Jeżeli coś ledwie zipie, jęczy oraz leci z zębami ku krtani bohatera w grze to nawet jeśli w głowie podgnilca siedzi grzybnia, więc rządza krwi nie jest powiedzmy pochodzenia zwierzęcego, tak umówmy się – mamy jednak do czynienia z zombie. Produkcji z takimi pokrakami jest zaś na rynku na pęczki. The Last of Us stąd wydawało mi się od początku pozycją przereklamowaną, echem odbijającą się w mediach głównie marketingowym bełkotem, że oto mamy do czynienia z jednym z ostatnich głośnych, przez co zwyczajnie obowiązkowych dzieł na PlayStation 3. Jaka to była radość odkryć tymczasem, iż Naughty Dog skoncentrowało się nie na utykających pozostałościach po dziwnej zarazie sprzed dwudziestu lat, lecz raczej tym, jak funkcjonują w nieciekawych okolicznościach pojedyncze jednostki i co oddałyby, żeby móc zatrzymać namiastkę rodziny, kiedy los rzuca w ich ręce kogoś wyjątkowego…