Scenowy music-disk

Jakiś czas temu (sierpień 2019) popełniłem krótki wpis dotyczący scenowych produkcji zwanych slide-show. Owy tekst zakończyłem obietnicą kolejnej części dotyczącej tzw. dysków muzycznych czyli z angielska music-disks. Jako, że seria scenowa cieszy się ogromnym i niesłabnącym zainteresowaniem (ha ha ;) ), nadeszła pora na kolejną porcję sentymentów. 

Co bystrzejsi czytelnicy zapewne wpadli już na to, że w przypadku dysków muzycznych pojawi się wiele analogii do dysków... graficznych (tzw. slide-show). Oczywiście, że tak! Różnica polega jedynie na tym, że te ostatnie prezentują kunszt i pracę grafików a te o których zamierzam pisać dotyczą scenowych twórców komponujących muzykę.

Co ciekawe, w obu rodzajach produkcji przenikają się talenty wszystkich scenowych nacji, co zresztą podkreślałem już w ww. tekście. 

No dobrze, ale czym w zasadzie jest (był) music-disk? To naturalnie kompilacja utworów jednego z wielu scenowych muzyków, oprawiona w piękną szatę graficzną, okraszona kilkoma mniej lub bardziej dopracowanymi efektami wizualnymi. Tyle w lakonicznym skrócie - w rzeczywistości było to nieco bardziej skomplikowane...

Zapotrzebowanie na własny dysk muzyczny składała w grupie osoba komponująca muzykę - to raczej oczywiste. Naturalnie za dźwięk w danej grupie mogła odpowiadać więcej niż jedna osoba - nic nie stało na przeszkodzie aby zarówno jedna jak i druga wydały swój music-disk. Baaa! Takich wydań mogło być kilka - jak w prawdziwym muzycznym świecie w którym solista w trakcie kariery wydaje kilka czy nawet kilkanaście albumów. Wprawdzie nie pamiętam wielu takich przypadków, przynajmniej z demosceny na Amidze, co nie znaczy, że taka sytuacja nie mogła mieć miejsca. Właściwie wszystko zależało od samego muzyka a raczej jego płodności.

Wszystko ładnie, pięknie - kompozytor wybrał kilka/kilkanaście swoich utworów i co dalej? Wspomniałem wcześniej, że music-disk to bardziej złożona produkcja w której muzyka jest tylko jednym z elementów. To prawda, ale żeby całość ładnie się komponowała potrzeba jeszcze wspólnej pracy osoby odpowiedzialnej za grafikę no i oczywiście za kod! Dodatkowo należało wszystko pomysłowo i efektownie połączyć w całość a więc niezbędny był jakiś design.

W ogromnej większości przypadków wyglądało to tak, że grafik/graficy przygotowywali materiały do tzw. intra czyli wprowadzenia do music-disku oraz coś na kształt głównego "playera". Intro z reguły zawierało kilka cało ekranowych obrazków, parę niezbyt wymyślnych efektów oraz tzw. creditsy czyli listę płac danej produkcji.

Potem uruchamiała się już część główna z czymś na kształt muzycznego odtwarzacza w którym można było odsłuchiwać utwory jeden po drugim, przeskakiwać je, przewijać itd. Jak to wyglądało, możecie zobaczyć na jednym z poniższych obrazków.

Oczywiście "player" niekoniecznie musiał wyglądać jak w powyższym przypadku. Wszystko zależało od inwencji i pomysłowości twórców. Tutaj akurat mini-wieża okazała się główną oprawą music-disku Extenda, swoją drogą doskonałego Vengeance, wydanego w 1993r.

Motyw magnetofonu czy tzw. wieży był jednak mocno nadużywany co swego czasu prowadziło do pewnej monotematyczności... Delikatnie mówiąc ;) Spójrzmy zresztą na produkcje grup Crusaders czy UpRought - czy coś Wam one przypominają? ;)

Naturalnie istniały pewne różnice, chociażby w sterowaniu czy equalizerach ale mimo to ten oklepany schemat był aż nadto widoczny.

Pewnie, zdarzały się niekiedy perełki w postaci czegoś niesztampowego ale były to przypadki zgoła rzadkie. Mnie osobiście najbardziej utkwił w pamięci music-disk Jestera z grupy Sanity (Jesterday) z kapitalnie rozwiązanym odtwarzaczem w postaci zawieszonych w przestrzeni teksturowanych prostokątów prezentujących nazwę danego utworu. Jak na tamte czasy (przypominam, lata 90te, Amiga) było to naprawdę nowatorskie rozwiązanie!

Zresztą muzyka w tej produkcji dorównywała poziomowi wykonania. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że są gusta i guściki ale ten właśnie music-disk bardzo przypadł mi do gustu.

No właśnie, muzyka! Przecież ona jest w tym wszystkim najważniejsza! Tak by się przynajmniej mogło wydawać bo w istocie bywało z tym różnie. Zdarzało się, że poziom muzyczny produkcji odstawał i to znacznie od jakości grafiki czy kodu - i odwrotnie, mimo fatalnej jakości oprawy wizualnej, właśnie dźwięk pozwolił "się obronić" któremuś z music-disków. Zresztą, jak już wcześniej wspomniałem, każdy ma swój gust. Jednemu odpowiada muzyka reggae, innemu ambient a jeszcze inny toleruje wyłącznie heavy metal...

Podobnie było na scenie. Każdy z twórców posiadał jakiś swój indywidualny styl i starał się go trzymać a tym samym zaspokoić grupę najwierniejszych odbiorców. Czasami nie udawało się to do końca a czasami w ogóle nie udawało... ;)

Scena rządziła się jednak swoimi prawami i to, co w normalnym świecie uznane zostałoby za objaw beztalencia, w środowisku scenowców cieszyło się dużym uznaniem i popularnością. Jako przykład warto w tym miejscu wspomnieć o artyście o pseudonimie Magiel, tworzącym w latach 90tych nurt tzw. muzyki trance czy rave. Oczywiście mam na myśli nurt scenowy. Być może poza sceną Magiel również coś komponował ale mi osobiście nic na ten temat nie wiadomo.

W każdym razie wspomniany muzyk przez połowę środowiska był hołubiony i momentami wręcz wynoszony "na ołtarze", natomiast druga połowa kpiła z jego "twórczości" i prostych, rave'owych kawałków. Kto miał rację? Cóż, jak to w przypadku gustów bywa i wszyscy i nikt! Zresztą oceńcie sami :)

I to by było na tyle -za miesiąc podywagujemy trochę o magicznym świecie magazynów dyskowych :D

  • Był sobie swapper
  • Scenowe chartsy czyli dawny sposób na sławę
  • Let's party czyli jak to się scena dawniej bawiła
  • Sztuka przekraczania
  • Subiektywna lista najlepszych amiscenowych stron
  • Najlepsze scenowe kanały na YouTube
  • Hardwired - demo wszechczasów
  • Thing 15.5 - historia pewnego magazynu
  • Slide show - co to było i z czym się jadło?
  • Odbyt Design The Movie 2019
  • Desert Dream - słów kilka
  •