biznes (strona 141 z 149)

Zawierucha na rynku bitcoinów: tonąca giełda Mt. Gox chciała pociągnąć za sobą wszystkich

Ostatnie miesiące nie były dla bitcoina łatwe. Tak wieść o„delegalizacji” kryptowaluty w Chinach, jak i późniejszedoniesienia, że i Rosja „zakazała” wymiany rubli na bitcoiny,uznając je za instrument finansowy wysokiego ryzyka, sprawiły żena większości giełd kurs bitcoina względem walut narodowychregularnie spadał. Nie pomogło też aresztowanie przez FBICharliego Shrema, szefa giełdy BitInstant, oskarżonego o to, żepomagał użytkownikom serwisu Silk Road w nielegalnych transakcjachnarkotykowych. Mimo tych ciosów z zewnątrz, kryptowaluta znosiłaje lepiej, niż choćby argentyńskie peso, dla którego chyba jużżadnejnadziei nie ma. Znacznie poważniejszy cios został jednakbitcoinowi w ostatnich dniach zadany od wewnątrz, wstrząsająccałym rynkiem kryptowalut.O problemach z wypłacaniem środków w walutach narodowych zjapońskiego serwisu Mt. Gox, przez długi czas największej giełdybitcoinów na świecie, wiadomo było od wielu miesięcy.Doprowadziło to do przejścia większości świadomych inwestorówna bardziej wiarygodne giełdy, takie jak BTC-E czy Bitstamp, wciążjednak Mt. Goxa trzymały się tysiące drobnych ciułaczy, giełdata pod względem wolumenu transakcji BTC-USD pozostawała trzecią codo wielkości na świecie. Jednocześnie osobliwa sytuacja zniemożnością wypłacenia środków w dolarach sprawiła, że kursbitcoina na giełdzie tej sporo wyrastał ponad rynkową medianę –ci, którzy chcieli wyciągnąć swoje pieniądze z MtGox zmuszenibyli kupować za dolary (czy inne waluty narodowe) po zawyżonymkursie bitcoiny (których brakowało) i przenosić je na konta winnych giełdach. Doszło do sytuacji, w której gdy na BTC-E zabitcoina trzeba było zapłacić 800 dolarów, na MtGox żądanoponad 1000 dolarów.[img=marketcrash]Sytuacja drastycznie się zaczęła zmieniać w zeszłym tygodniu,gdy użytkownicy Mt. Goksa zauważyli, że nie mogą wypłacać takżebitcoinów. W ostatni piątek ich niepokój wzrósł jeszczebardziej. Operator giełdy opublikował na swojej stronie oficjalneoświadczenie, z którego wynikało, że wypłaty bitcoinówzostały zawieszone. Konieczne okazało się „zamrożenie”systemu wypłat, by rozwiązać odkryte z nim niedawno problemytechniczne. Deklaracja wyglądała wiarygodnie – usługi zajmującesię analizą sieci Bitcoin odnotowywały, że wiele transakcji,które rzekomo miały być zrealizowane, nie trafiały do publicznegołańcucha bloków (zawierającego całą historię transakcjibitcoinami). Dotyczyło to zarówno drobnych jak i dużych wypłat. MtGox obiecywał jednak, że zamrożenie systemu, to tylkoprzejściowa sprawa, zespół programistów pracować będzie ciężkoprzez weekend – a w poniedziałek przedstawi dalsze informacje. Cociekawe, nie zablokowano przy tym samego mechanizmu transakcji międzyużytkownikami, ani też wpłat, czy to w bitcoinach, czy walutachnarodowych, więc fora dyskusyjne natychmiast wypełniły sięspekulacjami o tym, że to już koniec Mt. Goksa, a wprowadzone tambitcoiny są nie do odzyskania. Całą giełdę uznano za typowąbańkę spekulacyjną, w której pieniądze dla „starych”użytkowników pochodzą z wpłat od nowych.Jednocześnie sztucznie wywindowana cena bitcoina na japońskiejgiełdzie zaczęła szybko spadać – w ciągu kilkunastu godzinkryptowaluta na zablokowanej giełdzie straciła 30% swojej wartości.Niepokój inwestorów przełożył się także na kursy na innychgiełdach – w pewnym momencie na popularnym BTC-E bitcoina możnabyło już kupić za niespełna 600 dolarów, a zrozpaczeni gracze napublicznym czacie giełdy, złośliwie nazywanym „trollboksem”krzyczeli, że to już koniec.Tak jak Mt. Gox zapowiadał, tak zrobił. W poniedziałek wydanokolejny komunikatdla mediów, w którym winę za wszystkie problemy z serwisemzrzucono na błąd w samym protokole Bitcoin. Chodzi o tak zwanąmożliwość uzłośliwieniatransakcji, opisywaną na wiki Bitcoina już w 2011 roku. Wuproszczeniu chodzi o to, że w niektórych implementacjachoprogramowania możliwe jest zmodyfikowanie transakcji w taki sposób,że będzie ona miała inny identyfikator (Tx hash), mimo że zmianienie ulegną adresy nadawcy i odbiorcy, ani przesyłana wartość. Tow sumie trywialny problem, nie występujący w referencyjnymoprogramowaniu Bitcoina (oficjalnym portfelu i demonie), który łatwomożna obejść, polegając na potwierdzeniach w łańcuchu bloków,a nie na identyfikatorach, które nie są żadnym potwierdzeniemtransakcji, lecz jedynie udogodnieniem dla oprogramowania portfela.Mt. Gox przedstawił jednak uzłośliwienie transakcji jakokrytyczny błąd w Bitcoinie, którego naprawienie wymagać będziewspółpracy całej społeczności, uzasadniając w ten sposóbkonieczność dalszego utrzymania blokady wypłat do momentu, gdy tabardzo nowa technologia, jakąjest Bitcoin, nie zostanie naprawiona. I choć reakcje co bardziejnaiwnych inwestorów spowodowały na pozostałych giełdach spadekkursu bitcoinów nawet o kilkanaście procent, to jednak umiejącyczytać pomiędzy linijkami zrozumieli o co chodzi. Mt. Gox okazałsię niewypłacalny nie tylko w dolarach (prawdopodobnie po tym, jakprzejęto jego konta bankowe w USA), jak i w bitcoinach – ktośnajwyraźniej znalazł sposób na fałszowanie transakcji, którepóźniej raportowano jako niezrealizowane, więc wypłacane„ręcznie” przez pracownika działu obsługi klienta. Dziś Mt.Gox prawdopodobnie jest niewypłacalny także w bitcoinach – iupadając, spróbował pociągnąć za sobą całą kryptowalutę.Fundacja Bitcoina wydała więcoświadczenie,z którego wynika, że problem tkwi wyłącznie po stronie Mt. Goksai jego własnej implementacji oprogramowania portfela, jego procedurobsługi klienta i nieprzygotowania na dobrze znany scenariusz ataku.Poinformowano też, że trwają prace nad rozwiązaniem problemuzłośliwych transakcji, ale i tak najlepszym rozwiązaniem jestużywanie zalecanego, referencyjnego oprogramowania: portfelabitcoin-qt i demona bitcoind (nieoficjalne portfele Electrum iMulti-bit również są odporne na wspomniany atak. AndreasAntonopoulos, ekspert od kryptowalut z firmy Root Eleven stwierdził,że cała ta afera wzięła się tylko z tego, że pewien fanDungeons and Dragons napisał giełdę walut w PHP – i trzy latapóźniej wciąż za to wszyscy płacimy.Obecnie rynek BTC odrabia stratypo weekendowej panice, a cena bitcoina waha się między 670 a 705dolarów.

Billon: cyfrowe tokeny zamiast złotówek, a Alior Bank zamiast NBP

Wirtualna Polska jako pierwsza poinformowałaszerszą publiczność o billonie, nowym legalnym środku płatniczymw naszym kraju. Będzie to możliwe na mocy zmian w prawie UniiEuropejskiej, które dopuściły kolejną formę pieniądza opróczzapisów cyfrowych na koncie bankowym i banknotów/monet – gotówkęelektroniczną. Emitentem tego pieniądza, którego wartośćpowiązano na sztywno w stosunku 1:1 ze złotówką, mają byćprywatne banki, na początek Alior Bank i Plus Bank, a sam projekt odstrony technicznej, według WP jedyne takie rozwiązanie naświecie, rozwija od siedmiu latstartup Zunit.Billon miałby byćwykorzystywany zarówno w transakcjach mobilnych (bez koniecznościłączenia się z Siecią, przez krótkozasięgową łącznośćbezprzewodową), jak i do transakcji elektronicznych w Internecie –szczególnie mikropłatności, gdyż minimalną kwotą billonu, jakąmożna wydać, jest 0,1 grosza (0,001 zł). Transakcje międzyużytkownikami billonu mają być wolne od wszelkich prowizji. Systempłatności zarabiać ma na siebie prowizjami przy konwersji billonuna gotówkę czy zapis na rachunku bankowym. Sama konwersja złotówekna billon ma być darmowa.Tyle w mediach masowych, jakrównież niektórych portalach IT, które newsa Wirtualnej Polskiprzepisały. Przyjrzyjmy się sprawie bliżej. Z przedstawionychprzez startup Zunit informacji wynika, że billon jest cyfrowągotówką bazującą na zaszyfrowanych tokenach o różnychnominałach (bezpiecznych plikach),niemożliwych do podrobienia i weryfikowalnych przez aplikacjęportfelową (działającą na razie na Androidzie, Linuksie, Windowsi OS-ie X). Transakcje billonem nie są nigdzie rejestrowane, caławeryfikacja odbywa się wyłącznie pomiędzy ich stronami, więc wteorii rozwiązanie to zapewniać ma anonimowość porównywalną zużyciem banknotów.[img=billon]Każdy system elektronicznychpłatności jest jednak tylko tyle wart, co zastosowane w nimrozwiązania bezpieczeństwa: nawet jeśli wykorzysta się najlepszealgorytmy cyfrowych podpisów i szyfrowania, to wystarczy jeden błądw ich implementacji, by źle zabezpieczone tokeny w obiegu zaczęłybardzo szybko tracić na wartości. W wypadku billonu nie bardzowiadomo, jak faktycznie wygląda model bezpieczeństwa. Zunitobiecuje wydanie Białej Księgi projektu, w której informacje tezostaną przedstawione, ale jako że jeszcze jej nie ma, jak równieżnie upubliczniono kodu źródłowego (i nie zanosi się, by dotakiego upublicznienia w ogóle doszło), jedynym źródłeminformacji pozostają niecoogólnikowe informacje autorów.Mówią oni o trójpoziomowymsystemie zabezpieczeń kryptograficznych,w którym wykorzystane są kryptosystemy RSA (banki komercyjnepodpisują nominały tokenów za pomocą sprzętowego modułubezpieczeństwa), forward secure signing, dzięki któremu każdytoken jest podpisywany innym, losowo wygenerowanym kluczem (Zunitpodpisuje w ten sposób nominały i parametry transmisyjne tokentówdla banku), oraz krzywych eliptycznych (podpisy składane przezstrony podczas transakcji). Tokeny znajdujące się na urządzeniujak i proces transmisji, jest szyfrowany AES-em. To wszystko miałobyć zweryfikowane przez znane ośrodki naukowe;audytorzy uznali zaś, że billon to niespotykanie dokładnyi precyzyjnie stworzony system.A co jeśli urządzenie z tokenami zgubimy, lub zostanie namskradzione? Jest dokładnie tak, jak w wypadku portfela z banknotami.Utrata portfela oznacza utratę wszystkich zawartych w nim środków.Drugą istotną kwestią dlaelektronicznej gotówki jest łatwość jej implementacji. O ile wwypadku bezpieczeństwa wciąż pełno niedomówień, to tę kwestięautorzy billonu zaprezentowali bardzo ładnie, tworząc zestaw klas ifunkcji (na razie w PHP i JavaScripcie), pozwalających nawprowadzenie przycisków płatności na strony internetowe i portfelina serwery (transakcje online są realizowane w modelu SOAP). Więcejinformacji znaleźć można tutaj.Trzecią kwestią są oczywiściekwestie ekonomiczne – i tu billon wypada najbardziejproblematycznie. Zunit przedstawia swoją cyfrową gotówkę jakopierwszą na świecie realizację wizji Miltona Friedmana, który w1999 roku powiedział: coś czego jeszcze nie ma, alewkrótce zostanie stworzone, to wiarygodna cyfrowa gotówka, czylimetoda w której w Internecie będzie można przekazać fundusze zpuntu A do B, w sytuacji gdzie A nie zna B, ani B nie zna A –podobnie jak z banknotem papierowym, który każdy może ode mniewziąć nie wiedząc kim jestem.Problem jest jednak w tym, żesam Friedman raczej nie uśmiechnąłby się do billonu. Słynnyekonomista przekonanybył, że banki centralne nie powinny mieć możliwościmanipulowania podażą pieniądza za pomocą sztuczek takich jakilościowe luzowanie: powinno się je zastąpić komputerem iusztywnieniem emisji pieniądza na poziomie 4% rocznie. TymczasemZunit deklaruje swoje upodobanie do centralnego banku, śmiałotwierdząc, że billon jest wartością samą w sobie.Otóż pieniądz papierowy ma wartość, bo wydał go BankCentralny (NBP). Jako żecyfrowa gotówka wydana przez banki komercyjne ma taką samą wartośćjak pieniądz papierowy i jest przez te banki gwarantowana, togotówka cyfrowa i gotówka papierowa mają być sobie równorzędne.Brzmi to dobrze, dopóki nieprzypomnimy sobie, że rezerwa frakcyjna w Polsce, czyli częśćrezerw pieniężnych, którą banki zobowiązane są utrzymywać wbanku centralnym i swoich skarbcach wynosi… 3,5% (liczni ekonomiścitwierdząjednak, że bez względu na wysokość rezerwy frakcyjnej, i tak niezmienia ona możliwości banków komercyjnych w tworzeniu gotówki –kiedy rezerwa się kończy, bank centralny zwykle zgadza się jąuzupełnić). Wygląda więc na to, że billon może się okazaćprzede wszystkim narzędziem ułatwiającym bankom produkcjępieniądza i zwiększenie ich własnych rezerw gotówkowych.Wystarczy ustawić koszt konwersji billonu na złotówki na poziomie,który będzie do konwersji takich zniechęcał, przy jednoczesnympropagowaniu zalet cyfrowej gotówki (anonimowości, szybkościtransakcji).Dziwnie więc na tym tle brzmideklaracja, że billon jest całkowicie pozbawiony elementówcentralnych, skoro najważniejsza część systemu – emisjapieniądza – jest skrajnie scentralizowana (notabene cały modelbezpieczeństwa nie ma sensu bez centralnego emitenta i dostawcytechnologii). Pod tym względem system jest tak samo scentralizowanyjak złotówka... tylko centrum zostało przeniesione z NBP do AliorBanku. Do tematu billonu jeszcze nałamach naszego portalu wrócimy, jak tylko dowiemy się czegoświęcej o mechanizmach bezpieczeństwa tej transakcji, jak ipozyskamy opinie niezależnych ekonomistow.

Porozumienie z Komisją Europejską uchroni Google przed karą za praktyki monopolistyczne

Oddaliło się widmo miliardowych kar, którymi Komisja Europejskagroziła Google za monopolizowanie rynku wyszukiwarek w 28 krajachUnii. Gigant z Mountain View zdołał wreszcie przekonać do swoichpropozycji komisarza UE ds. konkurencji Joaqina Almunię, którywcześniej już kilkukrotnie odsyłał jego przedstawicieli z kwitkiem.To ważne zwycięstwo dla Google'a, kontrolującego 90% europejskiegorynku wyszukiwarek i rzekomo nadużywającego swojej rynkowej pozycjido dławienia konkurencji. Za takie działania Komisja Europejska możenałożyć bowiem na monopolistów kary w wysokości nawet 10% ichrocznych przychodów.Joaqin Almunia poinformował, że zadowolony jest z nowej propozycjiGoogle'a, gdyż obejmuje ona teraz wszystkie cztery obszary, co doktórych stawiano zarzuty monopolistycznych nadużyć. Do tej poryMountain View poszło na ustępstwa w trzech z nich, zgadzając się na:pozwolenie mediom internetowym na zablokowanie wykorzystywania ichtreści w usługach Google'a bez negatywnych konsekwencji dla ichpozycji w wyszukiwarce,rezygnację z wymogu wyłączności w porozumieniach z wydawcami wkwestiach dostarczania reklam wyszukiwarkowych,usunięcie ograniczeń w uruchamianiu kampanii reklamowych wwyszukiwarkach na konkurencyjnych platformach.[img=porozumienie]Wciąż jednak długo strony nie mogły porozumieć się w najbardziejdrażliwej kwestii – promowania przez Google wynikówwyszukiwania rywali w swojej wyszukiwarce w kontekście tzw.specjalizowanych usług wyszukiwania, czyli np. wyszukiwań towarów,rezerwacji noclegów czy zakupu biletów lotnicznych. Prowadzonew ostatnich dniach intensywne negocjacje zaowocowały porozumieniem wtej sprawie, co jak twierdzi komisarz Almunia, pozwoli przywrócićkonkurencyjność na europejskim rynku wyszukiwarek.Oprócz wspomnianych wyżej ustępstw, Google zgodziło się więc dodatkowona:informowanie w widoczny sposób użytkowników o tym, że Googlepromuje swoje własne specjalistyczne wyszukiwania,oddzielenie specjalistycznych wyszukiwań od normalnej listywyników wyszukiwania,wyświetlanie obok swoich specjalistycznych wyników wyszukiwaniatakże wyników trzech swoich relewantnych w danym obszarzekonkurentów, w sposób równoważny prezentacji wyników Google'a.Dotyczyć to ma zarówno wyników dla przeglądarek desktopowych jak imobilnych.Ta ostatnia kwestia wciąż pozostawia pewne wątpliwości. Dostawcytakich usług wyszukiwania mieliby mieć możliwość wpływu na to, jakich oferty będą prezentowane w ramach ich modelu biznesowego. Wsytuacji, gdy Google nie pobierałoby opłat za umieszczenie wyników wspecjalizowanych wyszukiwaniach, wybór trzech relewantnychkonkurentów odbywać by się miałza pomocą standardowych algorytmów wyszukiwania, bez pobierania odnich opłat. Tam jednak, gdzie Google pobiera opłaty za umieszczenie wspecjalizowanej usłudze wyszukiwania, prezentowani konkurenci mielibybyć wybierani przez specjalizowany mechanizm aukcyjny, co w praktyceoznaczałoby, że musieliby płacić Google za prezentację swoich ofert.Nie wszyscy są zadowoleni zporozumienia Google z Komisją Europejską. Grupa Fairsearch, do którejnależy m.in. Microsoft, wystosowała oświadczenie, w którym twierdzi,że poszerzona propozycja ustępstw Mountain View powinna być poddanaszerokim konsultacjom, gdyż ocena jej efektów jest na razie czystąspekulacją. Komisja Europejska nieskomentowała tych słów. Umowa została podpisana, gwarantując Google,że przez pięć lat, o ile nie naruszy jej warunków, nie będzie mogłobyć oskarżone o naruszanie zasad uczciwej konkurencji ani ukarane zapraktyki monopolistyczne. Niezadowoleni lobbyści z Fairsearch mogąsię teraz odwołać od decyzji Komisji do Sądu Unii Europejskiej wLuksemburgu, co zmusi ich do zatrudnienia kosztownych,francuskojęzycznych prawników.

Satya Nadella został nowym szefem Microsoftu, Bill Gates jest jego doradcą

Znamy już następcę Steve'a Ballmera. Trzecim w historii szefemMicrosoftu został Satya Nadella, 46-letni wiceprezes firmy,odpowiedzialny dotąd za pion usług dla biznesu i chmurobliczeniowych. Wybór Nadelli na CEO największej firmy informatycznej świata niejest zaskoczeniem – kilka dni temu anonimowe źródła Reuteradonosiły, że jest on zdecydowanym faworytem, wygrywając z niedawnowymienianym jako „pewniak” szefem Forda, Alanem Mullalym.Najwyraźniej jednak rada dyrektorów Microsoftu uznała, że nie możnaryzykować wyboru człowieka z zewnątrz. Powołanie pracującego od 20 latw firmie Nadelli jest znakiem, że rada dyrektorów oczekuje kontynuacji obecnegokursu firmy, zmuszonej do wymyślenia się na nowo w czasach dalekoposuniętej konsumeryzacji branży IT.[img=satyanadella]Urodzony w Hajdarabadzie w Indiach Nadella, z wykształceniainżynier elektronik, w Stanach Zjednoczonych zdobył wykształcenieinformatyczne i menedżerskie, a potem zaczął pracować w SunMicrosystems. Do Microsoftu przyszedł w 1992 roku, pracując w dzialebadawczo-rozwojowym Online Services Division, a potem zostającwiceprezesem Business Division. W 2011 roku objął stanowisko prezesaServer and Tools Business, w ciągu dwóch lat zwiększając przychodydziału o niemal 4 mld dolarów. Bill Gates, podsumowując wybór rady dyrektorów, stwierdził: wtym okresie transformacji nie ma lepszego człowieka do przewodzeniaMicrosoftowi niż Satya Nadella. To sprawdzony przywódca o twardychumiejętnościach inżynierskich, biznesowej wizji i umiejętnościłączenia ze sobą ludzi. Jego postrzeganie wykorzystania idoświadczania technologii na całym świecie jest dokładnie tym, czegoMicrosoft potrzebuje, gdy firma wchodzi w nowy etap innowacyjności irozwoju.Steve Ballmer, który ustępuje dziś z dyrektorskiego fotela, uznałzaś, że po przepracowaniu z Nadellą ponad 20 lat, jest przekonany, żeto właściwy przywódca na obecne czasy. Miałem przywilej pracować znajbardziej utalentowanymi pracownikami i menedżerami w całej branżyi wiem, że ich pragnienie wielkości tylko urośnie pod przywódctwemSatyi – stwierdziłBallmer.Przy okazji nowego dyrektorazarządzającego i odejściu dotychczasowego na emeryturę, zmienia sięteż rola Billa Gates w firmie. Nie będzie on już przewodniczącym radydyrektorów Microsoftu, przyjmując stanowisko Założyciela i Doradcy.Ma poświęcić więcej czasu Microsoftowi i wspierać Nadellę wkształtowaniu polityki firmy i kierunku jej rozwoju.Pierwsze reakcje giełdy na tę wiadomośćsą pozytywne – od kilku godzin kurs MSFT nieustannie rośnie.
Czyżby koniec zamienników do drukarek HP na polskim rynku?

Czyżby koniec zamienników do drukarek HP na polskim rynku?

Niewiele jest na świecie płynów droższych niż tusz dodrukarek od producentów drukarek – w tej specyficznejklasyfikacji pokonuje on ludzką krew, „płynną ekstazę”GHB, czy penicylinę, by przegrać jedynie z perfumami Chanel No.5czy jadem kobry. Nie powinna więc nikogo dziwić zawziętość, zjaką firmy produkujące popularne „plujki” walczą z groźnymdla nich procederem wytwarzania zamienników oficjalnych kartridży ztuszami, pozwalających użytkownikom drukować wielokrotnie taniej,niż gdyby korzystali z oficjalnych materiałów eksploatacyjnych.Znaczący sukces na tym polu odniósł właśnie HP, który niemalcałkiem rozprawił się z naruszającymi jego własnośćintelektualną producentami zamienników na rynkach niemieckim ipolskim.Drukarkowy gigant ogłosił, że przed sądem w Düsseldorfiewygrał dwa pozwy przeciwko firmie BestUse. W pierwszym była onaoskarżona o naruszenie patentów HP na technologie natrysku tuszu, wdrugim o fałszywe reklamowanie nowych kartridży jako„regenerowanych” kartridży HP. Oprócz zakończenia naruszającejinteresy korporacji działalności, producent zamienników będziemusiał pokryć jej koszty prawne i ujawnić swoją listę dostawców.[img=liquidprice]HP następnie przyjrzał się bałaganowi na rynku polskim, naktórym liczne firmy produkowały lub dystrybuowały popularne u naszamienniki kartridży. Rozmowy z nimi zakończyły się bezkonieczności kierowania sprawy do sądu. Po tym, jak prawnicy HPskontaktowali się z firmami Modecom, ABC Data (kartridże Modecom),Komputronik (Accura), Praxis (ePrimo), Scot (Printe) oraz KrzysztofemMuszalskim (Expression), szybko doszło do porozumienia, w wynikuktórego potwierdzono, że patenty HP są ważne, należy zaprzestaćsprzedaży naruszających patenty kartridży, jak również zniszczyćwszystkie te, które pozostały w magazynach. Polskie firmy zgodziłysię również zwrócić HP koszty prawne.Wreszcie też, w nawiązaniu do porozumienia z 2012 roku w sprawie sprzedaży kartridży naruszających patenty HP, rozwiązane zostały kwestie sporne między HP i znanym warszawskim dystrybutorem sprzętu IT, firmą Action. Action zobowiązał się dłużej ich nie importować i nie sprzedawać, wycofać z rynku wskazane zamienniki marek Actis i ActiveJet (przede wszystkim nowe, regenerowane wciąż będą dostępne), oraz zwrócić HP koszty postępowania prawnego. Te postanowienia zostały podtrzymane. Na polskim rynku pozostał jeszcze jeden producent, który jak narazie przed HP się nie ugiął – Black Point z Bielan Wrocławskich. HPogłosiło, że będzie kontynuowało wymierzone w niego działaniaprawne przed sądem.Wszyscy według HP powinniśmy się cieszyć z takiego obrotusprawy. Matthew Barkley, menedżer własności intelektualnej HP,stwierdził, że dzięki tym działaniom firma pozostaje wyróżnionymdostawcą innowacyjnych rozwiązań drukowania dla swoich klientów,a w miarę jak rośnie atrakcyjność tych rozwiązań na całymświecie, tak też rosną starania w kwestii ochrony klientówHP i cenionych partnerów firmy. Jeśli więc będziecie sięteraz zastanawiali nad wyborem nowej drukarki atramentowej, toprzynajmniej już wiecie, która firma najbardziej się o wastroszczy.

Za 400 mln USD Google przejęło startup DeepMind, pracujący nad myślącymi maszynami

Wieść o przejęciu przez Google firmy Boston Dynamics, znanejprzede wszystkim z prac nad wszelkiej maści robotami kroczącymi, choćwzbudziła uznanie wśród analityków biznesowych, to wśród internautówwywołała przede wszystkim nieco nerwową wesołość. Wizje robotówtakich jak Cheetah,ścigających po ulicach internautów, którzy ośmielili się np. włączyćAdBlocka dla AdSense, stały się częstym tematem wątków na 4chanie, anastępnie na bardziej konwencjonalnych serwisach społecznościowych.Przejęcie to sprowokowało też sporo poważniejszych dyskusji na tematzrobotyzowanejgospodarki, w którą wydaje się tak angażować Google. A skala tegozaangażowania tylko rośnie – świadczą o tym najnowsze wieści zMountain View.Londyński startup DeepMind, działający od 2010 roku, oficjalniezajmuje się pracami nad algorytmami maszynowego uczenia dlasymulatorów, handlu internetowego i gier. Stoi za nim dość znanyekspert od neuronauk Demis Hassabis, będący jednocześnie jednym znajlepszych graczy w konkurencji Pentamindolimpiady sportów umysłowych. Do tej pory projekt zdobył finansowaniena poziomie 50 mln dolarów, tworząc silny zespół co najmniej 50ekspertów od AI, z których wielu wcześniej pracowało w Google,Facebooku i Baidu. Tyle dane oficjalne. [img=ai-brain]Nieoficjalnie plany DeepMinda są znacznie bardziej śmiałe: w 2012roku Larry Wasserman, matematyk z Carnegie Mellon University,sugerował, że celem startupu jest ożywienie marzeń o AI, zbudowaniesystemu, który będzie myślał. Umożliwić miałby to wielki postęp wneuronaukach i maszynowym uczeniu, jaki dokonał się w ciągu ostatnichlat – rozwiązania opracowywane przez DeepMind miałyby połączyćobie te dziedziny ze sobą, przynosząc zupełnie nową jakość.Teraz DeepMind należy już do Google. Startup został kupiony zakwotę, która według różnych źródeł wynosić ma od 400 do 500 milionówdolarów. Samo Google kwoty tej nie potwierdziło, rzecznik firmypotwierdził jedynie, że do transakcji tej doszło w ten weekend.Uchylił się jednocześnie od odpowiedzi na pytania związane zzadaniami, jakie zespół DeepMind miałby realizować dla nowegowłaściciela.Google jednocześnie na własną rękępracuje nad sztucznymi inteligencjami, z całkiem niezłymirezultatami. Ostatecznie dyrektorem ds. inżynierii firmy jestod ponad roku Ray Kurzweil, słynny futurysta i transhumanista,wieszczący przyszłość, w której niewspomaganym maszynowo ostatnimprzedstawicielom homo sapiens pozostanie życie w rezerwatach. Efektyprac jego zespołu są całkiem spektakularne – niedawno jeden zprogramistów firmy, Quoc V. Le pochwaliłsię, że w pewnych specjalistycznych zastosowaniach google'owe AIsą już lepsze niż ludzie.Notabene nie jest to jedyne przejęcie firmy pozornie nie mającejzbyt wiele wspólnego z rdzennym biznesem Google'a – usługamiinternetowymi i reklamą. W tym miesiącu gigant z Mountain Viewpoinformował o przejęciu za 3,2 mld dolarów firmy Nest, zajmującejsię produkcją alarmów domowych, termostatów i innych urządzeń dlainteligentnych domów.