Drukarka wrogiem piękna i postępu [Opinia]

Drukarki na szczęście przestały być niezbędne do życia i nie są już dziś obowiązkowym elementem domowych zestawów komputerowych. Niemniej, dalsze istnienie punktów wydruku i ksero wskazuje na to, że zbędna produkcja papieru wciąż ma się zbyt dobrze.

Drukarka wrogiem piękna i postępuDrukarka wrogiem piękna i postępu
Źródło zdjęć: © Flickr
Kamil J. Dudek

Kiedy ostatnio wydrukowaliście coś, co ma sens? Ewentualnie, odwrotność tego pytania: kiedy ostatnio przeszliście przez jakiś cyfrowy proces chcąc jednocześnie, by odbywał się papierowo? Krótka retrospekcja pozwoli większości ludzi dojść do zbliżonego wniosku: że niemal wszystkie drukowane dokumenty były zbędne i wynikały z kulawości/wiekowości procedur lub piramidalnej głupoty odbiorcy dokumentu.

Niestety, ten racjonalny argument bywa mieszany z zupełnie innym tematem: ulotnością i brakiem kontroli nad danymi cyfrowymi. W rezultacie dyskusje o cyfryzacji wpadają do tego samego strumienia dyskusji, co np. likwidacja gotówki i już wtedy nie da się rozmawiać o tym, że mimo że drukujemy znacznie mniej, wciąż drukujemy zdecydowanie za dużo.

Po co jeszcze coś drukować?

Co dziś drukujemy? Rzecz jasna wszystko to, czego nie da się złożyć cyfrowo. Więc - niespodzianka - częściej będą to prywatne firmy niż państwowe urzędy. Naturalnie, nie jest to taka jednoznaczna kwestia. Częstym wyjątkiem są na przykład uczelnie. Nie wspominając o tym, że ze względu na podejście urzędników ("takie są przepisy" to żadna wymówka), składane cyfrowo dokumenty często bywają drukowane wewnętrznie. Dokumenty, które trzeba składać papierowo to głównie triada karteczek-rekwizytów z czegoś, co nazywam Zabawą w Dorosłego: "zaświadczenia", "podania" i "umowy". Cóż za ohydne słowa.

Powodów jest kilka, ale są w większości powtarzalne i dobrze znane. Przede wszystkim papierologia uzupełnia braki w systemach niewystarczająco szczegółowych względem procesów, które obsługują. Wdrożenie i obsługa nowego checkboksa to droższa zabawa niż stworzenie nowego, papierowego formularza. Platformy chmurowe umożliwiają tworzenie ekspresowych formularzy, ale wątpliwym jest, na ile mogą być wiążące prawnie - zwłaszcza że są dostarczane przez płatną usługę abonamentową.

Niska żwawość cyfryzacji i wysokie koszty utrzymania są jako problem przenoszone na użytkownika, który od czasu do czasu musi gdzieś udowodnić niebycie wielbłądem poprzez wydrukowanie i podpisanie jakiegoś Bardzo Ważnego Papierka. Jak ważnego? Pandemia 2020 udowodniła nam już chyba, jak wiele z tych papierków miało rzeczywistą wartość.

Względnie potrzebne papiery

Umowy i rachunki to trudniejsza kwestia. Konieczność ich drukowania i podpisywania wynika z tego, że w Polsce nie przyjęła się koncepcja podpisu cyfrowego, który teoretycznie jest tak samo ważny jak podpis tradycyjny, od ponad ćwierćwiecza. Sytuacji nie pomógł nawet fakt, że mObywatel dostarcza do celów osobistych kwalifikowany podpis cyfrowy. I w ten sposób, ze względu na to że przez podpis cyfrowy rozumie się w Polsce stopkę w mailu z napisem "Pozdrawiam, Jadwiga" musimy często drukować i wysyłać papierowe umowy kurierem.

Wyżyny antywzorców to rzecz jasna sytuacja, w której papierowa umowa jest drukowana, podpisywana długopisem, skanowana i odsyłana jako dwudziestupięciomegabajtowy zestaw plików PNG. Wszystko dlatego, że nie istnieje łątwo dostępna infrastruktura uniwersalnego składania i podpisywania dokumentów, a jedynie jej fragmenty tu i tam.

Kopie zapasowe? Jeszcze czego!

Wracając jeszcze na chwilę do kontrargumentów. Często przytaczaną odpowiedzią na uparte starania o ucyfrowienie dokumentów jest "wystarczy awaria dysku i wszystko znika". Jest to postać szczegółowa uogólnionego argumentu, którym jest "rzeczy błędnie przechowywane mogą się popsuć". Tak, to istotnie prawda. Najwyraźniej nietrzymanie papierów w wilgotnej stodole i łatwopalnych szafach w garażu bez instalacji gaśniczej jest jeszcze akceptowalne i w porządku.

Ale sugerowanie, że poprawnie prowadzone kopie zapasowe, fizyczna redundancja i dywersyfikacja punktów przechowywania są niezbędne do poprawnego funkcjonowania cyfrowych dokumentów, to już przesada, science-fiction, Matrix, Terminator i zbyt zuchwałe marzenia dla niepiśmiennego chłopstwa, znanego też pod nazwą "obywatele".

Przekonanie, że przechowywanie ton papierów jest łatwe i bezpieczniejsze niż przechowywanie danych cyfrowych wynika z głębokiej nieznajomości poprawnego zarządzania danymi i bardzo nisko postawionej poprzeczki w kwestii oczekiwanego zaawansowania infrastruktury. W takich chwilach cieszy fakt, że oczyszczalnie ścieków zostały już zbudowane wcześniej, a nie dziś, bo przy takiej mentalności mogłyby w głowach niektórych uchodzić za nadmiar zachodu (tego pisanego zarówno małą, jak i wielką literą). Zdumiewa fakt, że takie poglądy wyznają także ludzie wykształceni.

"Inni mają gorzej!"

Istotnym wydaje się także odeprzeć argument, że reszta świata wcale nie jest lepiej zinformatyzowana. Choć prawdą jest, że poziom informatyzacji (i bezpieczeństwa takowej) np. we Francji w Niemczech przyprawa o koszmary, to mało mnie interesuje, że somsiad ma gorzej. Wiem, jak niewiele należałoby się wysilić, by naszą regionalną sytuację poprawić o rząd wielkości. Problemem nie są pieniądze. Nie są nim nawet, mimo partyjnego klucza w ośrodkach decyzyjnych, kompetencje. Ograniczenia znajdują się tam, gdzie uczą trenerzy rozwoju osobistego i szkoleniowcy oszustów z infolinii: w głowie.

Wybrane dla Ciebie
MOŻE JESZCZE JEDEN ARTYKUŁ? ZOBACZ CO POLECAMY