internet (strona 333 z 335)

Spersonalizowany Internet dla każdego? Mozilla eksperymentuje z dopasowywaniem oferty serwisów do historii przeglądania

Odwiedzający strony internetowe widzą na nich zwykle to samo,bez względu na to kim są i czego oczekują. Co najwyżej otrzymująinne reklamy, dostosowywane do ich zainteresowań za pomocą corazbardziej wyrafinowanych systemów targetowania behawioralnego.Serwisy, które eksperymentowały z personalizacją treści, robiłyto zwykle za pomocą systemu osobistych kont, w których zalogowanyużytkownik mógłby zdefiniować, co go interesuje, a co lepiejpominąć. Co jednak z milczącą mniejszością, ogromną rzesząinternautów, która kont w serwisach nigdy nie zakłada?Mozilla Labs w zeszłym roku rozpoczęłabadania w ramach projektu Prospector, które miały pokazać, czymożliwe jest powiązanie historii przeglądania z zainteresowaniamiużytkownika, tak by zbudować listę tematycznych kategorii, któresą dla niego ważne, np. motoryzacja, kulinaria czy muzyka. Wszystkoodbywało się oczywiście z poszanowaniem prywatności – programbył całkowicie opcjonalny, a użytkowników zachęcano doprzystąpienia do badań obiecując im możliwość uzyskania wgląduw to, jak spędzają swój czas w Sieci.Uczestnicy eksperymentu, wśród których był m.in. autor tejnotki, dowiedzieli się z niego rzeczy niekoniecznie pocieszających:z jakiegoś tajemniczego powodu oglądanie komiksów webowychzajmowało więcej czasu niż przeglądanie poważnych serwisów iwitryn programistycznych – a nad innymi rewelacjami lepiej opuścićzasłonę milczenia. Takie dane jednak pokazują nam jednak wiedzę onas samych w inny sposób niemożliwą do uzyskania, pozwalając zczasem zaakceptować to, kim faktycznie jesteśmy w Sieci, a nie to,jakimi byśmy chcieli być. A gdyby udało się przynajmniej częśćtak uzyskanego profilu wykorzystać do personalizacji oferty serwisówinternetowych? [img=charts] Ta własnie kwestia zajęła ludzi z Mozilla Labs, którzy szukająmetody na przekształcenie historii wyszukiwania w profilużytkownika, który mógłby być udostępniany serwisominternetowym, na jego podstawie generującym właściwe treści.Oczywiście udostępnianie takie byłoby możliwe tylko za zgodąinternauty, zdającego sobie sprawę z tego, co jego profil pokazuje.Justin Scott z Mozilli wyjaśnia:załóżmy, że Firefox rozpoznaje w kliencie, bez udostepnianiażadnych danych o historii wyszukiwania na zaewnątrz, że jestemzainteresowany gadżetami, komediami, hokejem i gotowaniem. Surfującpo Sieci mógłbym dzielić te zainteresowania z wybranymi witrynami,by uzyskac spersonalizowane doświadczenia. Witryny wyświetlałybywówczas dla mnie w bardziej widoczny sposób treści poświęconegadżetom i wynikom hokejowych meczy. Miejsca takie jak FirefoxMarketplace mogłyby zaś udzielać mi rekomendacji co do aplikacjifilmowych i kulinarnych, nawet jeśli byłbym tam po raz pierwszy.Interfejs programowaniapozwalający na wykorzystanie takich usług personalizacji treściudostępniony został już wybranym wydawcom. Wśród nich jestniemiecki gigant wydawniczy Hubert Burda Media, serwis hostinguslajdów LUMAScape oraz Jim Spanfeller, wydawca TheDailyMeal iTheActiveTimes. Doświadczenia uzyskane z tej współpracy mająpokazać Mozilli, jak ludzie reagować będą na witryny dynamiczniezmieniające zawartość w odpowiedzi na historię zachowania ichczytelników. Jeśli reakcje będą pozytywne, nowe API dla Firefoksazostanie udostępnione publicznie dla wszystkich wydawców.Dla wydawców bowiem technologiataka może oznaczać prawdziwy przełom w udostępnianiu treści. Jakprzypomina bowiem Mozilla, nic nie jest za darmo: serwowanieczytelnikom treści, które nic a nic ich nie obchodzą nie tylkokosztuje, ale też może zniechęcać do serwisu. Dobrze to ostatnioprzetestował brytyjski The Guardian, pozwalając swoim czytelnikomokreślić się jako republikanie idzięki temu zaoszczędzić sobie wieści o jednym z największychnie-wydarzeń ostatnich lat: narodzinach Royal Baby. RedaktorzyGuardiana twierdzą, że możliwość została przyjęta z radościąprzez całkiem liczne grono czytelników.Oczywiście takie APIzainteresowań to też groźba, że czytelnicy serwisów zamkną sięw swoich izolowanych ideologicznych enklawach, i nikt nie będzie jużwiedział nic o niczym, co by wykraczało poza jego wąskiezainteresowania – ale to już temat na zupełnie inną dyskusję.

NSA zainteresowane prywatnymi kluczami szyfrującymi firm internetowych. Kto odmówił, kto współpracował?

Ujawnione przez Edwarda Snowdena zainteresowanie amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego komunikacjąinternetową rozciągało się także na ruch sieciowy, do któregoteoretycznie nikt poza zainteresowanymi nie powinien mieć dostępu,czyli ten odbywający się po protokole HTTPS. Zakładając, że NSAnie znalazło jakiegoś „magicznego” środka na atakman-in-the-middle przeciwko poprawnie nawiązanym połączeniomSSL/TLS, napychanie macierzy dyskowych petabajtami zaszyfrowanegoruchu wydawało się bez sensu. Potem jednak zaczęły pojawiać sięinformacje, które ten „nonsens” postawiły w zupełnie innymświetle.Najpierw Netcraft ujawnił wynikibadań, z których wynikało, że przeglądarki Microsoftu iApple'a robią co mogą, by nie stosować Perfect Forward Secrecy,technologii pozwalającej zabezpieczyć komunikację w scenariuszu, wktórym napastnik uzyskałby dostęp do klucza prywatnego używanegoprzez operatoa serwera WWW, z którym w bezpieczny sposób łączyłsię internauta. Dla NSA sytuacja, w której domyślne przeglądarkiWindows, OS-a X i iOS-a tak bardzo wychodzą naprzeciw ich potrzebombyła spełnieniem fantazji o masowej inwigilacji – teraz tylkozdobyć klucze prywatne i cała komunikacja elektronicznapodsłuchiwanych osób zostaje ujawniona analitykom.[img=crypto-key-opener] Największe firmy internetowe zaczęły jednak szybko zapewniać,że nigdy, przenigdy swoich kluczy prywatnych NSA nie wydadzą. Niechciały jednak mówić, czy kiedykolwiek żądania takie zostałypostawione, zarówno w jednostkowych przypadkach, jak i jako elementzakrojonych na szerszą skalę działań. Jednak anonimowiinformatorzy CNET-u przekazali dziennikarzom tego serwisu niepokojącedane. O ile faktycznie internetowi potentaci – Google czy Microsoft– dysponujący silnymi działami prawnymi, byli w stanie odrzucićstawiane przez federalne agencje żądania wydania ich prywatnychkluczy, to mniejszym firmom nie poszło już tak dobrze.Jestem przekonany, że władze naciskają na małych graczy;administracja jest przekonana, że może zmusić nas do wszystkiego,co jej tylko przyjdzie do głowy –stwierdzić miał jeden z tych informatorów. Inny, który otrzymałbezpośrednio żądanie wydania klucza prywatnego potwierdza:administracja federalna żąda od dostawców wydania kluczySSL. Ilu z tych mniejszychuległo, tego nie wiemy. Szczęśliwie dla niektórych nieugiętośćto kwestia etyki: Richard Lovejoy, dyrektor należącego do OperySoftware dostawcy Fastmail twierdzi, że w jego interpretacji prawozakazuje wydania władzom klucza SSL. Gdybyśmy takieżądanie otrzymali, odmówilibyśmy zarówno z powodów prawnych jaki etycznych – byłoby to wyrażenie zgody na inwigilacjęwszystkich naszych użytkowników, a to na pewno jest nielegalne.Co ciekawe, na pytania dotyczącegotowości do wydania kluczy agencjom federalnym kilka firm w ogólenie chciało odpowiadać. Wśród nich były Apple, Yahoo!, AOL,Verizon, Comcast i AT&T. Tak samo skomentowania swojegozainteresowania prywatnymi kluczami dostawców usług internetowychodmówiły NSA i FBI. Rzecznik tej ostatniej agencji stwierdziłjedynie, że agencja nie wypowiada się w kwestiistosowanych strategii, technik i narzędzi.Faktycznie – robić tego nie musi, tym bardziej, że nikt też niewie, czy w świetle amerykańskiego federalnego prawa o podsłuchach,administracja tego kraju ma prawo żądać wydania kluczy.Departament Sprawiedliwości stoi na stanowisku, że nakazy wydaniamogą zostać wydane w sprawach, dla których uzyskanie kluczapozwoliłoby ujawnić informacje istotne dla śledztwa.Electronic Frontier Foundation kwestionuje to stanowisko, uważając,że zakres pomocy technicznej świadczonej agencjom federalnym niemoże być nieograniczony – ale już przedstawicielka Center forInternet and Society ze Stanford University przyznaje, że niepotrafi ocenić, czy legalnie można do wydania kluczy przymusić.Oczywiście klucze dostawcówusług to nie wszystko, czym się federalne agencje interesują.Źródła CNET-u potwierdzają, że regularnie otrzymywały żądaniawydania haseł do kont użytkowników. Zwykle odrzucano je na baziezałożenia, że federalni agenci nie mają prawa do korzystania zkonta użytkownika – ale nikt nie potrafi powiedzieć, jakzachowywali się w świetle takich nakazów mniejsi dostawcy. Wtakiej sytuacji nawet fakt, że większość dostawców nieprzechowuje haseł per se,ale jako skróty (hashe) do nich niewiele daje: komputerom NSAwystarczy kilkadziesiątsekund, by odtworzyć hasło z powszechnie wykorzystywanegoskrótu MD5. W tej sytuacji od firm internetowych oczekiwać możnajedynie, że przestaną korzystać ze słabych skrótów, łatwych domaszynowego łamania. Badacze sugerują, że optymalnym byłobywykorzystanie algorytmu scrypt,pozwalającego zwiększyć o nawet 4000 razy trudność siłowegoataku przeciwko skrótom, realizowanego za pomocą układów ASIC(application-specific integrated circuits). Wtedy nawet NSA nie byłoby wstanie poradzić sobie bez działań w terenie, takich jak włamaniado mieszkań i instalowanie keyloggerów na komputerachinwigilowanych osób. To zaś nie jest wcale tak łatwe, jak sięprzedstawia w filmach – i pozwala na zastosowanie licznych środkówzaradczych. Przed jednym jednak zabezpieczyć się nie możemy: byćmoże zbliżamy się do końca realnej użyteczności asymetrycznej(bazującej na kluczu publicznym) kryptografii. Co w zamian? Niestetytego chyba nawet najtęższe głowy wśród kryptografów powiedziećdziś nie potrafią.

Free Software Foundation wzywa do bojkotu Netfliksa, straszy konsekwencjami upowszechnienia się DRM w Internecie

Gdy w lutym tego roku wśród szkiców standardu HTML5 znalazłysię rozszerzenia Encrypted Media Extensions, wśródzainteresowanych technologiami webowymi internautów zawrzało.Opracowana przez programistów Microsoftu, Google'a i Netfliksa metodaodtwarzania w przeglądarkach szyfrowanego wideo, do tej porykorzystających z wtyczek Silverlight czy Flash, została szybkonazwana DRM-em dla WWW. Jako że zaś internauci zwykle technologii ograniczających ich wolność nie tolerują, to i nic dziwnego, że przeciwko rozszerzeniom EME wytoczono ciężkie działa. Koalicja wielu walczących o wolność Sieci organizacji rozpoczęła akcję zbierania podpisów przeciwko dopuszczeniu nowego standardu, pisząc w liście do stojącego na czele Konsorcjum WWW TimaBernersa-Lee, że twórcy EME promują zabezpieczenia DRM dla swoich własnych celów, ze względu na bliskie relacje ze studiami filmowymi, nie bacząc na to, że przyjęcie EME zaszkodzi interoperacyjności, wprowadzi niewolne oprogramowanie do standardówW3C i umocni opresyjne modele biznesowe.Akcja niewiele dała. W maju Konsorcjum WWW oficjalnie zaakceptowałowprowadzenie EME do grona standardów webowych, a wkrótce po tym Netflix, największy na świecie serwis Video On Demand, rozpoczął nadawanie wideo z wykorzystaniem klienta napisanego w JavaScripcie i HTML5 oraz specjalnej wtyczki dla Chrome. Zapowiedział przy tym, że gdy tylko Konsorcjum WWW ukończy prace nad interfejsem Web Cryptography, zrezygnuje z wtyczki, tak żecałe szyfrowanie będzie mogło odbywać się między kodem klienta a serwerami.[img=aa]Z punktu widzenia użytkowników Netfliksa to dobra wiadomość — do tej pory Netflix działał z wykorzystaniem wtyczki Silverlighta, dostępnej tylko dla Windows i OS-a X, oraz przez zamknięte aplikacje dla urządzeń mobilnych. Teraz staje się dostępny także na Linuksie, a w przyszłości na wszystkich platformach, które pozwalałyby na uruchomienie zgodnej ze standardami przeglądarki. Z punktu widzenia dystrybutorów to też dobra wiadomość:wzrosnąć może popularność ich serwisów, a przy tym wciąż są one „chronione” przed piractwem, tak by członkowie zarządów 20th Century Fox, Sony Pictures czy Warner Brosa nie doznali szoku na wieść o tym, że ich cenne produkcje filmowe są dostępne w otwartymformacie w Internecie.Źle sprawa wygląda jednak z perspektywy zwolenników Wolnego Oprogramowania. Niedawno FreeSoftware Foundation opublikowało na swoim blogu wpis, w którym można m.in. przeczytać: jeśli wpływowe firmy, takie jak Netflix, Google i Microsoft zdołają wcisnąćDRM w standardy HTML, wzrośnie presja na dystrybutorów treści, by obciążać je DRM-em. Będziemy świadkami upowszechnienia się DRM w Sieci, rosnącej mrocznej strefy niedostępnej dla użytkowników wolnego oprogramowania.Obecnie jest to prawda – komponenty DRM-owe muszą być wprowadzane do przeglądarek w formie, która dla Richarda Stallmana i jego zwolenników jest nie do przyjęcia, jako zamknięte, binarne wtyczki. Mozilla nawet gdyby chciała, nie mogłaby umieścić ich w swojej przeglądarce, udostępnianej przecież wraz z całym kodem źródłowym. Warto pamiętać, że przeglądarka Google'a nie jest opensource'owa – udostępniany jest jedynie kod jej rdzenia, Chromium, a Chrome, wraz ze swoimi zamkniętymi wtyczkami, trafia do użytkowników jako oprogramowanie niewolne.Free Software Foundation wzywa więc internautów do zagłosowania portfelem, bojkotu i zrezygnowania z abonamentu Netfliksa – z tych to pieniędzy jest przecież opłacane uczestnictwo serwisu w W3C, dzięki nim możliwy lobbying na rzecz wprowadzenia EME.Wielkich efektów to wezwanie do bojkotu raczej nie przyniesie – normalnego użytkownika sprawy wolności oprogramowania nic nie obchodzą. Nie wiedzieć też czemu bojkotograniczać się ma tylko do Netfliksa, ostatecznie nie mniej winne takiego stanu rzeczy jest Google, wprowadzające DRM-owe rozszerzenia siłą faktów dokonanych. Free Software Foundation chyba jednak zapomina, że upowszechnienie się Web Cryptography API wyeliminuje potrzebę zamkniętych wtyczek do przeglądarek, a wówczas i użytkownicy Firefoksa będą mogli bez problemów oglądać Netfliksa (o ile poglądy nie uniemożliwiałyby imoglądania chronionych DRM-em treści). W tej sytuacji nawet groźba powstania szybko rosnącej mrocznej strefy DRM-u w Sieci nie byłaby taka straszna, tym bardziej, że i tak większość interesujących treści dostępnych jest – i zapewne długo jeszcze będzie – wdrugim obiegu, bez żadnych zabezpieczeń.
Piractwo w Norwegii zostało pokonane, ale nie za sprawą surowego prawa
34

Piractwo w Norwegii zostało pokonane, ale nie za sprawą surowego prawa

Walka z piractwem może być skuteczna – o ile tylko zmianom wprawie towarzyszy wprowadzanie na rynek legalnie działających usług,które są w stanie zaspokoić potrzeby konsumentów. Tak przynajmniejinterpretuje się wyniki badań przeprowadzonych ostatnio w Norwegii, zktórych wynika, że antypiraci w tym kraju osiągnęli ogromny sukces.Na ile jednak dane z kraju, w którym średnia miesięczna płaca wynosi36 tys. koron (niespełna 20 tys. zł) można przełożyć na realiapaństw, w których obywatele nie mogą marzyć nawet o połowie takiegowynagrodzenia – tego analitycy już nie mówią.Wprowadzone z początkiem lipca nowe prawo w Norwegii, efekt starańwielu lat lobbyingu organizacji antypirackich, jest jednym znajsurowszych w Europie. Pozwala przedstawicielom właścicieli prawautorskich na prowadzenie działań mających na celu wykrywanie ikaranie osób nielegalnie rozpowszechniających treści w Sieci, pozwalateż na blokowanie ułatwiających naruszanie prawa witryn na poziomieISP. Spodziewać się można, że za kilka miesięcy najpopularniejszewitryny torrentowe zostaną więc w Norwegii zablokowane. [img=piratesink]Można się spodziewać, że srogie prawo doprowadzi do tego, że wskandynawskim państwie piractwo stanie się czymś incydentalnym. Jużdziś bowiem poziom naruszeń praw autorskich jest tam bardzo niski.Zmalał przez te lata jednak nie za sprawą efektywności organówścigania i kar wymierzanych piratom (których do tej pory przecieżpraktycznie nie było), ale dzięki upowszechnieniu legalnych usług –atrakcyjnych alternatyw dla piractwa.Z badania firmy Ipsos MediaCT wynika, że zainteresowanie nielegalnymi kopiamiutworów muzycznych, programów telewizyjnych i filmów jest dziś wNorwegii niższe, niż kiedykolwiek wcześniej. Przykładowo w 2008 rokuNorwedzy pobrali z Sieci 1,2 mld nielegalnych kopii utworówmuzycznych, a w roku 2012 liczba ta spadła do 210 mln, tj. 17,5%wielkości sprzed czterech lat. Z kolei piractwo programów TV (wwiększości seriali) swój szczyt osiągnęło w 2011 roku, kiedy topobrano 135 mln nielegalnych kopii – jednak już rok późniejliczba ta zmalała do 55 mln. [img=piractwo-norwegia]Wyniki te zbiegają się w czasie z uruchomieniem w Norwegii usługstreamingu muzyki, takich jak Spotify; obecnie korzysta z nich 47%internautów w tym kraju. Co najbardziej zdumiewające, 25% internautówprzyznało, że korzysta z wersji płatnych tych usług. Podobnie wyglądasprawa z produkcjami TV – pierwsze legalne serwisy VoD ruszyływ tym kraju właśnie w 2011 roku, a w październiku zeszłego roku nanorweski rynek wszedł światowy gigant tej branży, serwis Netflix. Spodziewać się można, że to właśnie, a nie surowsze prawo,ograniczy skalę filmowego piractwa. Tak przynajmniej sądzikomentujący wyniki badania Ipsos Media Olav Torvund, profesor prawa zUniwersytetu w Oslo. Uważa on, że ludzie będą korzystali zdobrych, zgodnych z prawem ofert (…) kiedy legalna oferta jesttania i łatwa w użyciu, nielegalne pobieranie plików staje się mniejinteresujące.Zapewne profesor ma rację. Dostęp do Netfliksa w Norwegii kosztujejednak 80 NOK miesięcznie, tj. 1/450 średniego wynagrodzenia. Pakietpremium jednego z najpopularniejszych polskich serwisów VoD, z dalekoskromniejszą ofertą niż to, co otrzymać można w Netfliksie, kosztuje30 zł miesięcznie, tj. 1/115 średniego wynagrodzenia. W wielu krajachEuropy Środkowej i Wschodniej ten stosunek jest jeszcze gorszy, więcraczej trudno się dziwić, że mimo starań antypiratów, efekty akcjitakich jak „oglądajlegalne” są znikome, a piracki streaming w polskiej Sieci ma się dobrze.

Dropbox będzie wirtualnym magazynem danych dla aplikacji mobilnych i webowych

Już 175 mln użytkowników i rośnie – Dropbox to przykładstartupu, który zdołał zachować niezależność, a jednocześnieskutecznie konkurować z produktami takich gigantów jak Google (Dysk)czy Microsoft (SkyDrive). Za osiągnięcie tej pozycji odpowiadają napewno niezłe ceny i dostępność klientów na wszystkie popularnesystemy, ale też regularne uruchamianie kolejnych funkcjonalności,dzięki którym ta usługa wirtualnego dysku wciąż była na ustachinternautów. Niespełna pół roku temu twórcy usługi pomyśleli jednak,że mogłaby być ona czymś więcej, niż tylko wirtualnym dyskiem wchmurze i ogłosili wprowadzenie interfejsu programowania Sync.Dzięki niemu aplikacje na Androida i iOS-a otrzymywały dostęp domechanizmów przechowywania danych w chmurze, synchronizowania,buforowania i pracy offline, tak, jakby wbudowano w nie prywatnegoklienta Dropboksa. Ambicje deweloperów sięgająznacznie dalej: podczas pierwszej konferencji Dropboksa DBXogłoszono, że dysk w chmurze nie będzie już służył tylko doprzechowywania plików. Terazusługa posłużyć ma do przechowywania wszelkiego rodzaju danych,stając się wirtualnym magazynem informacji dla każdej możliwejaplikacji. Możliwe staje się to dzięki interfejsowi Datastore, którywychodzi poza pliki, zapewniając nowy model łatwegoprzechowywania i synchronizowania danych aplikacji. Korzystając zaplikacji z magazynem danych, będziesz miał dostęp do swoichaktualnych danych na wszystkich urządzeniach, tak online jak ioffline – wyjaśniają twórcy Platformy Dropbox.[img=dropbox1_opener]Oznacza to, że Dropbox posłużyćmiałby do przechowywania np. szkiców dokumentów, stanów gier czyustawień aplikacji. Grając w swoją ulubioną grę na tablecie, mógłbypóźniej dokończyć ją na telefonie, od tego samego momentu, w którymzakończył rozgrywkę na wcześniej używanym urządzeniu. Dosynchronizacji wykorzystywane byłoby dropboksowe konto użytkownika, awięc deweloper aplikacji nie ponosiłby żadnych kosztów hostingu tychwszystkich danych. Użytkownik mógłby mieć zaś pewność, że poza nim (izapewne NSA), nikt do danych aplikacji zapisanych w chmurze niebędzie miał dostępu bez jego zgody.Pomysł twórców Dropboksa nie jestniczym wcześniej niespotykanym, ale ich Datastore API przynosi do gryprzede wszystkim ogromne doświadczenie firmy w dziedziniesynchronizacji danych między bardzo różnymi klientami, oraz łatwośćkorzystania z interfejsu przez zewnętrznych deweloperów. Pierwszepróby integracji Dropboksa ze swoją aplikacją podjęło Yahoo!,wprowadzając do webowego klienta poczty przyciski pozwalające nazapis załącznika e-maila na wirtualny dysk użytkownika jak i dodaniedo e-maila pliku z wirtualnego dysku jako załącznika. Teraz twórcystron internetowych dostają dostęp do gotowego kodu takichprzycisków, nazwanych Chooser i Saver – kilka linijek JavaScriptu i ich serwis będzie mógł zapisywaći pobierać dane bez pośrednictwa lokalnego dysku.Wśród pierwszych, którzyzdecydowali się na taką integrację z Dropboksem znaleźć można m.in.popularny serwis z fotografią stockową Shutterstock, galerię skórekdla CMS-ów WooThemes, serwis muzyczny Loudr i innowacyjny systeme-commerce Chec. Dzięki nowemuSDK, Chooser i Saver trafiły też do kilkunastu aplikacjimobilnych na Androida i iOS-a.Jak widać, plan Dropboksa jestcałkiem oczywisty: znaleźć się w samym centrum ekosystemu webowych imobilnych aplikacji, jako system synchronizacji ich danych. W tensposób przestałaby być to jedna z wielu podobnych sobie usług, którąw każdej chwili można zastąpić czymś innym – Dropbox stałby sięjednym z kluczowych elementów infrastruktury Sieci, tak jak jest todziś np. z wyszukiwarką Google'a. W sytuacji, gdy mowa o usłudze,której liczba użytkowników w ciągu pół roku wzrosła o jakieś 70 mln,nie wygląda to zupełnie nierealnie.