sprzet (strona 320 z 338)

AMD pokazuje nowe Radeony, dzięki technologii Mantle zdominuje rynek gier AAA?

AMD pokazuje nowe Radeony, dzięki technologii Mantle zdominuje rynek gier AAA?

Trzeba się będzie przyzwyczaić do kolejnego sposobu oznaczaniaRadeonów. AMD zapowiedziało wydanie całej linii nowych procesorówgraficznych, w skład której wchodzą rodziny R5, R7 i R9, przeznaczoneodpowiednio dla normalnych użytkowników, użytkowników wymagających,oraz wymagających graczy. Nowym flagowcem flotylli Radeonów jestteraz układ R9 290X: sześć miliardów tranzystorów, przepustowośćpamięci na poziomie 300 GB/s i oczywiście obsługa rozdzielczości 4K.AMD swoje nowe czipy określa jako całkiem nowe(„all new”), ale to tylko marketing. Z tego co widać, doczynienia mamy z ulepszoną wersją architektury GraphicsCore Next, wprowadzone do niej zmiany jednak nie mogą być zbyt duże,gdyż w materiałachprasowych na próżno szukać określeń w rodzaju GCN 2.0.Nowe GPU wyglądają po prostu na bardziej oszczędne energetyczniewersje czipów, które zadebiutowały dwa lata temu, w czym oczywiścienie ma nic złego – GCN okazał się bardzo solidną architekturą.[img=radeon]Rdzenie to jednak nie wszystko.Wraz z premierą Radeonów R7 i R9 AMD zapowiedziało kolejny etapswojej strategii ujednolicania platform dla gier, w której jego GPU iAPU zasilają zarówno PC, konsole jak i chmury serwujące gry. Terazcztery filary tej strategii – konsola, chmura, treśći klient – zostanąpołączone dzięki wprowadzeniu czegoś o nazwie Mantle. Jest tonajwyraźniej API wraz z zestawem narzędzi deweloperskich, któryumożliwić ma twórcom gier optymalizację swoich tytułów pod kątemarchitektury GCN, bez względu na to, czy działać one mają na PC, czyna konsolach nowej generacji. Według firmy zapewni to taki poziomsprzętowej optymalizacji, jakiemu nie będzie mógł dorównać żaden innyproducent układów graficznych, a pierwszym tytułem, który towykorzysta, ma być Battlefield 4.Nowe Radeony przynoszą teżtechnologię AMD TrueAudio, ciekawe zapowiadający się programowalnypotok dźwiękowy, który zapewnić ma producentom gier możliwośćtworzenia niezwykłych efektów dźwiękowych. Ich realizm porównywalnyma być z realizmem efektów graficznych, jaki przyniosły programowalnepotoki grafiki. TrueAudio przyniesie m.in. symulację mechanizmówsłyszenia dźwięków w świecie rzeczywistym, bogaty zestaw efektówdźwiękowych i oszałamiający dźwiękprzestrzenny. Programowalny potok audio wykorzystywać jako pierwszemają takie gry jak THIEF i Lichdom. Niestety wygląda jednak na to, żetechnologia ta, utworzona we współpracy z firmą GenAudio, pojawi sięjedynie w procesorach z rodziny R9.[img=mantle]Sugerowane ceny kart z nowymiprocesorami wydają się całkiem rozsądne. Najtańsze karty z układamiR5 i 1 GB RAM mają być dostępne od 89 dolarów, karty z R7 260X i 2 GBRAM sprzedawane mają być już od 139 dolarów, R9 270X (2 GB RAM) i R9280X (3 GB RAM) odpowiednio od 199 i 299 dolarów. Ceny flagowca R9290X nie ujawniono.Wygląda coraz bardziej na to, żetę rundę AMD wygrało. Pozyskując na rynku konsol zarówno Sony jak i Microsoft,zagwarantowało sobie, że jego Graphics Core Next będzienajważniejszym celem optymalizacji dla wszystkich twórców gier.Dostarczenie deweloperom zestawu narzędzi, pozwalających narozmawianie ze sprzętem znacznie skuteczniej, niż przez OpenGL czyDirectX, powinno sprawić, że rasowi gracze ze świata PC chętniejwybiorą drużynę „czerwoną” niż „zieloną”, czytym bardziej „niebieską”. Nvidii i Intelowi zostaniewalka o rynek mobilny, w którym dominuje OpenGL ES, ale tytuły AAA,tworzone przede wszystkim z myślą o konsolach, pokażą pełnię swoichmożliwości tylko w wersjach na Mantle, które uruchomimy tylko naRadeonach z Graphics Core Next.

Badacze z UCLA stworzyli rozciągliwe i elastyczne OLED-y

Co prawda wciąż nie mamy latających aut ani uniwersalnych domowychrobotów, ale inna z ważnych z technologii znanych z filmowych wizjiprzyszłości przestała być tylko fantazją. Inżynierom z UCLA's HenrySamueli School of Engineering and Applied Science udało się zbudowaćorganiczne diody elektroluminescencyjne (OLED), które można swobodniezginać i rozciągać.Elastyczne ekrany to marzenie wielu producentów, szczególnie narynku urządzeń mobilnych – jednak ich zbudowanie wciążpozostaje poza możliwościami technicznymi. Co prawda Samsung właśniezapowiedział na czwarty kwartał tego roku wydanie na ryneksmartfonów o nieco zakrzywionych ekranach,ale nie radzimy ich bardziej wyginać – Park Sang-jin, dyrektorzarządzający Samsunga przyznał, że chodzi tu o pokazanie urządzeń ounikalnym kształcie, zakrzywione panele nie będą elastyczne. Podobneobietniceod LG też raczej nie wyjdą poza to, co pokaże Samsung. [img=stretch]Tymczasem Qibing Pei, profesor zkatedry materiałoznawstwa i inżynierii w UCLA stwierdził: nasznowy materiał będzie fundamentalnym budulcem w pełni rozciągalnejelektroniki na rynek konsumencki. Jesteśmy przekonani, że wraz zestworzeniem rozciągliwych, cienkich warstw tranzystorów, w bliskiejprzyszłości zaprezentujemy w pełni rozciągliwe interaktywnewyświetlacze OLED o grubości kartki papieru. To zapewni projektantomurządzeń elektronicznych możliwość eksplorowania zupełnie nowegowymiaru.Celu tego badacze z UCLA sąnaprawdę bliscy. Zbudowane przez nich OLED-owe urządzenie rozciąganotysiąc razy, zwiększając jego powierzchnię nawet o 30% względemoryginału, bez widocznych uszkodzeń. Próbowano je także wykręcać wwielu kierunkach, a nawet przekręcać o 180 stopni – i wciążpoprawnie działało.Jest to możliwe dzięki budowiewykorzystanego materiału: warstwa elektroluminescencyjnego polimeruumieszczona jest pomiędzy parą przezroczystych, elastycznychkompozytowych elektrod, wytworzonych ze srebrnych nanowłókienwtopionych w gumowy polimer. Wszystkie warstwy można dowolnie zginać,a całość działa w pokojowej temperaturze. Co więcej, odpowiednieukształtowanie nanowłókien pozwala na nadanie nowemu materiałowistruktury kolumn i rzędów, dzięki czemu przestaje być on pojedynczymźródłem światła, a staje się macierzą tysięcy pikseli. Szczegółowe informacje o nowymmateriale znalazły się w artykulept. Elastomeric polymer light-emitting devices anddisplays, opublikowanym wnajnowszym numerze żurnalu Nature Photonics. UCLA przedstawiło takżewideo demonstrujące to cudo w działaniu – zapraszamy do jegoobejrzenia:[yt=http://www.youtube.com/watch?v=le9xBMwDoWo]
Tanie, kolorowe tablety hudl z Tesco: cyfrowa rewolucja dla każdego?

Tanie, kolorowe tablety hudl z Tesco: cyfrowa rewolucja dla każdego?

Rewolucja cyfrowa powinna być dla wszystkich, a nie dlaniewielu – pod takim hasłem dobrze u nas znana brytyjskasieć handlowa Tesco zaoferuje swoim klientom siedmiocalowy tablet odość dziwnej nazwie hudl.Pomimo całkiem atrakcyjnych parametrów, urządzenie jest naprawdętanie: członkowie programu lojalnościowego Tesco będą mogli kupić jejuż za 60 funtów (ok. 300 zł), pozostałym przyjdzie wyciągnąć zkieszeni 119 funtów (ok. 600 zł). To wciąż niezła cena, szczególnieże w Wielkiej Brytanii google'owy Nexus 7 kosztuje ok. 200 funtów.Pod względem sprzętowym tablet z Tesco nie musi mieć kompleksów.Ekran o rozdzielczości 1440x900 pikseli, czterordzeniowy procesor ARMtaktowany 1,5 GHz (niestety nieujawniono, kto jest jego producentem),dwupasmowa antena Wi-Fi, 16 GB pamięci masowej flash, czytnik kartmicroSD, Bluetooth 4.0, złącze microHDMI, stereofoniczne głośniki ibateria, która zapewnić ma nawet 9 godzin pracy przy normalnymużytkowaniu. To wszystko działaćma pod kontrolą Androida 4.2.2, z preinstalowanymi aplikacjami Tesco– aplikacją sklepową Tesco Direct oraz usługą wideo Blinkbox.Co najważniejsze, będzie to pełnowymiarowy standardowy Android, znormalnym tabletowym interfejsem użytkownika, a nie tak jak np. wwypadku tabletu Amazon Kindle Fire, specjalnym front-endemproducenta.[img=hudl-opener]Na tle podobnie wycenionychchińskich bezmarkowych tabletów hudl wyróżniać się ma solidnościąwykonania, zestawem specjalnie przygotowanych dla niego akcesoriów(np. etui i słuchawek) oraz, co chyba najciekawsze, dostępnościąkilku wersji kolorystycznych. Tesco chce jednocześnie zaoferowaćswoje tablety w kolorach czarnym, niebieskim, fioletowym i czerwonym.To powinno wyróżnić je wśród innych urządzeń podobnej klasy, którychdziś już trochę znaleźć można na półkach Tesco. W tablecie zwraca uwagę, że nazwa„Tesco” jest jedynie dyskretnie umieszczona na tylnympanelu tabletu, eksponowana za to jest nazwa „hudl”.Najwyraźniej uznano, że skojarzenia z marką Tesco nie ułatwiąkonkurowania z urządzeniami Apple'a czy Samsunga. Sieć chce za topromować swoje urządzenie jako adresowane do rodzin, pozwalające nauzyskanie w tani sposób dostępu do Sieci.Brytyjczycy będą mogli kupićhudla od 30 września. Nie wiadomo jeszcze, kiedy hudl trafi dosprzedaży w innych krajach poza Wielką Brytanią. Póki co pozostajenam pooglądać jego kolorowe zdjęcia:[img=hudl][join][img=the_hudl][img=hudl_colours_1][join][img=hudl_red_1]

Prototypowe kontrolery USB 3.1 osiągają już 900 MB/s, a to dopiero początek prac

W sierpniu tego roku stowarzyszenie branżowe USB Promoter Groupzatwierdziłokolejną wersję standardu USB. Otrzymała ona nazwę prozaiczną, wporównaniu do wcześniej promowanych, jak np. USB SuperSpeed 10,a mianowicie USB 3.1. Dwukrotne zwiększenie maksymalnej szybkościprzesyłu danych oraz nowe profile zasilania, dopuszczające w teoriipodłączanie nawet stuwatowych odbiorników wzbudziły sporezainteresowanie zarówno mediów, jak i potencjalnych użytkowników, zktórych wielu dopiero co kupiło swoje pierwsze urządzenia z USB 3.0.Analitycy z grupy MRG sugerowali nawet, że nowe USB to poważnykłopot dla Intela, próbującego wypromować swoje złączeThunderbolt także poza niszą komputerów Apple. Czy jednak wyśrubowanąspecyfikację nowej wersji USB uda się wprowadzić w życie?Na pewno USB 3.1 to już coświęcej, niż tylko specyfikacja. Redaktorzy The Register poinformowalio swoich testach eksperymentalnego kontrolera zgodnego z USB 3.1,zbudowanego na płytce FPGA Fresco Logic. Kontroler dostarczył JeffRavencraf, szef USB Implementers Group Forum, podłączając go nie dozwykłej pamięci masowej… ale do pamięci DDR. Wyjaśnił, żeobecne dyski SSD nie są wystarczająco szybkie, by sprostać wymogomtestów.[img=usbs]Pomiary przeprowadzono za pomocąbenchmarka ATTODisk Benchmark. I faktycznie, udało się podwoić wynik USB 3.0,osiągając przepustowość przy operacjach na dużych plikach na poziomie900 MB/s. Ravencraft stwierdził, że obecnie najlepsze urządzenia USB3.0 osiągają 450 MB/s – a finalne, produkcyjne wersjekontrolerów USB 3.1 powinny osiągnąć nawet 1,2 GB/s. Z takąszybkością możliwe staje się przesyłanie po łączu USBnieskompresowanego wideo 4K.Użytkownicy, którzy nabyli jużkomputer ze złączem USB 3.0, nie powinni jednak specjalnie narzekać.Tak zaawansowane kontrolery pojawić się mają na rynku na świętaBożego Narodzenia, ale w 2014 roku. Tymczasem już teraz na rynku jestponad 1000 modeli urządzeń, które uzyskały certyfikat współpracy zUSB 3.0. Wspomniana MRG Group ocenia, że do 2016 roku sprzedanychzostanie ponad 2,2 mld sztuk urządzeń działających z USB 3.0.Złe to wieści dla Thunderbolta,który swoim wysokim kosztem skutecznie odstrasza producentów PC –dodanie go do laptopa to wydatek przynajmniej 10 dolarów, podczas gdyUSB 3.0 dostać można w praktyce od 2012 roku za darmo, jako częśćczipsetów Intela. Do tego dochodzą niezwykłe wręcz ceny kabli:dwumetrowy kabel Thunderbolt na Allegro kosztuje 160 zł, a za 10metrów optycznego Thunderbolta zapłacić trzeba przynajmniej 7 tysięcyzłotych. W tej sytuacji trudno wyobrazić sobie użytkownika, którywybierając między zewnętrznymi napędami dyskowymi, sięgnąłby poobudowę ze złączem Thunderbolt, a nie USB 3.0.Na cenie nie kończą się jednakprzewagi USB. Co powiecie na USB bez kabli? Ravencraft wspomniał też oprojekcie MediaAgnostic USB, mającymi umożliwić komunikację między urządzeniamibezprzewodowymi po protokole USB 2.0, 3.0 i 3.1, z wykorzystaniemtechnologii WiGig, WiMedia, zwykłym Wi-Fi, a nawet po kabluethernetowym. Pierwsze kontrolery obsługujące MA USB mają pojawić sięna rynku jeszcze w tym roku.
Tegra Note od Nvidii wyznacza nowy standard dla małych tabletów

Tegra Note od Nvidii wyznacza nowy standard dla małych tabletów

Przenośna konsola Nvidia Shield wielkiego szału wśród graczy niezrobiła – nawet wydajny procesor Tegra4 z czterema rdzeniami Cortex A-15 i 72-rdzeniowym GPU (nawetsześć razy szybszym niż GPU w Tegra 3), nie zmieniał faktu, że to poprostu urządzenie z Androidem, a co za tym idzie, grami odbiegającymijakością od tego, co oferują na swoim przenośnych konsolkach Sony iNintendo. Rynek tabletów nie stawia jednak takich wymagań, może więcTegra 4 tam zdoła odnieść rynkowy sukces? Tegra Note, nowy 7-calowytablet Nvidii, który będzie sprzedawany nie przez samego producentaprocesorów, lecz jego partnerów od kart graficznych, ma tu sporeszanse, szczególnie że jego cena ma wynosić ok. 200 dolarów.Oprócz wspomnianego układu SoC Tegra 4, w nowym tablecie od Nvidiiznaleźć można 7-calowy ekran IPS o rozdzielczości 1280x800 pikseli,16 GB pamięci flash, slot na karty microSDHC, złącze microHDMI, tylnąkamerę o rozdzielczości 5 Mpix, przednią kamerkę VGA dowideokonferencji. Tablet ma także świetną baterię, pozwalającą naponad 10 godzin odtwarzania wideo HD, oraz głośniki dalekoodbiegające od tego, do czego przyzwyczaiły nas urządzenia mobilne:zastosowany w nich system bass-reflex pozwala na uzyskanie znaczniewiększej sprawności dla niższych częstotliwości dźwięku i zmniejszyćnieliniowe zniekształcenia, trapiące głośniki w zamkniętychobudowach. Graficy ucieszą się z obsługi piórka Nvidia DirectStylus zfunkcjami pędzla i dłuta.Nvidia chwali się też możliwościami obróbki wideo w czasierzeczywistym na swoim tablecie. Połączenie mocy Tegra 4 iarchitektury fotografii obliczeniowej Chimera pozwolić ma nadodawanie do wideo z kamery efektów na żywo, automatyczne śledzenieobiektów czy nagrywanie wideo z częstotliwością 100 ramek na sekundę,co pozwolić ma na tworzenie realistycznych efektów slow motion.Wśród preinstalowanych aplikacji znaleźć się też ma znana z iOS-aSmugMug Camera Awesome, uznawana przez wielu za najlepszą mobilnąaplikację do robienia zdjęć.[img=NVIDIATegraNote_front][join][img=NVIDIATegraNote_back]Jeśli ktoś szuka niedużego tabletu do gier, to Tegra Note możeokazać się lepsza niż iPad mini. Oprócz standardowego zestawu tytułówz Google Play, będzie też miał dostęp do kilkudziesięciu tytułówzoptymalizowanych dla konsolki Shield. Nie wiadomo niestety, czy taksamo jak Shield konsolka pozwoli na strumieniowanie gier z Windows PCdziałających z kartami GTX 650 i mocniejszymi. Wiadomo za to, żetablet będzie kompatybilny z wieloma bluetoothowymi padami dlastacjonarnych konsol.Warto pamiętać, że Tegra Note jest urządzeniem referencyjnym –swoje tablety bazujące na nim mają w przyszłych miesiącach wydaćm.in. firmy takie jak EVGA, PNY Technologies, Oysters i Zotac, amożliwe też, że zrobią to też HP, Asus i Toshiba. Urządzenia te mogąróżnić się nieco od wzorca Nvidii, przynosząc np. wbudowaneodbiorniki GPS czy modemy 3G. Będą zapewne droższe – ale bazowacena jest niezła, niższa od Nexusa 7, a sprzęt wydaje się znacznieciekawszy, niż to, co oferuje pod swoją marką Google.

Chmura Adobe ma już milion użytkowników, firma bierze się teraz za sprzęt dla grafików

Po raz pierwszy od rozpoczęcia swojej działalności, Adobe Systemszajmie się sprzętem komputerowym. Chwaląc się pozyskaniem pierwszegomiliona abonentów chmury Adobe Creative Cloud, firma poinformowałateż o zamiarze wprowadzenia na rynek podłączonego do chmury pióraoraz cyfrowej linijki już w pierwszej połowie 2014 r.Wieści o pracach nad tymi urządzeniami pojawiły się już wcześniej,podczas konferencji AdobeMAX 2013, wtedy jednak przedstawiano je jeszcze jako eksperymentyna drodze do analogowej przyszłości.Teraz Adobe ujawniło, że zarówno „Project Mighty”, czyliinteligentne piórko do rysowania, jak i „Project Napoleon”,towarzysząca mu linijka, zostały już zbudowane przez firmę Adonit,znaną z produkcji rozmaitych gadżetów do urządzeń mobilnych.[img=adobehardware]Zarówno pióro jak i linijka mająwspółdziałać z iPadem, a pełnię swoich możliwości pokazywać popodłączeniu do Adobe Creative Cloud. Pióro pozwala na rysowanie liniio grubości zależnej od siły nacisku, a także wykonywanie innychoperacji graficznych, wybieranych z palety narzędzi wyświetlanej ponaciśnięciu przycisku u jego podstawy, zaś linijka po umieszczeniu naekranie wywołuje prowadnice, pozwalające na precyzyjne rysowanielinii prostych. Oba urządzenia łączą się z tabletem Apple'a przezBluetooth. Urządzeniom będą towarzyszyły nowe aplikacje, ProjectParallel i Project Contour, przypominające narzędzie Kuler dokomponowania palet, ale służące do budowania bibliotek kształtów.[img=adobe-mighty][join][img=adobe-napoleon]Co skłoniło jedną znajważniejszych software'owych firm na świecie do zajęcia sięsprzętem? Michael Gough, wiceprezes doświadczenia projektowania wAdobe, wyjaśnia, że zmienili się sami klienci firmy. Ci korzystającyz Photoshopa i Illustratora profesjonaliści nagle stali się mobilni,nastawieni na tworzenie we współpracy z innymi, na wykorzystaniesetek różnych narzędzi – i Adobe dopasowało się do nich.Pojawiła się też druga grupaklientów, określana jako pokolenie Instagramu. Sąto ludzie, którzy dzięki cyfrowym narzędziom i cyfrowymdoświadczeniom odkrywają, że są kreatywni. Adobe musitworzyć usługi i narzędzia, które pozwolą ludziom tym nawiązaćkontakt ze swoją kreatywnością –wyjaśnił Gough.Nie ma jednak co liczyć na to, żegadżety od Adobe będą tanie – na początku firma chce sięskoncentrować na profesjonalistach, a ceny mają to odzwierciedlać.Dlatego też takie kwestie jak np. wsparcie dla Androida czy Windowszostały zepchnięte na dalszy plan (najwyraźniej w świecie Adobeprofesjonaliści to użytkownicy sprzętu Apple).Adobe Systems poinformowało też,że jest bardzo zadowolone z zakończenia sprzedaży „pudełkowych”aplikacji i przejścia na model subskrypcji oprogramowania i usług.Model ten pozwala nam dopasować się do wymagańwspółczesności znacznie lepiej, niż byłby kiedykolwiek w staniezrobić to stary model –stwierdził Scott Morris, dyrektor marketingu Adobe. Podkreślił przytym, że dzięki zmianom tym produkty Adobe stały się atrakcyjniejszenie tylko dla projektantów, ale także dla deweloperów, sięgających podostępny za darmo w chmurze Adobe pakiet narzędzi Edge. Przekłada sięto na liczbę subskrybentów – w ciągu ostatnich trzech miesięcy,abonament w Creative Cloud wykupić miało ponad trzysta tysięcy osób.

Sprzętowy trojan w generatorze liczb losowych Intela: takiego ataku nie da się wykryć?

W toku dyskusji nad konsekwencjami ujawnienia przez EdwardaSnowdena praktyk inwigilacyjnych NSA pojawiły się głosy, że wszelkienadzieje na uzyskanie pełnego bezpieczeństwa i poufności komunikacjisą płonne, gdyż nie mamy możliwości zbudowania w pełni zaufanychsystemów. Nawet jeśli sami sobie kompilujemy zaufane oprogramowanieze źródeł, to nie możemy być pewni tego, czy akurat nasz kompilatornie dołączy czegoś ciekawego do zbudowanego pliku wynikowego. Nawetjeśli ze źródeł zbudujemy cały system (w stylu Linux-from-scratch),to nie możemy mieć pewności, że sprzęt na którym pracujemy nie mawbudowanych furtek, nawet w samym mikroprocesorze. Już przecież odczasów Pentium Pro Intel jest w stanie modyfikować mikrokod swoichczipów. Co zawierają łatki Chipzilli, których od 2000 roku wydano już29, tego nie wie nikt poza Intelem i Microsoftem – format łateknigdy nie został udokumentowany, a sam kod jestzaszyfrowany. Załóżmy jednak, że decydenci w Intelu czy Microsofcie nigdy nieulegli presji ze strony NSA, projektując swój sprzęt i oprogramowanietak, by nie było w nich żadnego zła. Czy jest możliwe, by agenciNarodowej Agencji Bezpieczeństwa, czy też inni zainteresowaniglobalną inwigilacją za pomocą komputerów, uzyskali dostęp do liniiprodukcyjnych sprzętu? Niestety tak – podczas zeszłorocznejkonferencji Black Hat badacz Jonathan Brossard zademonstrowałsprzętowegobackdoora o nazwie Rakshasa, który działał na 230 intelowychpłytach głównych, umożliwiał obejście szyfrowania dysków i był wstanie zainfekować BIOS płyty głównej zarówno z włożonego do portupendrive'a, jak i np. kopiując się z firmware'u karty sieciowej czyinnego urządzenia podłączonego do komputera. Brossard nie udostępniłnigdy kodu Rakhasy, ale stwierdził, że jest pewien, że rozmaiteagencje wywiadowcze na całym świecie dysponują podobnymi narzędziami.[img=kostki]Wywołało to falę niepokoju na całym świecie – co jeśli tonp. Chiny, w których produkowana jest większość sprzętuelektronicznego, umieszcza takie backdoory w sprzęcie zaprojektowanymprzez amerykańskie firmy? Wykrycie takiej ingerencji, choćczasochłonne, nie powinno być niemożliwe. W ostateczności, nawetgdyby doszło do modyfikacji sprzętowych na poziomie pojedynczychbramek, producent mógłby przeprowadzić mikroskopową analizę czipów,by ustalić, czy nie wprowadzono do nich zmian osłabiającychbezpieczeństwo. Niestety są możliwe takie ingerencje w sprzęt, których nikt niewykryje, nawet jeśli będzie oglądał cały mikroprocesor podmikroskopem elektronowym. Dowiedli tego Georg Becker, FrancescoRegazzoni, Christof Paar i Wayne Burleson z University ofMassachusetts, opracowując taką niewykrywalną metodę popsuciamechanizmów kryptograficznych CPU – a konkretniekryptograficznie zabezpieczonego sprzętowegogeneratora liczb losowych, stosowanego w procesorach Intela zrodziny Ivy Bridge. Generuje on losowe liczby 128-bitowe, a jegobezpieczeństwo zostało potwierdzone niezależnymi audytami icertyfikatami zgodności z różnymi normami. Badacze postawili sobie za cel obniżenie bezpieczeństwagenerowanej losowej liczby ze 128 bitów do n bitów, gdzie nmogłoby być dowolnie wybierane.Chcieli też, by zmodyfikowany generator przechodził swój wbudowanytest poprawności, zaś wygenerowane przez niego liczby przechodziłytesty dla serii liczb losowych przygotowane przez matematyków NIST.Praktyka wprowadzania określonych nieczystości do siecikrystalicznej jest, jak wyjaśniają badacze, często wykorzystywanaprzez producentów układów półprzewodnikowych do tworzeniatranzystorów o określonych właściwościach. Tutaj generator popsutowłaśnie takim atakiem „chemicznym”, modyfikując składdomieszek w jego tranzystorach. Nie zmieniono przy tym żadnychwartości logicznych na bramkach – po prostu jeden z elementów,który wcześniej przybierał zmienne wartości, po modyfikacjiprzybierał jedynie stałą wartość. W efekcie atak przeciwkogeneratorowi liczb losowych (czyli szansa zgadnięcia 128-bitowejliczby), zamiast mieć prawdopodobieństwo sukcesu na poziomie 1/2^128, miał prawdopodobieństwo sukcesu na poziomie 1/2 ^ n,gdzie n to liczba zmodyfikowanych bitów. Dla osoby przeprowadzającej analizę układu nic tymczasem niebędzie wyglądało na podejrzane – jako że nie zna on stałychwartości wprowadzonych przez napastnika, liczba uzyskana z generatorawygląda dla niego na losową i poprawną (wykorzystywany w jejgenerowaniu algorytm AES daje wyniki o bardzo dobrych własnościachlosowości, nawet jeśli na wejściu zmienionych zostało tylko kilkabitów – piszą badacze). Modyfikacji takich nie wykryje teżwewnętrzny test układu BIST (pisany przecież z myślą o wykrywaniukryptograficzych manipulacji, jak również błędów produkcyjnych ibłędów wynikających ze starzenia się układu), gdyż można go oszukaćprzez modyfikację sum kontrolnych, nie wykaże go też żadna analizaoptyczna, tym bardziej że modyfikacje wprowadzono tylko w kilkubramkach.Na razie zabezpieczeń przed tak spreparowanymi czipami po prostunie ma. Jednostka kryptograficzna jest w imię bezpieczeństwaizolowana od reszty sprzętu, przez co tworzenie dla niej bardziejzłożonych testów zabezpieczających, wykorzystujących inne elementyprocesora, jest praktycznie niemożliwe.Zapewne badacze z University of Massachusetts nie są pierwszymi,którym udało się taki atak przeprowadzić. Jeśli tak jest, to może towyjaśniać, dlaczego ostatnio w rosyjskich instytucjach rządowychzaczęto wracać do elektrycznych maszyn do pisania.Szczegółowy opis takiego ataku znajdziecie w artykule pt. StealthyDopant-Level Hardware Trojans, dostępnym tutaj.

Niemiecki urzędnik ostrzega przed czytnikiem linii papilarnych w iPhone 5S

Trudno określić iPhone'a 5S jako urządzenie przełomowe – alejedna z wprowadzonych w nim innowacji przykuła uwagę tak ekspertówjak i szeregowych użytkowników. Nigdy dotąd w produkowanym na takąskalę sprzęcie nie stosowano czytników biometrycznych. Jednak wświetle rewelacji ujawnionych przez Edwarda Snowdena, zgodnie zktórymi najpopularniejsze smartfony, a szczególnie sprzęt Apple'a,stały otworem dla agentów NSA (a jeśli dla nich, to dla kogojeszcze?), umieszczanie biometrycznych czyniktów w tego typuurządzeniach wygląda na kiepski pomysł. O ile bowiem zmianawykradzionego hasła czy klucza kryptograficznego problemem nie jest,to biologiczne cechy ciała zmienić znacznie trudniej, linie papilarnepozostają z nami zwykle na całe życie. Dlatego właśnie Johann Caspar,inspektor ochrony danych osobowych miasta-kraju Hamburg, zdecydowałsię wydać oficjalne ostrzeżenie przed korzystaniem z nowego telefonuApple'a.Zastosowany w iPhone 5S system biometryczny korzysta z czytnikazbudowanego z wykorzystaniem technologii uzyskanych przez Apple poprzejęciu firmy Authentec. Wykorzystywać ma on radiowy skaner doodczytania układu bruzd linii papilarnych z głębszych warstw skóry,chroniąc dzięki temu przez nieuprawnionym dostępem z wykorzystaniemnp. żelowych replik palca. Apple zapewnia też, że w telefonie nie sąprzechowywane obrazy linii papilarnych,lecz jedynie zaszyfrowane dane o odcisku– prawdopodobniechodzi tu o kryptograficzny skrót do zbioru danych, będącegoreprezentacją odcisku palca. Co więcej, dane te dostępne są tylko dlamechanizmu odblokowywania telefonu oraz jako metoda potwierdzeniazakupów w iTunes, aplikacje z AppStore nie mogą z nich korzystać. Tezapewnienia nie przekonują jednak wszystkich.[img=fingerprint]W wywiadzieudzielonym magazynowi Der Spiegel hamburski inspektor ochrony danychosobowych przypomina, że życie jest długie, a zmiana cechbiometrycznych praktycznie niemożliwa – więc odciski palców niepowinny być przez nas wykorzystywane jako codzienna metodauwierzytelniania, szczególnie jeśli przechowywane są w pliku.Deklaracje, że dane wykorzystywane przez mechanizm Fingerprint ID sąprzechowywane tylko lokalnie, w pamięci telefonu, nie uspokajająCaspara. Zauważa on bowiem, że zwykły użytkownik nie ma żadnychmożliwości kontrolowania tego, co robią aplikacje w jego telefonie,do jakich danych mają one dostęp i gdzie je przekazują. Poleganie nazapewnieniach Apple, w sytuacji gdy niezależne, a zaufane organizacje(np. Electronic Frontier Foundation) nie mają możliwościprzeprowadzenia jakiegokolwiek audytu kodu iOS-a, nie jest rozważne zperspektywy bezpieczeństwa i ochrony prywatności. Czy ostrzeżenia te są przejawem urzędniczej paranoi? W przeddzieńpremiery nowego iPhone'a na temat biometrii wypowiedziałsię słynny Bruce Schneier, uznając, że dla urządzenia mobilnegouwierzytelnianie przez czytnik linii papilarnych jest dobrymkompromisem pomiędzy bezpieczeństwem i wygodą użytkowania. Oczywiście– czytniki takie mogą być zhakowane, mają wiele znanychsłabości, ale jeśli wykorzystać je tylko do oprogramowaniadziałającego lokalnie, nie powinny stanowić zagrożenia. Z drugiej stronytrzeba pamiętać, że to co producenci sprzętu mówią jednego dnia,niekoniecznie musi być dla nich wiążące dnia następnego. PrzykładowoAndroid do wersji 2.3 systemu przechowywał hasła do sieci Wi-Fi tylkolokalnie. Jednak wraz z wersją 2.3 użytkownicy otrzymali domyślniewłączony mechanizm kopiowania danych tych do chmury Google, tak żenagle Mountain View uzyskało największą na świecie bazę haseł siecibezprzewodowych. Oczywiście podobna operacja byłaby znacznietrudniejsza w wypadku czytnika Apple (tych danych, zapisanych wzabezpieczonym obszarze pamięci procesora A7, nie można odczytać,możliwe jest jedynie zapisanie obszaru oraz uzyskanie potwierdzenia,że dane są zgodne). Czy jednak jakaś kolejna aktualizacja iOS-a niepozwoli na przechowywanie skrótów danych odczytanych przez skaner nietylko w chronionym obszarze pamięci, ale i w innych miejscach,dostępnych dla innych aplikacji? Tego nikt zagwarantować nie może.

Napędy SSD: nie tylko wydajniejsze, ale i bardziej niezawodne od dysków twardych?

Większość użytkowników napędów SSD chwali sobie ich zakup,nierzadko określając wydane na nich niemałe przecież pieniądze jakonajlepszą inwestycję w zwiększenie wydajności komputera, jaką moglipoczynić. Gdy jednak w tym tygodniu Linus Torvalds poinformował,że w wyniku awarii napędu SSD stracił całą swoją pracę nad wersją3.12 jądra Linuksa, wywołało to liczne debaty w Sieci, czy SSD sąfaktycznie lepszym rozwiązaniem dla zawodowo pracujących nakomputerach osób. Nikt nie spodziewał się oczywiście, że jakakolwiekforma pamięci masowej będzie niezawodna – ale odzyskanie danychz uszkodzonego SSD jest znacznie trudniejsze, niż z uszkodzonegodysku twardego, a co za tym idzie, groźba całkowitej utraty danychjest bardziej dotkliwa.Żywotność pierwszych napędów SSD nie była imponująca, niektóre znich nadawały się do śmietnika po niecałym roku pracy (tak było np. zpierwszym 32 GB SSD firmy OCZ, kupionym przez autora tego tekstu w2010 r.). Jednak ogólnie uważano, że niezawodność wykorzystującychpamięć flash napędów powinna być znacznie wyższa, niż dyskówtwardych: nie miały przecież ruchomych, ulegających zużyciumechanicznych części. [img=ssd]Dokładnie tej sprawie, jeszcze przed awarią komputera LinusaTorvaldsa, przyjrzałsię serwis Tom's Hardware. Autorzy badań przypomnieli, że brakmechanicznych części nie oznacza bezawaryjności – wystarczyw tym celu przez 10 minut przejrzeć recenzje klientów na Newegg.com,pisali. Problemy z napędami SSD obejmowały zarówno fizyczne zużyciepamięci NAND przy bardzo intensywnej eksploatacji czy błędy wfirmware kontrolerów, jak i uszkodzenia czysto elektroniczne.Przecież nawet banalny kondensator ma swoją zakładaną długość życia,nierzadko nie przekraczającą 9 tys. godzin. Czy zatem to, co spotkałoLinusa, wcześniej czy później przytrafi się każdemu posiadaczowinapędu SSD?Sęk w tym, że dane przedstawianeprzez samych producentów pamięci masowych niewiele miały wspólnego zrzeczywistością. Badania przeprowadzone przez naukowców nadniezawodnością dysków twardych (np. opublikowany w 5thUSENIX Conference on File and Storage TechnologiesartykułDisk failures in the real world: What does an MTTF of1,000,000 hours mean to you?)dowiodły że MTBF (średni czas bezawaryjnej pracy) nic nie mówi orealnej niezawodności dysku twardego, roczne wskaźniki awaryjności sąsporo większe od tego, co twierdzą producenci, technologia SMARTwcale nie pozwala na wykrycie zbliżającej się awarii, zaś temperaturapracy niewiele ma wspólnego z awaryjnością, w przeciwieństwie dowieku napędu. Testy przeprowadzone przez Tom's Hardware, do którychinformacji dostarczyli operatorzy dużych centrów danych, pokazały, żewiększość tych zastrzeżeń dotyczy także dysków SSD. Wszystko więc zależy od sposobuwykorzystania. Choć producenckie gwarancje na napędy SSD obejmujązwykle okres od trzech do pięciu lat, to ten zakładany okresbezawaryjnej pracy dotyczy raczej „lżejszych” zastosowań.Przyznaje to analityk IDC Ryan Chien, wyjaśniając, że choć uwiększości nabywców dyski SSD przeżywają bezawaryjnie swój okresgwarancyjny, to jednak przy poważniejszych zastosowaniach,obciążeniach typowych dla stacji roboczych, ich czas życianie spełni pokładanych oczekiwań.W praktyce niezawodność takichpamięci masowych zależy od równie wielu czynników, co niezawodnośćdysków twardych. Jeff Janukowicz, szef działu SSD and EnablingTechnologies w IDC mówi nie tylko o jakości pamięci flash NAND (któraw ostatnich latach się podniosła – mniej jest przypadkowychzapisów do komórek pamięci i wycieków elektronów przez ścianykomórki), ale też i o typie tych pamięci. Jednopoziomowe komórki NANDzapisują każdy bit w oddzielnym tranzystorze (gwarantując przy tymnajwiększą niezawodność), podczas gdy wielopoziomowe mogą zapisaćdwa, a nawet trzy bity na komórkę, odczuwalnie zmniejszając żywotnośćurządzenia.Wydłużyć ten czas życia możeodpowiednie oprogramowanie kontrolera, wykorzystujące zaawansowanealgorytmy korekcji błędów i zrównoważania poziomu zużycia, byzminimalizować fizyczne problemy związane z pamięcią NAND i jejminiaturyzacją. Granice tych ulepszeń wydają się jednak bardziejekonomiczne, niż techniczne – dr Steve Swanson, badacz pamięciNAND przypomina, że producenci pamięci masowych nie robiąich tak niezawodnymi, jak to jest możliwe, lecz tak niezawodnymi, jakto jest opłacalne.Definitywnej odpowiedzi na to,czy Linus uniknąłby awarii, gdyby korzystał ze zwykłego dyskutwardego, a nie napędu SSD, nikt raczej nie przedstawi. Co prawdaRyan Chien twierdzi, że z dostępnych IDC danych wynika, że rocznypoziom zwrotów gwarancyjnych dla dysków twardych jest ponadtrzykrotnie wyższy niż dla napędów SSD (5% do 1,5%), ale z drugiejstrony badacze z Centerfor Magnetic Recording Research w UC San Diego są przekonani, żewspółczesne SSD nie są bardziej niezawodne od dysków twardych, anawet wypadają gorzej w dłuższych cyklach użytkowania.