządowych. Znalazł się tam między innymi rozdział dotyczący 36 miesięcznego pilota, w ramach którego nałożono na jednostki podlegające władzy federalnej obowiązek  publicznego udostępniania przynajmniej 20% z nowo wdrażanego kodu. Zaś jeśli chodzi o przykłady zdecydowanie świeższe, to w kwietniu niemiecki rząd - zresztą właśnie po zakończeniu kilkunastomiesięcznego pilota - podjął decyzję o całkowitej przesiadce tamtejszego centrum informacji technologicznej (ITZBund) na otwarto-źródłowe rozwiązania od Nextcloud GmbH. Z kolei władze Izraela mniej więcej w tym samy czasie zdecydowały się wreszcie na praktyczną realizację rozolucji z jesieni 2014 roku, upubliczniając kod wykorzystywany do działania rządowego portalu, zaś kolejne instytucje publiczne mają być od teraz zachęcane do podobnych kroków.

Oczywiście w kontrze do tego można przywołać zeszłoroczną decyzję nowych władz Monachium, które postanowiły zakończyć kilkunastoletni eksperyment z open-source i tym samym ponownie zbratać się z Microsoftem. Chociaż jakby się dobrze zastanowić, to nawet ten przykład można spróbować wygrać na rzecz tezy o konieczności zmian w podejściu do “własnościowego” oprogramowania w instytucjach publicznych i nie chodzi absolutnie o wypominanie faktycznych czy rzekomych powiązań nowego burmistrza z firmą założoną przez Billa Gatesa. W tym kontekście nie idzie nawet o bajońskie sumy, które pojawiają się w kontekście kosztów migracji “powrotnej”. Chciałbym w tym miejscu zwrócić uwagę na kluczowy - z perspektywy centralnej tezy niniejszego wpisu - aspekt związany w omawianymi tu wydarzeniami. Otóż lokalnym władzom udało się uzyskać potężny dyskont od MS na licencje stanowiskowe (plus deklarację przeniesienia europejskiej siedzi MS do ich miasta), co po raz kolejny pokazuje dobitnie, że monopol zazwyczaj służy wyłącznie temu, kto sprawuje nad nim kontrolę. Trudno bowiem sobie wyobrazić sytuację, w której MS byłby skłonny pójść dobrowolnie na tak dalekie ustępstwa jak w Monachium (czy jeszcze większe kilka lat wcześniej w Chinach), gdyby nie realne widmo odstawienia ich biznesu na boczne tory.

Wracając jednak do mojego wpisu sprzed około 6 miesięcy: przy okazji jego powstania odgrażałem się, że kwestii tej (potrzeby mocniejszego postawienia na oprogramowanie otwarto-źródłowe w instytucjach publicznych) poświęcę kiedyś osobny tekst, ale jak dotąd z tym tematem zawsze było mi jakoś nie po drodze. Prawdopodobnie wszystko rozbijało się o to, że taki wpis wymagałby głębszego namysłu, a nie tylko sprawnych palców i grafomańskich inklinacji, więc zapewne nieuświadomione poczucie przyzwoitości (spełniam tylko 2 z 3 punktów) nie pozwalało mi się tym zagadnieniem zająć jak dotąd. I pewnikiem tak byłoby dalej, gdyby nie ostatni długi weekend i wcale nie chodzi w tym miejscu o fakt nagłej nadpodaży wolnego czasu z nim związanego. Zwłaszcza, że impuls do ponownego pochylania się na tym zagadnieniem pojawił się dopiero w drodze powrotnej z weekendowego wyjazdu i był efektem refleksji - tak i mnie czasem to nieszczęście dopada - nad stanem naszej “państwowości”. A ściślej rzecz stawiając: poszło - jak zawsze - o pieniądze, które ktoś postanowił wyciągnąć z mojego portfela.

Autostrady Wielkopolskie - studium przypadku

Otóż od kilku lat dość regularnie (choć niezbyt często) staję przed koniecznością pokonania autem trasy z Warszawy do Poznania i z powrotem. W tym celu wybieram najszybszą dostępną możliwość, czyli miast jakimiś opłotkami wbijam się na autostradę A2, dzięki czemu w czasie około 3 godzin jestem na miejscu. Być może nie wszyscy wiedzą, ale ten około 300 kilometrowy odcinek autostrady z Warszawy do Poznania zarządzany jest przez 2 podmioty: zdecydowanie dłuższy przez Generalną Dyrekcję Dróg i Autostrad (dalej GDDKiA), zaś drugi niespełna stukilometrowy przez prywatną spółkę Autostrady Wielkopolskie S.A. (dalej AWS). Nie będę się w tym miejscu pochylał nad przyczynami, z powodu których od wielu lat możemy z Warszawy dojechać do Łodzi po A2-ce bez dodatkowych opłat i skupię się wyłącznie na “czynszowej” części trasy. Ta ostatnia zaczyna się właśnie mniej więcej na wysokości Łodzi (patrząc z perspektywy Stolicy) i z grubsza można podzielić ją na dwie równe długością części - pierwsza z nich leży we władaniu państwowym, zaś druga zarządzana jest przez AWS, choć tak po prawdzie zdaje się, że ta obsługiwana przez GDDKiA jest nieco dłuższa. Jednak różnica ta jest na tyle znikoma, że nie ma sensu z tego powodu kruszyć kopi, więc przyjmijmy, że w przypadku każdej z nich mamy do pokonania równo 100 kilometrów.

Niestety jeśli chodzi o płatności, to tutaj “parytety” są mocno zachwiane. W przypadku “publicznej” części trasy za przejazd zapłacimy 9,90 i ta kwota - o ile pamięć mnie nie zawodzi - nie zmieniła się nawet o grosz odkąd przyszło mi z niej po raz pierwszy skorzystać, czyli gdzieś w drugiej połowie 2011 roku. Tymczasem za przejazd “prywatnym” odcinkiem - zarządzanym przez AWS - zostaniemy skasowani aż dwa razy. W roku 2011 oraz przynajmniej na początku 2012 na każdej z tych dwóch bramek trzeba było zostawić bodajże po 13 złotych. Tym samym mieliśmy dwa mniej więcej równe odcinki do pokonania, ale różnie “wycenione”, czyli odpowiednio za 10 i 26 złotych. Dzisiaj po 7 latach cena za przejazd odcinkiem zarządzanym przez AWS wzrosła do 40 złotych, czyli za każdy pokonany kilometr zapłacimy ponad 4 razy więcej niż w przypadku odcinka “państwowego”. Obawiam się, że to jednak nie koniec i dysproporcja ta będzie tylko rosnąć w kolejnych latach. W związku z tym po powrocie do domu zainteresowałem się tym tematem, co by spróbować ustalić, jak dużych podwyżek można się jeszcze spodziewać, bo obecna wysokość haraczu narzuconego przez AWS niebezpiecznie zaczyna się zbliżać do mojej granicy dopuszczalnego bólu.

Obawiam się, że prawdopodobnie nie ma dla mnie - i wszystkich podróżujących tą trasą - dobrych wieści w tym zakresie, bo ponoć AWS są na mocy podpisanej umowy prawdziwym suwerenem w tej kwestii, a ta będzie obowiązywać jeszcze 20 lat (do 2037). Natomiast przy tej okazji mogłem się również dowiedzieć, że jakoś na początku tego roku ta swoista “autonomia” AWS stała się nawet przedmiotem interpelacji poselskich, a jaśnie nam panujący Minister Sprawiedliwości zarządził, by śledczy zbadali temat umowy zawartej swego czasu przez “wraże” władze ze spółką założoną między innymi przez świętej pamięci Jana Kulczyka. Z punktu widzenia niniejszego wpisu nie ma zupełnie znaczenia czy w tym konkretnym przypadku faktycznie doszło do “współpracy” Biznesu z Polityką wykraczającej poza dopuszczalne “standardy”, czyli że był to przykład sytuacji w której zabezpieczone zostały wyłącznie cele tego pierwszego oraz doraźne korzyści jakiejś grupy urzędników państwowych. Tematy “polityczne” zwłaszcza w takiej właśnie odsłonie nie interesują mnie w żaden sposób i wolałbym, żeby nie stały się okazją do wzajemnych połajanek w komentarzach pod tym wpisem. Po prostu zastanawia mnie, dlaczego takie - jak opisywane właśnie teraz - sytuacje uważamy za niedopuszczalne, a po ich upublicznieniu osoby w nie uwikłane spotykają się z dość powszechną krytyką, podczas gdy w obszarze publicznej infrastruktury IT jesteśmy - w pewnym sensie - skłonni uznać to za bezdyskusyjny standard?

Kluczowe pytania

W związku z tym zacząłem sobie dumać, dlaczego w polskiej administracji publicznej przyjmowane jest za oczywistość, że jak system operacyjny to tylko Windows, jak poczta to nic ponad tandem Outlook oraz MS Exchange, a do edycji dokumentów nadaje się wyłącznie MS Word? I tu absolutnie nie idzie o moją rzekomą niechęć do MS, zwłaszcza że w ostatnich latach mój stosunek do firmy z Redmond znacząco się zmienił. W grę nie wchodzi tym bardziej jakoś wyjątkowo krytyczna z mojej strony ocena oprogramowania tworzonego przez koderów zatrudnianych przez MS. Po prostu tak się złożyło, że przez lata ich produkty zdominowały pewne obszary zastosowań, dlatego najłatwiej jest mi właśnie je przywołać w kontekście zobrazowania pewnej “patologii”, której poświęcony jest niniejszy tekst.

Od razu jednak zaznaczę czy też wyjaśnię - poniekąd wbrew tytułowi - że zasadniczym problemem nie jest zamknięty charakter kodu tych rozwiązań, a przynajmniej nie bezpośrednio, ale sposób licencjonowania, gdzie dostawca softu w kluczowych obszarach jest totalnym suwerenem, czyli rości sobie prawo do ostatniego słowa w niemal każdej kwestii, a przy tym posiada stosunkowo niewiele zobowiązań. O ile taka asymetria w przypadku zwykłego konsumenta wydaje się naturalna - “naturalna” w tym sensie, że pojedyncza osoba i jej portfel to zazwyczaj za mało, by rzucić wielkich rynku IT na kolana - o tyle bierna postawa instytucji publicznych jest co najmniej zastanawiająca. A że można inaczej najlepiej świadczy wcześniej przywołany przykład chińskich władz, które zmusiły MS nie tylko do daleko idących zmian w oprogramowaniu tego ostatniego, ale też otrzymały zgodę na inspekcje kodu Windowsa a nawet jego współtworzenie.

Dla pełnej jasności w tym miejscu pozwolę sobie na jeszcze jeden komentarz, bo nie chciałbym, żeby ten fragment był źle zrozumiany. Otóż model biznesowy panujący na rynku oprogramowania przez ostatnie kilkadziesiąt lat z zasady mi nie wadzi, choć pod wieloma względami przydałaby się regulacja niektórych z jego aspektów. Ba, wyznam, że w pewnych obszarach nadal jest mi trudno wyobrazić sobie tworzenie i rozwój wartościowego oprogramowania w modelu innym niż obecnie dominujący, czyli takim gdzie autor aplikacji umożliwia korzystanie z własnego produktu wszystkim chętnym i gotowym uiścić określoną opłatę, bez jednoczesnego zobowiązania do przekazania do niego części praw. A przy tym chociaż święty w tym zakresie nie jestem, to na pewno w przypadku jakiegokolwiek naruszenia tego “prawa własności intelektualnej” nie przejdzie mi przez usta, że oto mieliśmy do czynienia z “nieautoryzowanym kopiowaniem”. Już prędzej usłyszycie ode mnie wówczas o pospolitej kradzieży. Jednakże to właśnie problem praw do kodu jest dla mnie głównym przyczynkiem do krytyki obecnego stanu rzeczy, zaś przywołanie wspomnianej sytuacji dotyczącej kawałka autostrady A2 miał nie tylko służyć jako poręczne narzędzie polemiczne, ponieważ za jego sprawę trochę zmienił się - a może tylko bardziej się utwierdził - mój sposób postrzegania kwestii wykorzystywania własnościowego kodu w instytucjach publicznych.

Jeśli ktoś czytał mój wpis o Barcelonie, ten być może pamięta wyrażoną wówczas przeze mnie ocenę filmowej prezentacji, jaką umieścili na własnej stronie inicjatorzy akcji “Public Money, Public Code”.

Otóż napisałem w tamtym tekście, że inaczej rozłożyłbym akcenty w przedstawionej argumentacji i w znacznie mniejszym stopniu koncentrowałbym się na “demonizowaniu” zagrożeń związanych z naturą zamkniętego kodu. W zasadzie dzisiaj nadal utrzymuję wyrażone wówczas zdanie, jednakże po ponownym przemyśleniu tego tematu w kontekście moich ostatnich doświadczeń “turystycznych”, zdecydowanie poważniej niż wówczas traktuję filmową ilustracje konsekwencji, które wiążą się z faktem, iż instytucje finansowane z naszych podatków przekazują ogromne sumy za … no właśnie: za co? Niestety nie zadowala mnie odpowiedź, iż ten zakres reguluje umowa między stronami, bo przecież w przypadku AWS doszło do podpisania stosownego porozumienia, a mimo to obszar i charakter współpracy w tym ostatnim przypadku budzi szczególny niepokój lub przynajmniej silne kontrowersje. Tymczasem w obszarze IT podobne działania nie wywołują właściwie żadnych emocji. Powiem więcej, po zakończeniu "rządów" AWS nad około 250 km autostrady A2 zostanie chociaż ten kawałek drogi, który rzeczona spółka z Wielkopolski swego czasu - na mocy porozumienia z lat 90-tych ubiegłego stulecia - wybudowała (głównie z własnych środków). Co zostałoby w przypadku decyzji mojego ulubionego chłopca do bicia, czyli Microsoftu, gdyby ten ostatni postanowiłbym któregoś dnia porzucić rozwój Windowsa lub co gorsza zakończyłby swoją działalność nie upubliczniając jednocześnie kodu? Oczywiście można nad tym się zadumać wyłącznie w ramach pewnego eksperymentu myślowego, bo nic nie wskazuje, żeby miało się to w przewidywalnej przyszłości wydarzyć. Ale już całkiem realnym jest scenariusz, kiedy to - tak jak w swego czasu w Monachium czy obecnie w Barcelonie - zapadłaby decyzja o zmianie kluczowego dostawcy systemu operacyjnego. Cóż innego wówczas pozostaje niż wylewanie asfaltu na nowo?

Dlaczego kod powinien być jednak publiczny?

Na szczęście nawet wówczas nie jest tak źle i to chyba dobry moment, by dwa słowa poświęcić jeszcze temu dlaczego uważam, że w przypadku instytucji publicznych istotna jest nie tylko kwestia praw własności do kodu, ale równie kluczowe jest, by tam, gdzie to tylko możliwe, ten kod był upubliczniany. Będzie - mam nadzieję - naprawdę krótko, ponieważ to kolejny mój tekst, który rozrósł się znowu ponad zakładaną miarę, a jeszcze został jeden blok do napisania. Skupię się na dwóch aspektach, które lubimy najbardziej chyba wszyscy, czyli będzie o pieniążkach.

Zacznijmy od wyłuszczenia najbardziej podstawowej różnicy między sektorem publicznym a prywatnym, jeśli chodzi o gospodarkę. Otóż spółki prawa handlowego mają zarabiać, co na niwie IT (w przypadku średnich i dużych przedsiębiorstw) sprowadza się między innymi do tego, że inwestycja w autorski (choć nie tylko) soft jest taktowana jako inwestycja właśnie, która między innymi ma podnosić wartość Spółki i nawet jeśli jej władze nie zamierzają czerpać bezpośrednio korzyści z monetyzacji wdrażanego rozwiązania, to niejednokrotnie przekonałem się, że w świecie rządzonym przez księgowych nierzadko od wielkości trzosu, który jest konieczny do osiągnięcia zamierzonego celu, ważniejsza jest kolumna, w która ten wydatek można zapisać. W każdym razie nakłady na soft są koniecznymi kosztami związanymi z bieżącą działalnością operacyjną i zazwyczaj nikt specjalnie nie przejmuje się konsekwencjami polityki w tym zakresie dłuższymi niż kilka lat. Ma być tanio, szybko i dobrze (wybierz 2 z 3).

Jednakże nawet w przypadku bardzo buchalteryjnie zorientowanych Spółek, pewien stopień racjonalności operacyjnej musi występować, co w efekcie może prowadzić do ścisłej kooperacji z bezpośrednim konkurentem (nie ma tu na myśli nagannych i nielegalnych praktyk związanych ze zmową rynkową). W jednym z moich wpisów wspominałem o liście, który Bill Gates wystosował do ówczesnych władz Apple, gdzie już ponad 30 lat temu podnosił kwestię powszechnych korzyści płynących z takiej interoperacyjności dla wszystkich aktorów w nią zaangażowanych (oczywiście zostawiam na boku kwestię tego czy robił to szczerze) . Dlatego też od co najmniej kilku a nawet kilkunastu lat jesteśmy świadkami spektakularnych projektów (Linux czy Android jest tego najlepszą egzemplifikacją), gdzie różne podmioty grają do jednej bramki (skoro Mundial za pasem, to jedną czerstwą metaforę- mam nadzieję - że mi wybaczycie), ponieważ w szerszej czy dłuższej perspektywie zwyczajnie się to im opłaca.

Spójrzmy bowiem na prace nad jądrem Linux, gdzie jednym z najbardziej hojnych sponsorów jest MS. Otóż w 2011 roku koszty komercyjnego odtworzenie praca nad jądrem Linux (w wersji 2.6.x) zostały oszacowane na około 3 miliardy dolarów i to przy użyciu najprostszej metodologii, która po prostu przekłada liczbę linijek kodu na odpowiednie wartości w amerykańskiej walucie. Jest to ogromna kwota, nie może zatem dziwić, że wiele firm produkujących sprzęt użytkowy stawia na jądro Linux jako podstawę własnych rozwiązań miast budować wszystko od początku. Ta uwaga w takim samym stopniu dotyczy producentów prostych routerów domowych jak i producentów najdroższych aut. Po prostu taka kooperacja się opłaca również podmiotom nastawionym na zarabianie pieniędzy, nawet kosztem potencjalnego zwiększenia konkurencji. A przecież instytucje publiczne działają w oparciu o zupełnie inne cele, więc kwestia budowania potencjalnych przewag nad "rywalami" tutaj nie występuje. Jednakże co ważniejsze: obecnie żadna - nawet najpotężniejsza gospodarka - nie jest w stanie podjąć się wysiłku zbudowanie wszystkiego od podstaw, na szczęście w odwodzie zostają powszechnie dostępne rozwiązania otwarto-źródłowe, które jednak w wielu wypadkach pociągają za sobą pewne zobowiązania w zakresie wykorzystania ich kodu, czyli konieczność dzielenia się własną pracą. Dlatego też obecnie Rosja czy kilkanaście lat wcześniej (bez powodzenia) Chiny, chcąc uniezależnić się od oprogramowania obcej proweniencji, postawiły w pierwszej kolejności na Linuksa. 

I tym sposobem przechodzimy do aspektu, który mnie jako przeciętnego "użyszkodnika" szczególnie interesuje. Dzięki obowiązkowi upubliczniania kodu i zaangażowaniu się licznych podmiotów w jego rozwój (czemu niewątpliwie sprzyjałaby inna polityka instytucji publicznych w tym zakresie), mógłbym się cieszyć dostępem do jeszcze większej liczby, jeszcze lepszego (i przy tym zazwyczaj darmowego) oprogramowania. No i przede wszystkim przestać się obawiać aplikacji, które stają się w pewnym sensie standardem na pewnym obszarze, a przy tym są kompatybilne wyłącznie z samym sobą. W przeciwnym razie będziemy nadal świadkami sytuacji, gdy jednym z kluczowych "ficzerów" pewnego oprogramowania biurowego jest fakt, że jego twórcom udało się osiągnąć pełną czy prawie pełną kompatybilność z rozwiązaniem Microsoftu.

Dlaczego w Polsce się nie uda?

Nie będę ukrywał, że ta część tekstu jest efektem zobowiązania nierozważnie złożonego w tytule tego wpisu. Niestety tak się tym razem zdarzyło, że nie miałem pomysłu na inną równie clickbaitową nazwę i teraz muszę jakoś z tego wybrnąć. Z drugiej strony nie mam najmniejszych wątpliwości, iż o powodach, dla których to nie może się udać w naszym pięknym nadwiślańskim kraju, dowiem się dobitnie z komentarzy, które prawdopodobnie pojawią się pod tym wpisem. Oczywiści kilka z takich obiekcji sądzę, że mogę już teraz z dużym prawdopodobieństwem antycypować i nie chodzi mi bynajmniej o niezbyt - moim zdaniem - zadowalającą kondycję polskiego "sektora" open-source, bo tam gdzie jest popyt zazwyczaj dość szybko pojawia się również podaż. Przypuszczam bowiem, iż w pierwszej kolejności spotkam się z zastrzeżeniami o charakterze uniwersalnym, czyli zapewne będę mógł przeczytać, iż jeśli coś jest darmowe, to w praktyce niewiele jest warte. Spodziewam się również zobaczyć opinie, iż wiele oprogramowania własnościowego nie ma zbliżonych jakościowo odpowiedników wśród otwarto-źródłowych rozwiązań. No i last but not least przywołane zostaną legendarne panie Krysie i Basie, których świat zawali się w przypadku konieczności korzystania z narzędzi innych niż z logo MS czy inszego SAP-a.

Jeśli chodzi o dwa pierwsze zastrzeżenie, to nie zamierzam się nad nimi specjalnie pochylać, więc napiszę jedynie, że przywołana wyżej zdroworozsądkowa mądrość o cenie idącej w parze z jakością - jak zawsze w takich przypadkach - czasem się sprawdza, a w innym wypadku już niekoniecznie. Ważniejsze jest jednak coś innego, a mianowicie ukryta przesłanka, którą przyjmuje się domyślnie w tym kontekscie, choć w praktyce jest ona z gruntu fałszywa, a przynajmniej częstokroć taką bywa. Otóż nie jest prawdą, że każdy projekt otwarto-źródłowy jest ze swojej natury przedsięwzięciem hobbystycznym (osoby w nie zaangażowane wcale nie muszą pracować pro bono) ani tym bardziej z definicji nie pozwalającym na godziwy zarobek. Najlepszym przykładem falsyfikującym to ostatnie przekonanie jest działalność Google’a, którego najważniejsze produktu są wydawane na otwartych licencjach, a te z zastrzeżonym kodem w większości przypadków są zwolnione z bezpośredniej odpłatności. Oczywiście ktoś powie, że prawdziwe koszta dla użytkownika końcowego gdzie indziej są ukryte - co samo w sobie może być przedmiotem dyskusji - ale nawet to jasno pokazuje, że upublicznienie kodu w żaden sposób nie blokuje możliwości zarabiania na tego rodzaju sofcie. Po prostu rynek IT stale ewoluuje i w erze myślenia o oprogramowaniu jako usłudze, a nie gotowym produkcie, zmienia się również model biznesowy.

Co do braku odpowiedników, to ponoć z faktami się nie dyskutuje, więc i ja nie podejmę się tego daremnego trudu, ponieważ prawdą jest, że dla pewnej kategorii oprogramowania trudno znaleźć chociaż w części równoważny otwarto-źródłowy ekwiwalent. Natomiast innym faktem jest również, że większość urzędników państwowych czy samorządowych wykonuje dość proste czynności związane z obsługą komputera i naprawdę do sporządzenia służbowej notatki czy odpowiedzi na wniosek petenta w zupełności wystarczy mało wyrafinowany edytor tekstowy, zaś do prostego zestawienia danych liczbowych nada się równie prosty arkusz kalkulacyjny. Tak samo jak do obsługi korespondencji elektronicznej nie musi być z konieczności zaprzęgnięty tandem Outlook oraz MS Exchange.

W ramach anegdoty przytoczę przykład znany mi z kręgów mojej rodziny, gdzie w pierwszych latach XXI wieku osoba spokrewniona ze mną trafiła do instytucji zajmującej się przetwarzaniem danych statystycznych. Jakież było jej zdziwienie i przerażenie, gdy przekonała się ona, iż wszyscy zatrudnieni w jej zespole ludzie (nierzadko kilka lat młodsi) wykorzystywali Excela jako poręczne narzędzie do rysowania tabelek, ponieważ ich praca sprowadzała się do wstawiania cyferek w poszczególne kolumny, natomiast wszelkie - niezbyt złożone - działania algebraiczne na tych danych były również w taki sam sposób do arkusza wrzucane po wcześniejszym przeliczeniu na kalkulatorze. Nie chodzi mi w tym miejscu o dowodzenia bezmyślności takiej czy innej grupy zawodowej, bo podobne "w duchu" sytuacje dane mi było obserwować w całkiem sporych korporacjach. Po prostu wyraźnie na tym przykładzie widać sytuację, w której bardzo potężne narzędzie, jakim jest MS Excel, zostało zaprzęgnięte do realizacji czynności, dla których wystarczał prosty kalkulator i kawałek kartki, a to dzisiaj bywa raczej standardem niż wyjątkiem.

Oczywiście wszędzie tam gdzie tej alternatywy rzeczywiście nie ma nikt przy zdrowych zmysłach z powodów ideologicznych raczej nie będzie wciskał otwarto-źródłowego “odpowiednika”. Wystarczy przecież przypomnieć, iż w Monachium kilka lat trwał pilot wdrożenia, a kolejne działy czy obszary migrowane były stopniowo i nawet po kilkunastu latach liczba pecetów uzbrojonych w Windowa w tamtejszych urzędach była nadal zauważalna (ponoć 20% sprzętu nadal chodzi pod Okienkami). Bardziej rzecz idzie o wdrożenie takich mechanizmów czy regulacji, które promowałyby rozwiązania otwarto-źródłowe lub chociaż takie, gdzie kod stałby się własnością instytucji publicznych, ale nie za wszelką ceną czy każdym kosztem.

Jedyny argument, przed którego wagą muszę ulec dotyczy przemożnej mocy przyzwyczajeń. Niestety liczebność urzędników państwowych czy samorządowych jest na tyle znacząca, że Ustawodawca zawsze będzie zmuszony liczyć się z ich głosem. Oczywiście zmiana rodzaju oprogramowania, na którym przyjdzie pracować przysłowiowej Pani Krysi czy Panu Jurkowi ma zupełnie inny ciężar gatunkowy niż chociażby likwidacja trzynastek czy wydłużenie godziny pracy urzędów. Jednakże wbrew opinii zapewne niejednego czytelnika, wcale nie uważam funkcjonowania administracji państwowej za zło koniecznie, a samych urzędników w całej swej masie za darmozjadów, choć i takich przykładów nie brakuje (sam znam kilka). 

Tym niemniej mam wrażenie, że próba zmiany utartych przyzwyczajeń może się skończyć jak historia pewnego entuzjasty wolnego oprogramowania, który w jednej ze szkół postanowił na stojących tam komputerach posadowić Linuksa. Smutna to historia i po cichu liczę, że jednak nieprawdziwa. Niestety przyzwyczajenia czy tam nawyki - jak mawiają - są drugą naturą ludzką, a podsypane "słowiańską" nutą i historią mogą prowadzić do takich właśnie sytuacji. Dlatego bez odważnego ustawodawstwa ciężko będzie o to, byśmy notorycznie nie byli skazani na budowanie małych uliczek czy autostrad rękoma największych świata IT z wszelkiego tego konsekwencjami.