Wstępniak na nowy tydzień: czy po paryskim zamachu obrońcy internetowej prywatności zamkną usta?
Trzeba było być bardzo naiwnym, by sądzić, że asymetrycznawojna z Państwem Islamskim nie dotrze do samego serca Europy. Omożliwościach organizacyjnych muzułmańskich zamachowców mogliśmysię przecież przekonać już w styczniu, gdy dwóch należących dolokalnej komórki Al-Kaidy braci uzbrojonych w broń maszynową,śrutówki, a nawet miotacz granatów odwiedziło redakcjęsatyrycznego tygodnika Charlie Hebdo, zabijając lub ciężko raniącwiększość napotkanych tam osób w odwecie za bluźnierstwo. Kilkamiesięcy później francuski rząd, w imię walki z terroryzmem,przeforsował nowe prawo o inwigilacji, loirelative au renseignement, które przyznawało służbomspecjalnym bezprecedensowe (jak na Zachód) uprawnienia do śledzeniaobywateli, kontrolowania korespondencji i komunikacji, w tymoczywiście elektronicznej. Dzisiaj, gdy w V Republice wskaźnikzagrożenia w systemie Vigipirate podniesiono do najwyższego,szkarłatnego poziomu, obrońcy prywatności zaczynają nieśmiałopytać – skoro z takimi uprawnieniami służby specjalne niezdołały zapobiec tragedii w klubie Bataclan, to jakie jeszczeuprawnienia należy im nadać, byśmy mogli czuć się bezpiecznie?