internet (strona 329 z 335)

Wyloguj się do życia: społeczna inicjatywa ma ocalić młodzież przed Internetem

O tym, że zachowania młodych ludzi są postrzegane przez wieluprzedstawicieli starszych pokoleń jako naganne, amoralne, szkodliweczy wręcz skandaliczne, wiemy przynajmniej od czasów Cycerona,oburzonego rzymskim zepsuciem obyczajów. Ponad 2 tysiące lat późniejsytuacja jest całkiem podobna. Co prawda współczesnym krytykommłodego pokolenia brakuje zwykle oratorskiego talentu rzymskiegomówcy, ale waga stawianych zarzutów jest porównywalna. I tak otoInstytut Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznegozajął się kwestią korzystania z Sieci przez nastolatków, ainterpretacja wyników jego badań pozwoliła mediom bić na alarm. „Rzeczpospolita” cytuje Bogusława Prajsnera, socjologaz Instytutu Psychologii Zdrowia. Zdaniem eksperta, od 8 do 10proc. nastolatków jest realnie zagrożonych uzależnieniem odInternetu. To młodzi ludzie, którzy spędzają w sieci ponad czterygodziny dziennie, także w nocy.Prowadzić to ma do niemożliwości wyobrażenia sobie normalnegofunkcjonowania bez Internetu, wybuchów agresji wśród tych młodychludzi, których próbuje się odciąć od komputera, czy też chronicznegokorzystania z Sieci bez żadnych korzyści edukacyjnych czyrozwojowych – ten ostatniproblem dotyczyć ma ponad 80% gimnazjalistów. [img=padplayer]Konsekwencją takiego stylu życiamają być zaniedbania nauki, rodziny czy (sic!) hobby. Badaniaprzeprowadzone w ramach inicjatywy EU Kids Online pokazały, że tegotypu zaniedbania dotykać mają 35% nastolatków, zaś niemal 20% przezSieć zaniedbuje także potrzeby fizjologiczne, tj. jedzenie i sen.Około 20% europejskich nastolatków miało też mieć w Sieci kontakt ztreściami, które mogą zaszkodzić kształtującemu sięsystemowi wartości –ostrzega „Rzeczpospolita”.Dr Izabela Krauze, psycholog zCentrum Usług Psychologicznych w Warszawie, posuwa się nawet dostawiania świata wirtualnego w opozycji do światarzeczywistego, mówiąc, że trafiado niej coraz więcej dzieci i nastolatków, które uzależnione są odgier w Internecie, kontaktów społecznych w Sieci, czy też nawetbudowania własnego nieprawdziwego wizerunku.Receptą na ten stan rzeczy ma byćedukacja. Rusza oto kampania społeczna pod nazwą Wylogujsię do życia. W jej pierwszymetapie powstanie pod egidą studia Film Produkcja film edukacyjny,który trafić ma do szkół w całej Polsce (a co ciekawe w kontekściekampanii, jego skrócona wersja ma być dostępna w Internecie). Wśróduczestników projektu znalazł się jeden z najbardziej rozpoznawalnychpolskich raperów, Wojtek Sokół Sosnowski, pisarz Jakub Żulczyk, atakże scenarzysta Kuba Łubniewski. Film posłuży wychowawcom wszkołach do przeprowadzenia lekcji na temat uzależnienia od Sieci ikomputera, będzie też podstawą do konkursu dla szkół na plakatinspirowany antyuzależnieniową tematyką. W ten sposób młodzież ma byćprzekonywana, że wirtualna rzeczywistość nie zastąpi emocjiw prawdziwym życiu.Dość to ryzykowna teza, zarównopod względem psychologicznym, jak i egzystencjalnym – co bowiemrozumiemy przez „emocje”? Choć definicji, co do którejwszyscy psycholodzy i kognitywiści się zgodzą chyba nie ma, to wjednym z bardziej udanych modeli doświadczenia emocjonalnegoautorstwa Magdy Arnold, zachodzi ono w trzech etapach: postrzeżenia ioceny (gdzie zewnętrzny bodziec zostaje dostrzeżony i oceniony jakodobry, zły, szkodliwy czy pożyteczny na bazie wyuczonych skojarzeń),emocji (gdzie pojawia się wewnętrzny stan pobudzenia, powiązany zreakcją fizjologiczną) oraz działania (określonego działania –np. zbliżenia, ataku czy ucieczki, powiązanego z intensywnościąemocji, wyuczonych wzorców zachowań i innych towarzyszącychmotywacji). Emocje jako takie są więc stanami wewnętrznymi, a niezachowaniem, czy też postrzeżeniem zewnętrznej rzeczywistości (czy towirtualnej, czy fizycznej).Tak samo też trudno uwierzyć wto, że istnieje jakaś esencjalna różnica między rzeczywistościąfizyczną (prawdziwą?) a wirtualną (nieprawdziwą?), skoro i jedna idruga przynosi odczuwalne emocjonalnie i egzystencjalnie konsekwencjezachowań w nich prowadzonych. Istoty ludzkie, poszukując rozrywek,wybierają te, których stosunek atrakcyjności do kosztów zdobycia jestdla nich najkorzystniejszy. Jeśli ktoś decyduje się spędzić weekendna graniu ze swoim klanem w Team Fortress, zamiast np. uczestniczyć wfizycznych interakcjach społecznych, to być może jest tak dlatego, żefizyczne interakcje społeczne stały się mało interesujące, a polebitwy TF dostarcza bardziej autentycznych emocji, niż odgrywaniespołecznie akceptowanych ról w świecie ciała.Jeśli zatem inicjatorzy akcjiWyloguj się do życiachcą wyciągnąć młodych ludzi z Sieci, to może by spróbowali uczynićżycie poza Siecią ciekawszym, bardziej ekscytującym? Wówczas niebyłby potrzebny przymus i pouczanie – nastolatki samepodążyłyby za tym, co atrakcyjniejsze.

Kanclerz Niemiec oburzona szpiegowską działalnością amerykańskiego wywiadu

Koniec Zimnej Wojny przyniósł nie tylko regres w dziedziniekosmonautyki, ale też sprawił, że w stosunkach międzynarodowychzagościło mnóstwo pustych gestów, a przywódcy mocarstw zaczęlizachowywać się tak, jakby Ludwig von Rochau nigdy nie ukuł słowaRealpolitik. I tak otowkrótce po tym, jak usłyszeliśmy o protestach Francuzów przeciwkopodsłuchiwaniu ich sieci telekomunikacyjnych przez amerykańskie NSA,niemiecki Spiegel donosi, że podobne niezadowolenie wywołało wBerlinie odkrycie, że NSA podsłuchiwało także Niemców... wszczególności niemiecką kanclerz, panią Angelę Merkel.Szczegółów zbyt wiele wczorajszySpiegel nie przedstawia – wiemy jedynie, że pani Merkelzadzwonić miała do prezydenta Baracka Obamy, aby omówić z nimpodejrzenia, że od lat była na celowniku amerykańskich agencjiwywiadowczych, które zainteresowały się nawet jej prywatnymtelefonem.[img=merkel]Niemiecka kanclerz dała dozrozumienia, że jeśli te podejrzenia okażą się prawdziwe, to onapotępia takie metody,uznając je za totalnie niedopuszczalne.Jak stwierdził rzecznik kanclerskiego urzędu Steffen Seibert, byłobyto ogromne nadużycie zaufania,takie praktyki muszą zostać natychmiast powstrzymane.Spiegel wyjaśnia, że informacjena ten temat są efektem redakcyjnego śledztwa. Zaangażowany w nie byłnajprawdopodobniej Jacob Appelbaum, jeden z deweloperów projektu Tor,który obecnie mieszka w Berlinie – i jest wymieniony jakogłówny autor artykułu w Spieglu. Zdobyte dowody przekazane miały byćdo Bundesnachrichtendienst (BND), niemieckiego odpowiednika CIA.Specjaliści tej służby wywiadowczej uznali je za wystarczającowiarygodne, by o wszystkim poinformować Angelę Merkel.Steffen Seibert podkreśliłtymczasem, że jako bliski sojusznik Stanów Zjednoczonych,Niemcy oczekują jasnych porozumień w kwestii aktywności służb[wywiadowczych – przyp.red.] i ich współpracy.Odpowiedź ze Stanów Zjednoczonych przyszła szybko: rzeczniczkaamerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego stwierdziła, żePrezydent zapewnił Panią Kanclerz, że Stany Zjednoczone niemonitorują i nie będą monitorowały komunikacji Pani Kanclerz Merkel.Oczywiście, podobnie jak wanalogicznych komunikatach skierowanych do innych sojuszników USA,takich jak Francja, Meksyk czy Brazylia, nic nie powiedziano na temattakiego monitorowania komunikacji w przeszłości. Niemieckie mediadość wstrzemięźliwie odnoszą się do tych zapewnień – ale cociekawe, praktycznie nikt nie wnosi żadnych uwag względem Bundesamtfür Verfassungsschutz (BfV), niemieckiego kontrwywiadu, któregoprzecież kluczowym zadaniem powinna być ochrona komunikacji czołowychpolityków niemieckich przed działalnością wywiadowczą krajówtrzecich. Nie jest to jednak jedyna wpadkaBfV w związku z ochroną Pani Kanclerz. Tak samo niemiecki kontrwywiadnie był w stanie sobie poradzić z dronem, który niedawno podczaspublicznego wystąpienia Angeli Merkel w Dreźnie rozbił się tuż przyniej. Tym razem była to tylko prowokacja Piratenpartei, mająca nacelu pokazać przywódczyni niemieckiego państwa, jak to jest byćobserwowanym przez bezzałogowe pojazdy latające. Co jednak, gdybytakiego drona użyli zamachowcy?[yt=https://www.youtube.com/watch?v=qKV6g47hgRs]

Pieniądze dla autorów artykułów: sposób na dalszy rozwój Wikipedii?

Wikipedia nie rozwija się już tak szybko jak kiedyś (przynajmniejpod względem liczby zaakceptowanych edycji), ale na pewno pozostajejedną z najważniejszych witryn internetowych na świecie. Jako jedynaz tych najważniejszych jest całkowicie niezależna od korporacyjnychopiekunów czy reklamodawców – utrzymując się wyłącznie z datkówinternautów, odrzuca wszystkie inne propozycje finansowania. I trzebaprzyznać, że postawa taka nie tylko idzie w parze z misją Wikipedii,ale też pozwala na pozyskanie środków niezbędnych na jej utrzymanie.Czy jednak miliony zebrane przez Fundację Wikimedia są dobrzewydawane? Sue Gartner, dyrektor wykonawcza fundacji ma co do tegosporo wątpliwości.Rok w rok Wikipedia przeprowadza akcje, w których jej założycielJimmy „Jimbo” Wales, patrząc na internautów swoimismutnymi oczami opowiada, jaką to trudną i kosztowną operacją jestWikipedia, i jak bardzo potrzebne są dla jej podtrzymania naszepieniądze. Internauci płacą, choć jednocześnie widać, żeniekoniecznie mają ochotę patrzeć na Jimmy'ego – serwisuserscripts.org jest pełen skryptówdo przeglądarek, pozwalających zablokować bannery z przywódcąWikipedii, czy też zastąpić je np. obrazkami kotków czy wypowiedziamiprzewodniczącego Mao.[img=wikimedia-suegartner]Wbrew pozorom Wikipedia nie wydaje jednak większości zebranychpieniędzy na utrzymanie serwerów i opłacenie administratorów. W rokufiskalnym 2011-2012 Fundacja Wikimedia otrzymaładarowizny w łącznej kwocie 35 mln dolarów. Koszt hostingu wyniósłtymczasem ok. 2,5 mln dolarów, a wynagrodzeń 11,7 mln dolarów. Co siędzieje z pozostałymi pieniędzmi? Fundacja wydaje je na swoje rozmaiteinne projekty, sporo także przekazuje lokalnym oddziałom.Niekoniecznie musi to mieć sens, z punktu widzenia jej misji –twierdzi pani Gartner.W dorocznymraporcie komitetu rozprowadzania funduszy (FDC) Fundacji zauważaona, że lokalne oddziały przynoszą niewiele Wikipedii. Prawdziwąwartość dostarczają indywidualni redaktorzy internetowejencyklopedii, ochotnicy, którzy tworzą treści dla czytelników. To ichstarania sprawiają, że czytelnicy ci ofiarowują następnie pieniądzeFundacji Wikimedia. Tymczasem spośród 40 organizacji Wikimediów, 12otrzymało przez proces FDC granty w łącznej wysokości 4,7 mln dolarów– i była to zdecydowana większość wypłaconych w ten sposóbpieniędzy (83%). Trudno zresztą się dziwić takiemu stanowi rzeczy –pani Gartner zauważa, że członkowie FDC to najczęściej też członkowieoddziałów Wikimediów, jedynie niewielki odsetek jest niezależny.Być może więc lepiej by było, sugeruje dyrektor Wikimediów, bypieniądze Fundacji trafiały bezpośrednio do twórców treści,budujących Wikipedię. Pozwoliłoby to zaangażować w rozwójinternetowej encyklopedii więcej osób – a to przecież jestjednym z najważniejszych celów statutowych Fundacji.Pomysł, by płacić za rozwijanie internetowej encyklopedii nie jestnowy – podobnie chciało zachęcać do pisania Google w swoimniesławnym projekcie Knol,mającym być czy to konkurencją, czy uzupełnieniem dla Wikipedii.Autorzy artykułów mieli być w stanie je monetyzować dzięki osadzaniureklam emitowanych przez Google AdSense. Czy finansowa zachęta odFundacji Wikimedia mogłaby faktycznie zachęcić internautów dotworzenia wysokiej jakości artykułów? Przykład Knola pokazuje, że niejest to wcale takie oczywiste.

isoHunt zniknie z Sieci, 110 mln dolarów odszkodowania dla MPAA

Przez ponad 10 lat serwis isoHunt był jedną z czołowychwyszukiwarek i trackerów sieci BitTorrent, zwracając ponad 40 mlnwyników wyszukiwań miesięcznie i obsługując współdzielenie ponad 15petabajtów danych. Choć nigdy nie osiągnął takiej popularności jakThe Pirate Bay, to jednak wielu użytkowników uważało go za najlepszyserwis tego typu, lepiej uporządkowany i zawierający więcejinteresujących torrentów, niż konkurencja. Przy takiej popularnościniemożliwe było, by isoHunt nie wzbudził zainteresowania organizacjiantypirackich. Pierwszy pozew przeciwko twórcy serwisu, Gary'emuFungowi, został złożony już w 2006 roku, przez amerykańskiestowarzyszenie branży filmowej MPAA. Po latach prawnych przepychanek,antypiraci mogą świętować – isoHunt kończy swoją działalność.Według samego Gary'ego Funga, isoHunt nie był jaskinią piractwa,lecz jedynie niezależną wyszukiwarką, nie zawierającą żadnychrozpowszechnianych z naruszeniem prawa treści, w swojej esencjiniczym nie różniącą się od takiego Google. Jednak ta linia obrony wUSA już wcześniej okazała się nieskuteczna, w sprawie z 2005 rokuprzeciwko Groksterowi, a że amerykańskie prawo karmi sięprecedensami, to i w tym wypadku nie można było liczyć na inny wyrok.I tak właśnie było – wcześniejsze postanowienia sądówniższych instancji nie były dla twórcy isoHunt korzystne. Orzeczono,że jest on odpowiedzialny za umożliwianie naruszeń praw autorskich,tak więc sprawa przed sądem federalnym mogła dotyczyć co najwyżejwysokości odszkodowań, a prawnicy MPAA zapowiadali, że będąwnioskowali nawet o 600 milionów dolarów, i to mimo tego, że od kilkulat amerykańska wersja serwisu aktywnie filtrowała torrenty zgłaszanejako nielegalne. [img=isohunt]Tak więc Fung poddał się, na kilka tygodni przed planowanym na 5listopada rozpoczęciem procesu przed sądem federalnym w Los Angeles.Zawarłz MPAA ugodę, na mocy której serwis zostanie całkowiciewyłączony, płacąc przy tym właścicielom praw autorskich odszkodowaniew wysokości 110 mln dolarów.Wspomniana kwota odszkodowania, wynikająca z wcześniejszychwyroków, najprawdopodobniej jednak nigdy nie zostanie odzyskana.Prawnicy MPAA szacują, że na kontach firmy Funga prowadzącej isoHuntznaleźć będzie można w najlepszym razie 5 milionów dolarów. Nie tojest jednak najważniejsze – ma to być sygnał dla prowadzącychpirackie serwisy, że przestępstwo nie popłaca.Jak w oficjalnym oświadczeniu prasowym stwierdził przewodniczący MPAAChris Dodd, takie rozstrzygnięcie ma uzmysłowić wszystkimtym, którzy budują swoje biznesy wokół zachęcania, umożliwiania ipomagania innym w naruszaniu praw autorskich, że oni też dopuszczająsię tym samym naruszenia prawa i zostaną pociągnięci doodpowiedzialności za swoje nielegalne działania.Tym samym isoHunt dołącza do długiejlisty słynnych serwisów i usług P2P, które udało się zlikwidowaćantypirackim organizacjom. Porażka pirackich serwisów bierze sięjednak przede wszystkim ze względnego ubóstwa ich założycieli. Ci,którzy mają dość pieniędzy na prawników, działają nadal, jak np.YouTube, wykorzystywane do hostowania ogromnej ilościnielicencjonowanych materiałów audio i wideo. Google'owy serwis od2007 roku wydał już 100 mln dolarów na walkę przed sądem w sprawiewniesionej przezViacom. Z kolei niewielki startup Veoh, walczący przed sądem zUniversal Music, swoją sprawę wygrał – a mimo to kosztyprocesowe doprowadziły firmę dobankructwa.

Twórca WWW o DRM w przeglądarkach: bez otwartej debaty będzie jeszcze gorzej

Kilka dni temu dyrektor Konsorcjum WWW, sir Tim Berners-Lee, dałzielone światło promowanej przez Microsoft, Google i Netfliksatechnologii Encrypted Media Extensions, by niemal od razu spotkać sięz miażdżącąkrytyką ze strony Electronic Frontier Foundation. Walcząca owolność w Sieci organizacja oskarżyła twórcę WWW o zdradę własnychideałów i przedstawiła koszmarną wizję Webu, w którym użytkownik niemoże już nawet zapisać obrazka na dysk, gdyż uniemożliwia mu tozabezpieczenie DRM. Te oskarżenia nie pozostały bez odpowiedzi –Berners-Lee na łamach blogaW3C broni swojego stanowiska, sięgając po bardzo interesująceargumenty.Co to znaczy, że Web jest wolny i otwarty? Dla zapewne oznacza tobezwarunkową otwartość kodu, możliwość robienia z nim co się chce,swobodę dostępu do wszelkich informacji i możliwość korzystania zewszystkich webowych technologii bez konieczności opłacaniajakichkolwiek licencji. Konsorcjum WWW wolność i otwartość rozumiejednak inaczej, w bardziej uniwersalny sposób – dla TimaBernersa-Lee to rynek informacji, na którym ludzie mogą kupować,sprzedawać lub swobodnie wymieniać informacje. Otwartość Webu tootwartość na różne przedsięwzięcia i różne modele biznesowe.[img=discussion]Nie oznacza to sympatii do zabezpieczeń DRM, związanych z nimograniczeń i legislacyjnych absurdów. Oznacza to jednak, że zamiastkierować się ideologiczną czystością, jak chce tego ElectronicFrontier Foundation, należy kierować się interesem użytkowników, takjak to sugeruje dokument HTML Design Principles: w wypadkukonfliktu interesów, użytkownicy są ważniejsi od autorów, którzy sąważniejsi od implementujących, którzy są ważniejsi od teoretycznejczystości. Stawiającużytkowników na pierwszym miejscu, twórca WWW przytomnie zauważajednak, że nie istnieje nic takiego jak standardowy użytkownik –różni ludzie mają różne potrzeby. Niektórzy internauci chcą oglądaćwysokobudżetowe filmy z Sieci, inni chcą pisać sobie skrypty. Idealnerozwiązanie musiałoby usatysfakcjonować wszystkie grupy użytkowników,ale czy takie rozwiązanie w ogóle może istnieć?Jak pokazała historia sporu orozszerzenia EME wśród standardów HTML5, najwyraźniej konsensusu wtej kwestii zbudować się nie da, więc jak pisze Berners-Lee, trzebaznaleźć takie rozwiązania, które najmniej zaszkodzą użytkownikom,autorom i implementującym. Nie zakończy to szybko sporów, w którychczęsto porównywane są ze sobą jabłka i pomarańcze, gdzie obok siebiestawia się spójność doświadczenia użytkownika i zniewolenieprogramistów. Jednak spory te będą teraz toczyły się w ramachustalonych granic grup roboczych W3C. Samo Konsorcjum nie wydajerozkazów i nie może rozkazywać producentom przeglądarek i dostawcomtreści. Zakazanie dyskusji nad sprawą w ramach W3C nie sprawi też, żedane technologie nie zostaną zaimplementowane przez producentów.Dlatego lepiej kwestie takieoswoić, debatując nad nimi w otwartym dla każdego dyskursie,wypracowując w ten sposób standardy interoperacyjności, które dadząsię zastosować nawet w otwartych przeglądarkach, dostępnych na każdymsystemie operacyjnym. W przeciwnym razie wysokobudżetowe filmyhollywoodzkich producentów znikną z otwartego, dostępnego przezprzeglądarki Webu, by pojawić się wyłącznie w podłączonych doInternetu zamkniętych systemach-pudełkach.Wszystko teraz w rękach członkówgrupy RestrictedMedia. Być może lepiej by było, gdyby Electronic FrontierFoundation, zamiast atakować Tima Bernersa-Lee, po prostu przystąpiłodo grupy, i wywarło swój konstruktywny wpływ na ostateczny kształtrozszerzeń EME. Świat nie kończy się bowiem na EFE i Mozilli, adeklaracje w stylu „nigdy nie zaimplementujemy DRM” mogąco najwyżej odebrać Firefoksowi część użytkowników, niezadowolonych,ze IE pozwala im oglądać filmy, a Firefox już niekoniecznie.