internet (strona 333 z 338)

Twórca WWW o DRM w przeglądarkach: bez otwartej debaty będzie jeszcze gorzej

Kilka dni temu dyrektor Konsorcjum WWW, sir Tim Berners-Lee, dałzielone światło promowanej przez Microsoft, Google i Netfliksatechnologii Encrypted Media Extensions, by niemal od razu spotkać sięz miażdżącąkrytyką ze strony Electronic Frontier Foundation. Walcząca owolność w Sieci organizacja oskarżyła twórcę WWW o zdradę własnychideałów i przedstawiła koszmarną wizję Webu, w którym użytkownik niemoże już nawet zapisać obrazka na dysk, gdyż uniemożliwia mu tozabezpieczenie DRM. Te oskarżenia nie pozostały bez odpowiedzi –Berners-Lee na łamach blogaW3C broni swojego stanowiska, sięgając po bardzo interesująceargumenty.Co to znaczy, że Web jest wolny i otwarty? Dla zapewne oznacza tobezwarunkową otwartość kodu, możliwość robienia z nim co się chce,swobodę dostępu do wszelkich informacji i możliwość korzystania zewszystkich webowych technologii bez konieczności opłacaniajakichkolwiek licencji. Konsorcjum WWW wolność i otwartość rozumiejednak inaczej, w bardziej uniwersalny sposób – dla TimaBernersa-Lee to rynek informacji, na którym ludzie mogą kupować,sprzedawać lub swobodnie wymieniać informacje. Otwartość Webu tootwartość na różne przedsięwzięcia i różne modele biznesowe.[img=discussion]Nie oznacza to sympatii do zabezpieczeń DRM, związanych z nimograniczeń i legislacyjnych absurdów. Oznacza to jednak, że zamiastkierować się ideologiczną czystością, jak chce tego ElectronicFrontier Foundation, należy kierować się interesem użytkowników, takjak to sugeruje dokument HTML Design Principles: w wypadkukonfliktu interesów, użytkownicy są ważniejsi od autorów, którzy sąważniejsi od implementujących, którzy są ważniejsi od teoretycznejczystości. Stawiającużytkowników na pierwszym miejscu, twórca WWW przytomnie zauważajednak, że nie istnieje nic takiego jak standardowy użytkownik –różni ludzie mają różne potrzeby. Niektórzy internauci chcą oglądaćwysokobudżetowe filmy z Sieci, inni chcą pisać sobie skrypty. Idealnerozwiązanie musiałoby usatysfakcjonować wszystkie grupy użytkowników,ale czy takie rozwiązanie w ogóle może istnieć?Jak pokazała historia sporu orozszerzenia EME wśród standardów HTML5, najwyraźniej konsensusu wtej kwestii zbudować się nie da, więc jak pisze Berners-Lee, trzebaznaleźć takie rozwiązania, które najmniej zaszkodzą użytkownikom,autorom i implementującym. Nie zakończy to szybko sporów, w którychczęsto porównywane są ze sobą jabłka i pomarańcze, gdzie obok siebiestawia się spójność doświadczenia użytkownika i zniewolenieprogramistów. Jednak spory te będą teraz toczyły się w ramachustalonych granic grup roboczych W3C. Samo Konsorcjum nie wydajerozkazów i nie może rozkazywać producentom przeglądarek i dostawcomtreści. Zakazanie dyskusji nad sprawą w ramach W3C nie sprawi też, żedane technologie nie zostaną zaimplementowane przez producentów.Dlatego lepiej kwestie takieoswoić, debatując nad nimi w otwartym dla każdego dyskursie,wypracowując w ten sposób standardy interoperacyjności, które dadząsię zastosować nawet w otwartych przeglądarkach, dostępnych na każdymsystemie operacyjnym. W przeciwnym razie wysokobudżetowe filmyhollywoodzkich producentów znikną z otwartego, dostępnego przezprzeglądarki Webu, by pojawić się wyłącznie w podłączonych doInternetu zamkniętych systemach-pudełkach.Wszystko teraz w rękach członkówgrupy RestrictedMedia. Być może lepiej by było, gdyby Electronic FrontierFoundation, zamiast atakować Tima Bernersa-Lee, po prostu przystąpiłodo grupy, i wywarło swój konstruktywny wpływ na ostateczny kształtrozszerzeń EME. Świat nie kończy się bowiem na EFE i Mozilli, adeklaracje w stylu „nigdy nie zaimplementujemy DRM” mogąco najwyżej odebrać Firefoksowi część użytkowników, niezadowolonych,ze IE pozwala im oglądać filmy, a Firefox już niekoniecznie.

Kinect w Xboksie One będzie rewolucją dla branży reklamowej? Microsoft potwierdza i zaprzecza

Odkąd w świat poszła wieść, że unowocześniona kamera Kinect będzienieodłączną częścią konsoli Xbox One, a Xbox One będzie nieodłączniepowiązany z serwerami Microsoftu, wyznawcy spiskowych teorii dziejówmieli sporo frajdy. Opinie, że konsola z Redmond służyć będzie przedewszystkim do śledzenia jej użytkowników przewijały się w dyskusjachna niemal wszystkich forach poświęconych grom. Do premiery Xboksa Onezostało jeszcze sześć tygodni, i wydawałoby się, że Microsoft niezdoła już popełnić żadnej PR-owej wpadki w związku ze swoją konsolą,ale cóż, życie pokazało, że w tej dziedzinie wiele jeszcze możnazrobić.Branżowy serwisu Advertising Age opublikowałotóż wypowiedzi samego Yusufa Mehdiego, wiceprezesa Microsoftu ds.marketingu i strategii. Podczas swojego wystąpienia na konferencji amerykańskiego stowarzyszenia reklamodawców Masters of Marketing,stwierdził on, że Xbox One przekształci branżę marketingową, nietylko dzięki technologii unifikującej źródła cyfrowej rozrywki najednym ekranie, ale też przez możliwość udostępnienia danych z Xboksado celów badań rynkowych.[img=kinect-spy]Próbujemy zbudować pomost między światem online i offline (…)to trochę Święty Graal w kontekście tego, jak rozumiesz klientów w360 stopniach ich życia. Microsoft zajmuje tu unikatową pozycję, zewzględu na to, co robimy z cyfrową sferą, ale też coraz bardziej ztelewizją, dzięki Xboksowi. To dopiero początek, ale zaczynamy to zesobą składać, w nadziei że w pewnym momencie będziemy mogli tozaoferować wszystkim reklamodawcom –stwierdził Mehdi.Jack Neff z Advertising Age nieomieszkał wyjaśnić swoim czytelnikom, że Xbox One działa jaktelewizor, który ogląda ciebie,przynosząc marketerom ogromny zbiór danych na temat tego, co dziejesię w salonie użytkowników, w tym, jak zostało powiedziane podczaskonferencji, jak ludzie reagują na reklamy w telewizji.Jeden z komentatorów, który nieuzyskał zgody swojej firmy na wymienienie z nazwiska, miał uznać, żewpłynęłoby to w wielkim stopniu na ceny reklam, dziękimożliwości sprawdzenia przez Xboksa One, czy ludzie zwracają uwagę nareklamy i co się dzieje z ich ciałami podczas emisji.Najwyraźniej Yusuf Mehdizorientował się, że powiedział coś, czego powiedzieć nie powinien,gdyż wkrótce po konferencji wysłał do Advertising Age e-maila, wktórym podkreślił, że Microsoft nie ma żadnych planów wzwiązku z targetowaniem reklam czy treści na bazie danych zebranychprzez Kinecta, i nie będzie tego robił w przyszłości, chyba że ktośotwarcie wyrazi na to zgodę. Nawet wówczas będzie jasno wyjaśniane,jakie dane są zbierane i jak będą wykorzystywane.Wyjaśnienie dobre, ale chyba nie dokońca, gdyż sugeruje, że jakieś dane przez Kinecta są zbierane –a Microsoft po prostu na razie nic z nimi nie chce zrobić. I trudnosię dziwić – nowy Kinect jest naprawdę niesamowitymurządzeniem, zdolnym do rozróżniania wielu głosów, odczytywanianiewielkich nawet gestów i drobnych zmian w pozycji ciała, a nawetmierzenia tętna. Nawet jeśli Redmond będzie dane te zbierałowyłącznie za zgodą użytkowników, i za ich zgodą przekazywałoreklamodawcom, to i tak niewielki odsetek tych, którzy zgodzą się nataką inwigilację ich salonu stanie się jedną z największych grup,analizowanych w historii badań rynkowych i na pewno największą, któraanalizowana będzie pod kątem biometrycznych odpowiedzi.Kolejne wyjaśnienie Microsoftprzedstawił już więc nie przez pana Mehdiego, najwyraźniej mającegotalent do budzenia obaw. Na łamach serwisu NeoGAF wypowiedziałsię dyrektor planowania produktu Albert Penello, którystwierdził, że nikt nad tym nie pracuje (wykorzystaniemKinecta do gromadzenia danych dla branży reklamowej –przyp.red.). Jeśli coś takiego kiedykolwiek by się wydarzyło,możecie być pewni, że odbywałoby się to tylko pod kontroląużytkownika – dodał Penello.Jaka jest realpolitk Microsoftu w tejsprawie, tego oczywiście nikt z nas się raczej nie dowie, ale patrzącna komentarze internautów można odnieść wrażenie, że wielu marzywręcz o tym, by Xbox One okazał się takim salonowym szpiegiem. Ile towówczas byłoby wspaniałych powodów do publicznego potępiania gigantaz Redmond... Jeśli jednak intencje Microsoftu są czyste, i faktycznienikt nie pracuje nad wykorzystaniem Kinecta do śledzeniainternautów, to czemu Mehdi obiecuje branży reklamowej rewolucję?

Twórca WWW zdradził swoje własne ideały wolnej Sieci?

Próby wprowadzenia rozszerzeń Encrypted Media Extensions do zbiorustandardowych technologii webowych od samego początku byłykrytykowane przez organizacje walczące o wolność Sieci, ostrzegające,że doprowadzi to do upowszechnienia rozwiązań DRM-owych i zamknięciatreści przed użytkownikami. Teraz jednak, gdy dyrektorodpowiadającego za standardy webowe Konsorcjum WWW, sir TimBerners-Lee, uznał,że kwestia taka jak odtwarzanie chronionych treści może być objętaaktem założycielskim tej organizacji, krytyka przeobraziła się wotwarte oskarżenie. Electronic Frontier Foundation uznało, że twórcaWWW obniżył swoje moralne standardy.Czy chcecie stron internetowych, z których nie można kopiować iprzeklejać tekstu? Czy chcecie przeglądarek, które nie mogą zapisaćobrazka na dysku ani wyświetlić źródła dokumentu HTML? Czy chcecieWWW, którego wykorzystanie jest kontrolowane przez coś innego niżprzeglądarka? Taki właśnie obraz Sieci sterowanej technologiami DRMrysujeDanny O'Brien z Electronic Frontier Foundation, ostrzegając przedkonsekwencjami „zielonego światła” dla Encrypted MediaExtensions. Zaakceptowanie DRM wśród standardów webowych (EME możestać się częścią HTML 5.1) oznacza, że organizacja, która walczyładotąd o wolne i otwarte standardy, zgodziła się nagle na oddaniekontroli nad user agentem (czyliprzeglądarką w terminologii W3C) dostawcom treści. [img=timbernerslee]Wśród promotorów EME jestNetflix, największy w Internecie dostawca usług Video on Demand, dlaktórego DRM-owa ochrona oferowanych filmów jest kwestią być albo niebyć w erze przeglądarek, w których Silverlight i Flash nie będą jużdziałały – nikt nie przekona Hollywood, że zabezpieczenia takiesą skuteczne tylko w jednym obszarze, czyli irytowaniu płacącychużytkowników. O'Brien uważa jednak, że na filmach się nie skończy:kilka lat temu o zabezpieczeniach DRM marzyły cyfrowe odlewnie,przekonane że w ten sposób uniemożliwią twórcom stron WWWwykorzystanie ich fontów bez opłacenia licencji. Wtedy ich marzenia oimplementacji DRM w technologii WOFF zostały odrzucone, ale jeśli W3Czgadza się teraz na DRM dla filmów, to czemu nie miałoby się zgodzićna DRM dla fontów?Takich pomysłów jest więcej.Niedawnopowstała grupa robocza W3C Web App Source Code ProtectionCommunity Group, której celem jest stworzenie mechanizmów, którepozwolą na uruchamianie w przeglądarce aplikacji tworzonych za pomocąstandardowych technologii webowych, przy jednoczesnym uniemożliwieniusprawdzenia ich kodu źródłowego i zasobów. Koncepcja Encrypted Mediaspodobała się też fotografom, liczącym na to, że można by było wjakiś sposób uniemożliwić kopiowanie zdjęć wyświetlanych wprzeglądarkach. Jak więc widać, opisywana przez O'Briana przyszłośćnie jest wcale taka niemożliwa – a otwiera do niej drogęczłowiek, który zdołał zbudować WWW tylko dzięki istnieniu wolnegooprogramowania i otwartych dla wszystkich danych. Jak ostrzega EFF –w takiej przyszłości nikt już nie zbuduje nowej, zgodnej zestandardami przeglądarki bez podpisywania umów z dostawcami DRM-ów.Oczywiście W3C może ogłosićteraz, że DRM jest tylko dla uprzywilejowanej elity z Hollywood, alewówczas zostanie oskarżone o nierówne traktowanie podmiotówzainteresowanych ochroną swojej treści. Wcześniej czy późniejzostanie więc zmuszone do zaakceptowania tych wszystkich innychmechanizmów zabezpieczających, których dostawcy zaczną grozić, żejeśli nie dostaną DRM-ów, to się ze swoimi treściami z WWW wyniosą,tak jak dziś robią to studia filmowe. Oczywiście nie do końcawiadomo, gdzie miałyby się one wynieść (do AppStore?), ale nieprzeszkadza to przecież Netfliksowi przedstawiać WWW bez DRM jakomiejsca, w którym komercyjnych filmów już nie znajdziemy.Zielone światło od W3C nieoznacza oczywiście, że wszyscy ludzie związani z WWW uklękną teraz iprzyjmą decyzję Bernersa-Lee jak dobrą nowinę. Bunty przeciwkodecyzjom Konsorcjum już się zdarzały, a najważniejszym z nich byłoutworzenie przez Mozillę, Operę i Apple organizacji WHATWG,odrzucającej próby narzucenia standardu XHTML. Obecnie WHATWG taksamo odrzuca forsowaną przez Google, Microsoft i Netfliksa ideeEncrypted Media Extension – w jej specyfikacji HTML LivingStandard żadnych technologii DRM nie ma. Być może więc akceptacja EMEprzez dyrektora W3C doprowadzi jedynie do upadku roli webowychstandardów: każdy producent będzie wybierał to, co mu odpowiada, czyto ze względów ideologicznych, czy biznesowych.

Dead Drops, czyli jak zamienić fragment miasta w węzeł sieci P2P

Wyobraźcie sobie sieć P2P inną niż wszystkie – dostępnąpraktycznie dla każdego, nie potrzebującą żadnego specjalnegooprogramowania, działającą bez zasilania, a nawet bez podłączeniado Internetu. Absurd? Trzy lata temu berliński artysta AramBartholl opublikował manifest pod tytułem dead drops:un-cloud your files in cement!,nawołując do tworzenia anonimowej, pozainternetowej sieci wymianyplików P2P, która stałaby się częścią miejskiej przestrzeni.Aram Bartholl od wielu latzajmuje się relacjami pomiędzy światem wirtualnym i fizycznym.Jest przekonany, że wirtualne byty nie są spełnione w swojejczysto binarnej egzystencji i powinni znaleźć się w namacalnymwszechświecie. W 2010 roku, podczas swojego pobytu w Nowym Jorku,Bartholl wpadł na pomysł, by wyprowadzić wymianę plików naulicę. Miała być to odpowiedź na rosnącą inwigilacjęprzestrzeni wirtualnej przez władze, zrealizowana w prosty i tanisposób.[img=deaddrop]Pięć pendrive'ów, któreartysta wmurował w ściany nowojorskich budynków stało siępierwszymi dead dropsami,punktami wymiany danych między nieznającymi się ludźmi, z którychskorzystać mógł każdy, kto miał urządzenie z portem USB.Wystarczyło podejść do wystającej ze ściany wtyczki, przyłożyćlaptopa (lub najlepiej kabel przedłużający), wgrać na pendriveswoje pliki, pobrać pliki innych ludzi. Lokalizacje dead dropsówznalazły się na utworzonej dla nich stronie internetowej, wraz zezdjęciami, dokumentującymi ich obecność i krótkim opisem,zawierającym np. pseudonim założyciela czy rozmiar pamięci.Ten zaskakujący pomysł przyjąłsię znacznie lepiej, niż spodziewał się jego twórca. W ciągupół roku od ruchomienia w Nowym Jorku pierwszych dead dropsów,zaczęły się one pojawiać w Europie i Azji. Ludzie umieszczali nanich wszystko: od seriali telewizyjnych, gier czy komiksów po swojąpoezję czy rodzinne zdjęcia. Po trzech latach na całym świeciejest już ponad 1200 punktów takiej bezsieciowej wymiany plików.Większość faktycznie znalazła się w murach budynków, aleznaleźć można też dead dropsy wtopione w asfalt, zagnieżdżone wdrzewach, czy przykute do mostów, na podobieństwo kłódek miłości.Sam Bertholl przekonany jest, żejego projekt sprawia, że ludzie zaczynają zastanawiać się zarównonad swoim życiem online, jak i funkcjonowaniem jako istotyspołeczne, szczególnie w odniesieniu do zmian, jakie zaszły wInternecie w ciągu ostatnich 10 lat. Możliwość przekształceniabudynku w napęd pamięci masowej pokazać ma, jak bardzo Siećzmieniła ekosystem człowieka.Dla wielu osób sama myśl opodłączaniu się do jakiegoś anonimowego złącza USB wystającegoze ściany może wydawać się głupotą, ale jak artysta podkreśla,niczym to się nie różni od zagrożeń związanych z wymianąplików w Sieci. Zaprasza też zresztą wszystkich do tworzeniawłasnych dead dropsów, opisując proces ich zakładania wporadniku na stronie WWW. Niektórzy czytają ten poradnik, a itak robią dead dropsy po swojemu, tworząc np. publicznie dostępnepunkty Wi-Fi, oferujące anonimowe FTP dla każdego, kto się do nichzaloguje. Dead dropsy dotarły już doPolski, choć w porównaniu do Niemiec jest ich u nas wciążstosunkowo mało. Z jakiegoś powodu jednak łatwo znajdziecie je wartystycznej Łodzi, gdzie punktów takich jest aż pięć. Zapewne wprzyszłości będzie ich więcej, pomysł przyciąga tychwszystkich, których cieszą gry terenowe i miejskie, zabawy wgeocaching. Jeśli chcecie więc sprawdzić, czy gdzieś w Waszejokolicy nie ma przypadkiem wmurowanego w ścianę pendrive'a,odwiedzcie stronę deaddrops.com/dead-drops/db-map/,zawierającą kompletną listę aktywnych dead dropsów.

Usługa e-mail już Operze niepotrzebna? Po trzech latach FastMail.fm znów niezależny

W 2010 roku Opera Software kupiła firmę Messaging Engine, dostawcęcałkiem dobrej usługi pocztowej FastMail.FM. Z czasem norweskiwłaściciel podjął decyzję o usunięciu z oferty darmowych kontpocztowych. FastMail miał zostać usługą premium dla klientówbiznesowych i wymagających użytkowników indywidualnych, zaś tym,którzy nie chcieli płacić, pozostawała usługa My Opera Mail, znaczniejednak uboższa pod względem możliwości, niż darmowe konta FastMaila.Być może jednak darmowe konta wrócą – byli pracownicy MessagingEngine zdołali wykupić od Opery pocztowy interes, dzięki czemuFastMail znów stał się niezależnym przedsięwzięciem.Użytkownicy poczty na FastMail.FM nie powinni zauważyć na razieżadnych zmian: cennik, zakres funkcjonalności, poziom niezawodności,wszystko to pozostaje na dotychczasowym poziomie. Rob Mueller zFastMaila zapowiadajednak na przyszły rok wielkie zmiany: ulepszony interfejs mobilny,wsparcie dla protokołów CartDAV i CalDav, by ułatwić synchronizacjękontaktów i kalendarzy między różnymi urządzeniami, większą wydajnośćbackendu i szybszą wyszukiwarkę. Wkrótce usługa otrzyma zaś nową,bardziej przejrzystą politykę prywatności.[img=opera]Jednak trzy lata to w Internecienaprawdę dużo czasu, i trudno powiedzieć, jak usługa, w którejskrzynka 10 GB (z możliwością wykorzystania własnej domeny) kosztuje40 dolarów rocznie, poradzi sobie wśród tych wszystkich darmowychofert. Oczywiście FastMail ma swoje zalety – wysoki poziomochrony prywatności, brak reklam, możliwość wykorzystania sprzętowychkluczy YubiKey do logowania czy możliwość edytowania adresuwysyłającego – ale dziś podobnemożliwości zapewnia wielu konkurentów, nierzadko tańszych, albowręcz darmowych.Sama Opera nie wyjaśniła,dlaczego pozbyła się FastMaila – wiadomo jedynie, że obecnieusługa e-mail nie mieści się w długofalowej wizji Opery.Rozstanie odbyć się miało za porozumieniem stron, które uznały, żeFastMaila czeka lepsza przyszłość, jeśli stanie się niezależną firmą.Warto jednak przypomnieć, że w 2010 roku Rolf Assev, dyrektorstrategii Opery, deklarował, że posiadanie najwyższej klasyusługi komunikacyjnej, w połączeniu z bogatym, przyciągającymdoświadczeniem WWW jest sprawą kluczową,zaś łącząc siły, Opera i FastMail.fm będą mogły zaoferowaćusługę taką na każdym urządzeniu.Czyżby więc e-mail naurządzeniach mobilnych był już passé?
Społecznościowe Wi-Fi: FunSpot to darmowy dostęp do Sieci w całym kraju dla użytkowników Neostrady
69

Społecznościowe Wi-Fi: FunSpot to darmowy dostęp do Sieci w całym kraju dla użytkowników Neostrady

Pomysł na tworzenie sieci hotspotów Wi-Fi, udostępnianych przezoperatora telekomunikacyjnego jego abonentom, nie jest nowy –pierwszym telekomem, który coś takiego zrobił, był DeutscheTelekom, który po przejęciu w 2001 roku firmy Voicestream zyskałsieć ponad 1200 punktów dostępowych w kawiarniach Starbucksa, byzaoferować możliwość darmowego korzystania z nich swoim klientom.Nowy pomysł Orange w tej dziedzinie nie jest jednak tylko kolejnąsiecią utrzymywanych przez operatora hotspotów, jakich pełnoznaleźć można w miejscach takich jak lotniska czy hotele. FunSpotwygląda na coś znacznie bardziej ambitnego.Z Neostrady pod koniec grudnia zeszłego roku korzystało ponad2,1 mln abonentów Orange, co czyni z niej jedną znajpopularniejszych usług dostępu do Internetu w Polsce. Znacznaczęść z nich korzysta z dostarczanego przez Orange routera Livebox. Teraz większość tych Liveboksówwykorzystana zostanie do utworzenia ogólnopolskiej sieci hotspotów,dostępnych dla każdego użytkownika Neostrady z Liveboksem, bezkonieczności wnoszenia dodatkowych opłat.[img=funspot-promo2]Orange usługę tę nazwało FunSpot. Jej rozwój zależy przedewszystkim od zaangażowania samych użytkowników Liveboksa. Jeślipo zalogowaniu się do paneluklienckiego Orange aktywują FunSpot, ich Livebox uruchomidodatkową, publicznie rozgłaszaną sieć, wydzielając z dostępnegoużytkownikowi pasma do 1 Mb/s dla innych. Jeśli uczestnik sieci FunSpot napotka taki hotspot, będąc np. wpodróży, będzie mógł się zalogować do niej, używając swoichdanych logowania do Neostrady. Punkt dostępowy zapewni mu wówczasograniczony co do szerokości wydzielonego pasma dostęp do Sieci,umożliwiając ruch sieciowy na wszystkich dostępnych przezNeostradę portach. Jak zapewnił Piotr Sobków, odpowiedzialny wOrange za wdrożenie projektu FunSpot, będzie można w ten sposóbpołączyć się przez VPN np. ze swoją siecią domową czykorporacyjną. Z kolei użytkownicy działających jako publicznehotspoty Liveboksów nie muszą się obawiać, że inni użytkownicywysycą ich pasmo, pogarszając jakość działania usługi Neostrada– routery te nie tylko ograniczają pasmo udostępniane publicznejsieci, ale też i priorytetyzują ruch z sieci domowej. Pełnaizolacja między obiema sieciami, domową i publiczną, gwarantujeteż, że użytkownik Liveboksa nie zostanie pociągnięty doodpowiedzialności karnej za niezgodne z prawem działania innychużytkowników usługi.Pilotażowo FunSpota uruchomiono już miesiąc temu na terenieWarszawy. Od tego tygodnia objęła cały kraj, i jak twierdzioperator, aktywowanych FunSpotów ma być już 400 tysięcy. Abyułatwić ich znalezienie, przygotowana została aplikacjadla Androida, pozwalająca nie tylko na wyszukanie dostępnych wokolicy hotspotów, ale też na wygodne zarządzanie połączeniami.Wersje aplikacji dla iOS-a oraz Windows Phone są w trakcieopracowywania.[img=funspot]Firma podkreśla, że aby korzystać z usługi, nie trzeba miećwłączonego u siebie Liveboksa – osoby, które wyjechały np. naurlop i wyłączyły w domu urządzenia elektryczne, wciąż mogąsię logować do FunSpotów, o ile nie zrezygnowały też ze swojegouczestnictwa w społeczności użytkowników usługi. W sytuacji, gdy jakość połączeń 3G czy 4G w naszym krajuwciąż nie jest najlepsza, a ceny tych usług, szczególnie dlaużytkowników bez stałego abonamentu są dość wysokie, pomysłOrange wygląda na przełomowy. FunSpoty oczywiście nie zastąpiąsieci komórkowych, ale mogą okazać się dla podróżujących pokraju użytkowników Neostrady sposobem na darmowy, calkiem wygodnydostęp do Sieci. Co więcej, w przyszłości nie będzie todotyczyło tylko podróżników krajowych – w planach firmy jestumożliwienie dostępu do „społecznościowych” hotspotów zagranicą, w krajach gdzie Orange pracuje nad wdrożeniem podobnychusług.