Nowe życie starego blaszaka

Jakiś czas temu wszedłem w posiadanie starego, zaniedbanego „blaszaka”. Jest to przeciętny przedstawiciel biurowych bojowników sprzed kilkunastu lat, którym niestraszna była wielogodzinna praca. Komputer zawitał pod moją strzechą strasząc zarówno swoim wyglądem, jak i zapachem. Ewidentnie swoje lata świetności miał już za sobą – o czym dobitnie świadczył jego stan – jednak postanowiłem dać mu szansę.

Bohater dzisiejszego wpisu to HP Compaq dx2000 MT z jednordzeniowym procesorem Intel Pentium 4 (2,8 GHz), 2 GB RAM (DDR SDRAM), dyskiem o pojemności 80 GB (ATA) oraz Windowsem XP Professional. Jak widać po specyfikacji o pierwszej młodości ten sprzęt już dawno zapomniał, ale w tym wpisie postaram się udowodnić, że wesołe jest życie staruszka. Jeszcze przed przyprowadzeniem pacjenta do domu, musiałem usunąć większość kurzu z obudowy. Z pomocą sprężonego powietrza oraz pędzelka pozbyłem się większości zanieczyszczeń z wnętrza obudowy. Wiedziałem czego się spodziewać po skrzynce do której nikt od lat nie zaglądał, jednak to, co wyleciało ze środka i tak zdołało mnie zaskoczyć. Po wstępnym czyszczeniu zaniosłem komputer do mieszkania, po czym przygotowałem lekko wilgotną szmatkę, aby wypucować obudowę – czyli wydobyć z niej ukryte piękno. Będąc już w domu zdałem sobie sprawę, że czyszcząc blaszaka na zewnątrz nie zdemontowałem przedniej części obudowy. Myśl, że znowu będę schodził z trzeciego piętra z tą skrzynką nie napawała mnie optymizmem, a zrzucenie jej z balkonu także nie wchodziło w grę, więc resztę prac postanowiłem wykonać w domu. Z odpowiednią maszynerią w pogotowiu zacząłem delikatnie zdejmować plastikowy przód, z rurą wyjącego odkurzacza w drugiej ręce. Niestety pokrywa nie poddawała się bez walki i do jej demontażu musiałem użyć dwóch rąk. Po krótkim siłowaniu pokrywa wyleciała z głośnym „brzdękiem”, uwalniając czarną chmurę pyłu i kurzu nagromadzonego przez lata w tym zakamarku obudowy. Miałem ogromne szczęście, że moja druga połówka tego nie widziała i nie słyszała. Ze strachem w oczach sięgnąłem po odkurzacz i całkowicie zatarłem ślady po tym drobnym incydencie. Najgorsze za mną. 

Teraz nadszedł czas na próbę generalną – uruchomienie sprzętu. Po podpięciu wszystkich odpowiednich przewodów i peryferiów wcisnąłem przycisk zasilania. Staruszek ożył. Świadczyły o tym dobitnie dziwne skrzeki, trzaski, piski i chroboty. Urządzenie rozpędzało się i ani myślało przestać. Wśród tych wszystkich dźwięków wisienką na torcie była melodia logowania się do pulpitu (Windows XP). Wydawało się, że wszystko działa i duch życia w tym starym kawałku elektroniki niezaprzeczalnie gdzieś tam jest. System pracował wolno, urządzenie przy każdej operacji musiało odpowiednio długo pomyśleć, ale najważniejsze, że wszystko działało. Windowsa i tak zamierzałem zainstalować na nowo. Dysk twardy był przepełniony całą masą niepotrzebnych plików i programów, a sam system nie był reinstalowany od dawna, być może nawet od początku istnienia tego sprzętu. Staruszek był jednak w bardzo dobrym humorze i nie stronił od żartów. Nie pozwalał włączyć przeglądarki, bo nie. Wskazywał nieprawidłową godzinę, ponieważ i tak się nigdzie nie spieszył. Zachowywał się głośno i wykonywał powoli wszystkie powierzone mu zadania. Zalewał mnie licznymi komunikatami o rozmaitych błędach. Dokazywał, jak tylko potrafił. Nie czekając dalej na kolejne żarty z jego strony, wyłączyłem system, odłączyłem wszystkie przewody i przystąpiłem do rozkręcania obudowy.

Przed instalacją systemu operacyjnego chciałem jeszcze usunąć starą pastę termoprzewodzącą z procesora i nałożyć świeżą. W tym celu musiałem zdemontować radiator z procesora. Operacja nie była skomplikowana, ale staruszek, pomimo odcięcia od prądu, w każdej chwili mógł nabrać ochoty na kolejne psikusy. Po zdemontowaniu radiatora ujrzałem jeszcze więcej kurzu i pyłu, co tylko potęgowało wrażenie, że ta skrzynka naprawdę długo czekała na porządne czyszczenie. Kurz był wszędzie, natomiast pasta sprawiała wrażenie wiekowego minerału z ery paleozoicznej, dlatego natychmiast z pomocą alkoholu izopropylowego wyczyściłem procesor oraz radiator z wszelkich nieczystości. Teraz te elementy prezentowały się godnie i po zaaplikowaniu nowej pasty radiator wrócił na swoje miejsce. Zadowolony z przebiegu prac, zamknąłem obudowę i poszukałem płyty z systemem operacyjnym. 

Niestety, jedyna płyta jaką znalazłem, miała do zaoferowania tylko Windowsa XP Home Edition. Sam komputer oryginalnie miał na pokładzie Windowsa XP Professional. Cóż, muszę sobie poradzić z tym, co mam. Staruszek na pewno nie będzie wybrzydzał. Dlaczego XP? Krążą pogłoski, że komputer samego prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina korzysta z okienek w tej archaicznej wersji, więc dlaczego nie? Płyta z systemem sama wskoczyła do mojej dłoni, a ja ostrożnie włożyłem ją do napędu. Blaszak z zadowoleniem przyjął krążek (o czym świadczył dźwięk startującego odrzutowca), i już mogłem rozpocząć czystą instalację systemu. Przez proces instalacji przebrnąłem bez problemu, jednak zajęło to trochę czasu. Sprzęt ma swoje lata na karku i słowo „szybko” prawdopodobnie nie funkcjonowało w słowniku tego charyzmatycznego staruszka. W końcu instalacja dobiegła końca i ukazała mi się kultowa „Idylla”. Za każdym razem, gdy widzę tę tapetę, miód spływa po mojej duszy. 

Jednak do poprawnego działania potrzebne były jeszcze sterowniki. Moje zdziwienie było spore, gdy znalezienie odpowiednich sterowników nie przysporzyło żadnych problemów. Chwilę zajęło mi przerzucenie ich z mojego głównego komputera na pendrive’a, a już kilka minut później sterowniki znalazły swoje miejsce na leciwym dysku blaszaka, wymuszając poprawną pracę konkretnych podzespołów. Było coraz lepiej. Po podłączeniu do Internetu bez problemu aktywowałem system i zabrałem się za kolejny problem. Data i godzina systemowa nie zgadzała się z tą, którą widziałem na ekranie swojego smartfona. Po niedługich poszukiwaniach internetowego serwera czasu, znalazłem działający (w moim przypadku jest to: europe.pool.ntp.org) i po synchronizacji mogłem kontynuować pierwszą konfigurację „ikspeka”.

Na starcie użyłem przeglądarki Internet Explorer, żeby pobrać Mozillę Firefox w wersji ESR – czyli z wydłużonym wsparciem m.in. dla tego systemu. Podobno niektórzy tak bardzo boją się, że coś dziwnego zacznie się dziać z komputerem po odpaleniu Internet Explorera, że odpowiednią wersję przeglądarki (np. Google Chrome, Mozilla Firefox, Opera, Vivaldi) mają w pogotowiu na pendrive’ie, żeby nie otwierać puszki Pandory (IE). 
Jakiż był mój smutek, gdy zobaczyłem, że nawet ta przeglądarka już nie jest wspierana na Windowsie XP. Ostatnia wersja wspierana przez ten system to 52.9.0, natomiast najnowsza to już 68.4.1 (działa od Windowsa 7 w górę). No cóż, coś się kończy, coś się zaczyna - jakby powiedział Andrzej Sapkowski. Najważniejsze, że po instalacji można korzystać z dobrodziejstw Internetu. Odwiedziłem parę losowych stron i nie zauważyłem problemów z wyświetlaniem. Nawet YouTube działa, aczkolwiek przy 720p zaczynały się pojawiać mikroprzycięcia, co obniżało komfort oglądanego materiału. Pomimo, że korzystanie z tej przeglądarki nie było uciążliwe, chciałem znaleźć jeszcze taką, która nie została porzucona i ma jakieś wsparcie ze strony producenta. Takich przeglądarek nie zostało już wiele, ale udało mi się znaleźć SeaMonkey (pobrać można stąd). 

Jest to pakiet, w którego skład wchodzą: przeglądarka internetowa, klient poczty, czytnik grup dyskusyjnych oraz edytor stron HTML. Ostatnia aktualizacja miała miejsce we wrześniu ubiegłego roku. Mogło być lepiej, ale nie jest źle. W końcu XP ma już ponad 18 lat na karku i stopniowo traci wsparcie nawet tych najwytrwalszych. 

Z czystej ciekawości sprawdziłem jeszcze inne popularne przeglądarki. W tym wypadku poczułem się, jakbym wchodził do maszyny czasu. Interfejs każdej przeglądarki wyglądał już zgoła inaczej, niż ich aktualnych, współczesnych wersji. Niektóre nie potrafiły już poprawnie wyświetlić strony internetowej. Smutne, ale te cztery przeglądarki (Opera, Firefox, Chrome, Internet Explorer) już od dawna są na ogromnym cmentarzysku programów Windowsa XP, gdzie spoczywają wśród niezliczonych nagrobków.

Będąc wciąż przy temacie przeglądarek, natknąłem się na jeszcze jedną, która z sukcesem zainstalowała się na tym starym systemie. Otóż to Otter Browser, czyli polska przeglądarka. Jeżeli ktoś jest zainteresowany projektem, śmiało może sprawdzić, jak na tle konkurentów radzi sobie to okno na Internet (pobrać można stąd). Ja trzymam kciuki :)

Główny cel został osiągnięty, komputer działał i miał dostęp do Internetu. Staruszek wydawał się spełniony i usatysfakcjonowany. Pozostało zainstalować parę programów, które rozszerzą funkcjonalność urządzenia i umożliwią rozrywkę. Tak, nawet z takiego starego i zapomnianego blaszaka można wykrzesać trochę pozytywnych emocji. Przeglądarka na pokładzie już zagościła, jednak zapomniałem o najważniejszej czynności, jaką powinienem wykonać zaraz po instalacji systemu operacyjnego. Mam na myśli personalizowanie wyglądu. Zmiana tapety powinna mocno odświeżyć wygląd. Voila:

U prawdziwych fanów zmiana tapety z „Idylli” na jakąkolwiek inną jest przestępstwem, ale czym jest życie bez ryzyka? Nowa tapeta zagościła na pulpicie, sama zmiana była wbrew pozorom bezbolesna. W takim razie co na tę chwilę jeszcze było mi potrzebne? Program do odtwarzania filmów. Na szczęście VLC wciąż jest wspierany, nawet na tak starej wersji, jak XP. Naturalnym więc było dla mnie to, że i VLC znajdzie swoje miejsce na dysku.

Jeżeli ktoś chce poczuć chociaż namiastkę bezpieczeństwa na tym systemie, to proponuję program antywirusowy Panda. Jakiś czas temu wnikliwą analizą i opisem zajął się jeden z blogerów – Andrzej Tarnowski. Wysyłam do jego obszernej recenzji. Dlaczego Panda? Ponieważ jest po prostu dobra, a Avast, którego polecałem w poprzednich moich wpisach, utracił już wsparcie na XP (nie cieszy się również zbyt dobrą opinią). Nie oznacza to jednak, że Avasta nie da się już zainstalować. Po prostu program nie dostanie już nowszych wersji (zatrzymał się na 18.8), natomiast baza wirusów wciąż będzie aktualizowana. Panda natomiast wciąż otrzymuje nowe wersje na XP, co sam sprawdziłem. Pandę można pobrać tutaj.

Do podstawowych czynności brakuje mi już tylko pakietu biurowego. W poprzednich wpisach postawiłem na LibreOffice i już wtedy kończyło się wsparcie dla wersji na XP. Tym razem wybrałem Apache OpenOffice. Jest darmowy (rozpowszechniany na zasadach Open Source), wciąż posiada wsparcie na „ikspeku” i ma podobny interfejs do LibreOffice. Apache OpenOffice można pobrać tutaj

Na tą chwilę wykonałem wszystko, co było mi potrzebne na start w tym blaszaku. Pomimo zaawansowanego wieku nic mu nie dolega, a nawet odnoszę wrażenie, że po latach zapomnienia, chęć do działania jest podwójna ;) Ten HP przez kilka lat leżał zapomniany w magazynie, przykryty grubą warstwą kurzu i innych porzuconych przedmiotów. Na szczęście jego dni jeszcze nie zostały policzone. Nie teraz.

Ktoś mógłby zapytać, po co ożywiać takiego trupa? I po co tam ten XP? Na co to komu?Otóż jest to baza pod pewien projekt, ale to już temat na kolejny wpis ;)

Dziękuję za dotarcie do końca!