internet (strona 337 z 338)

Dropbox będzie wirtualnym magazynem danych dla aplikacji mobilnych i webowych

Już 175 mln użytkowników i rośnie – Dropbox to przykładstartupu, który zdołał zachować niezależność, a jednocześnieskutecznie konkurować z produktami takich gigantów jak Google (Dysk)czy Microsoft (SkyDrive). Za osiągnięcie tej pozycji odpowiadają napewno niezłe ceny i dostępność klientów na wszystkie popularnesystemy, ale też regularne uruchamianie kolejnych funkcjonalności,dzięki którym ta usługa wirtualnego dysku wciąż była na ustachinternautów. Niespełna pół roku temu twórcy usługi pomyśleli jednak,że mogłaby być ona czymś więcej, niż tylko wirtualnym dyskiem wchmurze i ogłosili wprowadzenie interfejsu programowania Sync.Dzięki niemu aplikacje na Androida i iOS-a otrzymywały dostęp domechanizmów przechowywania danych w chmurze, synchronizowania,buforowania i pracy offline, tak, jakby wbudowano w nie prywatnegoklienta Dropboksa. Ambicje deweloperów sięgająznacznie dalej: podczas pierwszej konferencji Dropboksa DBXogłoszono, że dysk w chmurze nie będzie już służył tylko doprzechowywania plików. Terazusługa posłużyć ma do przechowywania wszelkiego rodzaju danych,stając się wirtualnym magazynem informacji dla każdej możliwejaplikacji. Możliwe staje się to dzięki interfejsowi Datastore, którywychodzi poza pliki, zapewniając nowy model łatwegoprzechowywania i synchronizowania danych aplikacji. Korzystając zaplikacji z magazynem danych, będziesz miał dostęp do swoichaktualnych danych na wszystkich urządzeniach, tak online jak ioffline – wyjaśniają twórcy Platformy Dropbox.[img=dropbox1_opener]Oznacza to, że Dropbox posłużyćmiałby do przechowywania np. szkiców dokumentów, stanów gier czyustawień aplikacji. Grając w swoją ulubioną grę na tablecie, mógłbypóźniej dokończyć ją na telefonie, od tego samego momentu, w którymzakończył rozgrywkę na wcześniej używanym urządzeniu. Dosynchronizacji wykorzystywane byłoby dropboksowe konto użytkownika, awięc deweloper aplikacji nie ponosiłby żadnych kosztów hostingu tychwszystkich danych. Użytkownik mógłby mieć zaś pewność, że poza nim (izapewne NSA), nikt do danych aplikacji zapisanych w chmurze niebędzie miał dostępu bez jego zgody.Pomysł twórców Dropboksa nie jestniczym wcześniej niespotykanym, ale ich Datastore API przynosi do gryprzede wszystkim ogromne doświadczenie firmy w dziedziniesynchronizacji danych między bardzo różnymi klientami, oraz łatwośćkorzystania z interfejsu przez zewnętrznych deweloperów. Pierwszepróby integracji Dropboksa ze swoją aplikacją podjęło Yahoo!,wprowadzając do webowego klienta poczty przyciski pozwalające nazapis załącznika e-maila na wirtualny dysk użytkownika jak i dodaniedo e-maila pliku z wirtualnego dysku jako załącznika. Teraz twórcystron internetowych dostają dostęp do gotowego kodu takichprzycisków, nazwanych Chooser i Saver – kilka linijek JavaScriptu i ich serwis będzie mógł zapisywaći pobierać dane bez pośrednictwa lokalnego dysku.Wśród pierwszych, którzyzdecydowali się na taką integrację z Dropboksem znaleźć można m.in.popularny serwis z fotografią stockową Shutterstock, galerię skórekdla CMS-ów WooThemes, serwis muzyczny Loudr i innowacyjny systeme-commerce Chec. Dzięki nowemuSDK, Chooser i Saver trafiły też do kilkunastu aplikacjimobilnych na Androida i iOS-a.Jak widać, plan Dropboksa jestcałkiem oczywisty: znaleźć się w samym centrum ekosystemu webowych imobilnych aplikacji, jako system synchronizacji ich danych. W tensposób przestałaby być to jedna z wielu podobnych sobie usług, którąw każdej chwili można zastąpić czymś innym – Dropbox stałby sięjednym z kluczowych elementów infrastruktury Sieci, tak jak jest todziś np. z wyszukiwarką Google'a. W sytuacji, gdy mowa o usłudze,której liczba użytkowników w ciągu pół roku wzrosła o jakieś 70 mln,nie wygląda to zupełnie nierealnie.

Kartą za prywatność nie zapłacisz: MasterCard i Visa blokują płatności za VPN-y

Wirtualne sieci prywatne to dziś nie tylko domena korporacyjnejtelepracy – z usług, oferowanych przez dostawców z całegoświata, korzystają wszyscy ci, którym niemiła jest inwigilacjaich ruchu sieciowego przez strony trzecie i którzy chcielibyominąć narzuconą odgórnie cenzurę na pewne treści w Sieci.Nic więc dziwnego, że dostawcy VPN-ów „cieszą się” sporymzainteresowaniem organów ścigania, przekonanych, że w większościwirtualne sieci prywatne służą do naruszania prawa, wszczególności piractwa. Jest to jak dotąd jednak legalny biznes, ajego delegalizacja byłaby bardzo trudna, wymagałaby skoordynowanychdziałań na skalę międzynarodową. W Szwecji zastosowano więcinny sposób na odcięcie użytkowników od umożliwiającychpiractwo usług.Zarówno operatorzy kart kredytowych, jak i największyinternetowy system płatności – PayPal – od kilku miesięcykonsekwentnie trzymają się niepisanej zasady nierealizowaniapłatności, w których stroną są posiadające programyafiliacyjne cyberschowki. Teraz zasada ta ma objąć teżdostawców VPN i innych usług służących do zachowaniaanonimowości w Sieci. Pierwsze kroki ku temu zostały podjęte wzeszłym tygodniu, kiedy to klienci szwedzkiego systemu płatnościPayson zostali poinformowani, że Payson nie może już przetwarzaćpłatności kartami kredytowymi za VPN-y. Najwyraźniej sprawadotyczy zmian w polityce operatorów kart – Visy i MasterCarda –gdyż płatności przelewami bankowymi są wciąż przez Paysonaakceptowane.[img=vpn_opener]Wśród dotkniętych decyzją największego w Szwecji operatorapłatności jest iPredator, firma założona przez współzałożycielaThe Pirate Bay, Petera Sundego. Jest on przekonany, że to posunięciema na celu uniemożliwienie internautom zacierania swoich śladów wSieci i chronienia się przed rządową inwigilacją. Oznacza to,że amerykańskie firmy zmuszają nieamerykańskie firmy douniemożliwienia ludziom ochrony ich prywatności, tak by NSA mogłodalej szpiegować. To SZALEŃSTWO –stwierdziłSunde, przyznajączarazem, że jego firma ma do dyspozycji inne kanały płatności (wszczególności Bitcoina), ale nie oznacza to, że zamierzazaakceptować takie posunięcia wymierzone w legalnie działającybiznes. Najprawdopodobniej więc sprawę iPredator wniesie do sądu.Korzystnydla Sundego precedens już jest – rok temu serwis Wikileaks wygrałprzed sądem w Reykjaviku sprawę o blokowanie płatności przezislandzkiego operatora VALITOR. Operator zmuszony został doodblokowania należnych Wikileaks pieniędzy i przywrócenia kanałupłatności, jednak zapowiedział wówczas, że z początkiem lipca2013 roku wypowie serwisowi Juliana Assange'a umowę, z przyczynproceduralnych. Najwyraźniej jednak coś po stronie MasterCarda iVisy, stojących za decyzją o blokadzie się zmieniło. Wikileaksinformuje właśnie, że VALITOR zmienił stanowisko i będzie dalej honorowałdotychczasową umowę. Trudnowięc powiedzieć, kto faktycznie stoi za posunięciem przeciwkodostawcom VPN-ów, i dlaczego zdecydował się na takkontrowersyjny krok właśnie teraz, gdy afera wokół podsłuchówNSA jeszcze nie wygasła. Ani Visa, ani MasterCard oficjalnegostanowiska w tej sprawie do tej pory nie zajęły.Takczy inaczej, decyzja taka powinna mieć korzystne konsekwencje dladostawców internetowej anonimowości. Do tej pory to właśniepłatność za usługę była piętą achillesową takiegozabezpieczenia prywatności: użytkownik musiał ufać, że dostawcadanych swoich klientów nie przekaże stronom trzecim. W sprawachprywatności i anonimowości najlepiej jednak domyślnie nie ufaćnikomu, więc opłacanie usług anonimizujących powinno byćdokonywane wyłącznie poprzez anonimowe kanały płatności, takiejak wspominany Bitcoin, który przy zachowaniu rozwagi może zapewnićniemal absolutne bezpieczeństwo.

Bloger kontra twórcy AdBlock Plusa: blokowanie reklam niczym mafijne praktyki?

Sascha Pallenberg to jeden z najbardziej popularnych niemieckichblogerów, człowiek, którego poświęcone nowym technologiom blogicodziennie czyta przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy osób. Gdy więc zjego ust padają oskarżenia względem twórców jednego znajpopularniejszych rozszerzeń do przeglądarek, AdBlocka Plus, trudnotę sytuację zignorować. A oskarżenia są nieliche – w sążnistymartykule opublikowanym na łamach mobilegeeks.de, Pallenbergnazywa zbudowany wokół AdBlock Plusa mafijną siecią reklamową(mafioeses Werbenetzwerk), asamo rozszerzenie perfidną furtką, pozwalającą naszantażowanie właścicieli witryn internetowych.AdBlock Plus to na pewno historia osukcesie. Dostępne dla Firefoksa i Chrome rozszerzenie używane jestprzez przynajmniej 30 (a może i 40) mln użytkowników, cieszących sięmożliwością blokowania niepożądanych zapytań HTTP i ukrywanianiechcianych elementów stron WWW – przede wszystkim reklam,serwowanych zarówno jako obiekty flashowe jak i skrypty czy pływająceramki. Za jego powstaniem stoi rosyjski programista Władimir Palant,który do dziś jest w serwisie Mozilla AddOns wymieniany jako głównydeweloper… ale według Pallenberga to już nie on rozdaje kartyw tym, co ze zwykłego rozszerzenia stało się nieźle przemyślanymprzedsięwzięciem.Obecnie realnym wydawcą AdBlock Plusama być zatrudniająca 15 pracowników firma EyeoGmbH z Kolonii. Rozszerzenie jest najwyraźniej jedynym produktemtej firmy, na czele której stoi dwóch dyrektorów zarządzających.Pierwszym jest Władimir Palant, drugim Till Faida, człowiek, któryzostał partnerem Palanta, po tym, jak twórca rozszerzenia pozyskał w2010 roku dodatkowe fundusze na jego rozwój, tak by wspólniepozytywnie wpływać na rozwój WWW. Jak ustalił Pallenberg, towłaściciel dziesiątek witryn związanych z hazardem, ale też domentakich jak chromeadblock.org, pod którym to adresem do niedawnajeszcze działała niezależna witryna wychwalająca stosowanieAdBlock Plusa, czy też chrome-plugins.org, niezależna witryna,w której to testach AdBlock Plus został uznany za najlepszerozszerzenie do Chrome.[img=stop_opener]To jeszcze jednak nie powód, by ocokolwiek Eyeo GmbH oskarżać – to działania często praktykowanew świecie PR-u i specjalistów od SEO/SEM. Prawdziwym powodem śledztwaniemieckiego blogera jest coś innego: rozpoczęty pod koniec 2011 rokuprogram „akceptowalnychreklam”, pozwalający niektórym wydawcom znaleźć się nabiałej liście AdBlocka, innymi słowy – umożliwiającywyświetlanie ich reklam w chronionych AdBlockiem przeglądarkach.Oficjalnie decyzja o dopuszczeniu danych reklam do filtra miała byćpodejmowana publicznie, na łamach otwartego forum dyskusyjnego, adroga do białej listy otwarta miała być dla każdego, ktoprzygotowywałby reklamy przyjazne dla użytkowników (czylinieprzeszkadzające w przeglądaniu stron, najlepiej tekstowe).Dostanie się na białą listę AdBlockPlusa nie jest jednak takie proste. Najwyraźniej ostatnie słowonależy do tajemniczych strategicznych partnerów, którzy chcąpozostać anonimowi – jak stwierdził w zeszłym roku Till Faida w wywiadzie dla szwajcarskiej gazetyThurgauer Zeitung. Odpowiedzialnym za relacje z nimi miał byćChristian Dommers, obecnie menedżer projektów w Eyeo, człowiek od latpowiązany z innym znanym nazwiskiem w domenowej branży – TimemSchumacherem, założycielem SEDO, domu aukcyjnego dla domen,utrzymującego też te słynne domenowe parkingi, czyli usługipozwalające wypełnić zarejestrowane domeny reklamami, i zarabiać zakażdym razem, gdy ktoś przypadkiem je odwiedzi. Schumacher z koleiokazuje się być inwestorem w YieldKit – rozwiązanie, któreautomatycznie umieszcza zoptymalizowane linki afiliacyjne w tekściestrony internetowej, generowane na podstawie znalezionych słówkluczowych – i które oczywiście jest automatycznie akceptowaneprzez AdBlock Plusa, mimo że członkowie otwartego forum rozszerzeniamieli wątpliwości co do zasadności dopuszczenia go do białej listy.Nie jest to jedyne powiązanie, któregodoszukał się Pallenberg, nie jest to też jedyny zarzut, jaki stawiabloger twórcom rozszerzenia. Podejmuje też kwestię blokowania reklamw darmowych aplikacjach na Androida czy zagrożenia dla bezpieczeństwaurządzeń mobilnych, jakie AdBlock Plus ma powodować. Przypomina też oaferzez niemieckimi gazetami Süddeutsche Zeitung, Spiegel Online i ZeitOnline, niezadowolonymi z blokowania reklam na ich stronach, którezaczęły wyświetlać własne komunikaty użytkownikom AdBlocka –wówczas to zaktualizowana wersja AdBlocka zaczęła blokowaćkomunikaty, jako zbyt denerwujące. Dla Pallenberga (nota benezarabiającego przecież niemało z emisji reklam na swoich blogach)sprawa jest więc oczywista: AdBlock Plus to zło, szkodzące Sieci iłupiące wydawców reklam z należnych im zysków, a nawet przejmująceczęść tych zysków.Eyeo GmbH nie pozostawiło sprawy bezodpowiedzi. Till Faisa potwierdził wiele z zarzutów Pallenberga,jednak podkreślił, że powiązania z branżą reklamową i domenową niestanowią konfliktu interesów, model biznesowy bazujący naakceptowalnych reklamach jest udany, a kryteria dopuszczenia na białelisty są całkowicie przejrzyste. Dodał również, że wszystkichobejmuje taki sam proces selekcji, małe i średnie witryny nie musząnic płacić za umożliwienie wyświetlania ich reklam, zaś jego firmanigdy nie ukrywała niczego w kwestii wsparcia finansowego zestrony dużych firm.Czy afera zaszkodzi popularnościAdBlock Plusa? W to akurat wątpimy, szczególnie że niebawem liczbaużytkowników rozszerzenia powinna się znacząco powiększyć. Eyeozatrudniło bowiem programistów, których zadaniem jest stworzeniewersji AdBlock Plusa dla Internet Explorera – wciąż jednej znajpopularniejszych przeglądarek na świecie. A że wydawcy stron WWWprzez AdBlocka tracą sporą część przychodów z reklam... cóż,internautów to raczej niewiele obchodzi.

Microsoft kończy z TechNet Subscriptions: walka z piractwem czy zignorowanie potrzeb ITprosów?

To wiadomość, która raczej nie powinna spodobać się nikomu,kto uważał się za „ITprosa” i korzystał z rozwiązańMicrosoftu. Gigant z Redmond poinformowałwłaśnie, że kończy z uruchomioną 15 lat temu usługądostępu do całej bazy swojego oprogramowania, oferowaną w ramachsubskrypcji do TechNetu. Ten niedrogi, kosztujący kilkaseteuro rocznie sposób dostępu do oprogramowania Microsoftu, wramach którego można było też za darmo pozyskiwać wersjetestowe, pozwalał na tanie budowanie środowisk deweloperskich irealną ocenę wartości nowych narzędzi.Wielu programistom związanym z Windows, TechNet towarzyszyłprzez całą ich zawodową karierę – i nic dziwnego. Był tonajlepszy spośród zgodnych z prawem sposobów na uzyskanie kluczylicencyjnych do praktycznie całego oprogramowania sprzedawanegoprzez Microsoft, zarówno produktów desktopowych jak i serwerowych.Oficjalnie klucze te służyć miały jedynie do testówoprogramowania, jako że jednak w żaden sposób nie ograniczałyfunkcjonalności tak aktywowanych produktów, nierzadko byływykorzystywane też do taniego utrzymania serwerów i klientów naWindows.[img=technet]Nie ma jednak co ukrywać, z TechNetu chętnie korzystali teżpiraci, nierzadko komercyjnie rozprowadzając klucze produktów wprzystępnych cenach. Mimo działań Microsoftu, mających na celuograniczenie skali piractwa (m.in. dwukrotnie zmniejszano liczbędostępnych kluczy dla abonentów TechNetu, w latach 2010 i 2012, atakże zmian w warunkach korzystania z usługi), niewiele tozmieniło, klucze dla takich produktów jak SQL Server czy WindowsServer, wciąż sprzedawano w Sieci za kilka-kilkanaście dolarów. Nawet jeśli jednak o walkę z piractwem chodzi, to w pożegnalnychsłowach do subskrybentów nic o tym nie ma. Zamiast tego można przeczytać, że trendy w IT ibiznesowa dynamika ewoluowały odczasów uruchomienia TechNetu, a dziś program ten nie spełnia jużswoich zadań. Z perspektywy Microsoftu tak to może wyglądać, zperspektywy administratorów, utrzymujących złożone,zwirtualizowane środowiska testowe już niekoniecznie – dla nichTechNet był wygodną metodą uzyskania wszystkiego, czegopotrzebowali do zachowania swoich maszyn wirtualnych przy życiu, bezprzejmowania się aktualnym stanem licencji. Redmond jednaknajwyraźniej uważa, że to nadużycie: w ostatnich latachzauważyliśmy zmianę sposobu korzystania [z TechNetu –przyp.red.], z płatnych sposobów oceny oprogramowania i zasobów nadarmowe. W konsekwencji Microsoft zdecydował się zakończyć całąusługę TechNet Subscriptions i zakończy jej sprzedaż 31 sierpnia2013 roku – czytamyw liście skierowanym do abonentów. Poinformowano też, że obecni abonencibędą wciąż mieli prawo do korzyści z usługi do momentuzakończenia umowy. Dla większości oznacza to rok – jedynienieliczni korporacyjni klienci mogli podpisać dłuższe umowy. Teumowy, które wygasnąć mają przed końcem sierpnia, będą mogłyzostać odnowione na jeden rok. Posiadacze kont Microsoft CertifiedTrainer będą mieli dostęp do korzyści z TechNetu do 31 marca 2014roku.Redmond pociesza, że wciąż sądostępne inne programy, dające ITprosom dostęp do darmowegooprogramowania, w tym TechNet Evaluation Center, Microsoft VirtualAcademy i TechNet Forums. Oczywiście żadna to pociecha – w ramachtych programów można w najlepszym razie otrzymać ograniczoneczasowo wersje oprogramowania, które przestają działać po 90 czy180 dniach. Dla utrzymujących zwirtualizowane środowiska testowewersje takie są bezwartościowe. To samo powiedzą też ci, którzymuszą pisać oprogramowanie pod specyficzne wersje systemów uswoich klientów. Oni nie pobiorą już do testów Windows Servera2003 – nowy EvaluationCenter pozwala tylko na pobranie najnowszych wersjioprogramowania.Oczywiście jest jeszcze jedna opcja:wciąż skorzystać można z MSDNSubscriptions, dzięki któremu można uzyskać praktycznie każdąwersję Windows, a w najdroższych opcjach także Visual Studio, SQLServer, czy nawet Office. Różnica cen, w porównaniu do TechNetujest jednak ogromna – najbardziej rozbudowana wersja abonamentukosztuje 14 238 euro, a odnowienie na kolejny rok 4 549 euro.Jak ta decyzja odbije się napopularności oprogramowania Microsoftu, szczególnie serwerowego, tosię dopiero okaże, komunikat jest jednak jasny: dziś testynarzędzi Microsoftu robi się tylko w chmurze, a jeśli kogoś na tonie stać, to cóż, najwyraźniej to nie jest oprogramowanie dlaniego. Czy powinien się w tej sytuacji zainteresować rozwiązaniamiOpen Source?

Mobilna rewolucja może doprowadzić do zrujnowania rytmu snu i czuwania

Coraz więcej osób kupuje tablety z myślą o ich wykorzystaniu doczytania książek. Dziwić im się trudno – w przeciwieństwie doklasycznych czytników z wyświetlaczami wykorzystującymi e-papier,znacznie sprawniej radzą one sobie ze złożonymi PDF-ami i pozwalająna czytanie ilustrowanych magazynów i komiksów. Niejeden użytkowniktabletu przyzna się pewnie też do czytania w łóżku, w ciemności: wprzeciwieństwie do e-papieru, świecący ekran tabletu nie potrzebujedodatkowego podświetlenia. Takie praktyki mogą się jednak źleskończyć – neurolodzy ostrzegają, że mobilna rewolucja, którasprowadziła telefony i tablety do łóżek, może doprowadzić doupowszechnienia się trudnych do wyleczenia zaburzeń snu.Pojawienie się oświetlenia elektrycznego wywarło na ludzkość efektpiorunujący – w ciągu jednego pokolenia ludzie nie tylkoporzucili cykl wschodów i zachodów Słońca, ale też zaczęli sypiaćjednorazowo dłużej, często nawet 7-8 godzin. Rozwój cywilizacjiindustrialnej, wymuszającej cykl 8-8-8 (sen-praca-odpoczynek)sprawił, że powszechnie praktykowany przez naszych przodków senbifazowy (czyli spanie nocą w dwóch blokach, z kilkugodzinną przerwąmiędzy nimi) został niemal zapomniany. Taka zmiana, zdaniemwielu badaczy, przyniosła problemy psychiczne, a nawetpsychiatryczne, w poprzednich epokach nieznane.Jednak konsekwencje sztucznego oświetlenia dla snu mogą okazać siębłahe w porównaniu do tego, co wywołać może coraz powszechniejszestosowanie w ciemnościach urządzeń ze świecącymi ekranami. ProfesorShantha Rajaratnam z australijskiego Monash University stoi na czelezespołu neurologów, psychiatrów i psychologów, zajmującym siębadaniami nad snem. Jego zdaniem upowszechnienie się takich urządzeń– laptopów, smartfonów i tabletów, prowadzi do rozstrojeniazegara okołodobowegorytmu biologicznego, a także spadku poziomu produkcji melatoninyw organizmie.[img=sen_opener]Koordynująca rytm okołodobowy melatonina jest syntetyzowana przezszyszynkę, w okresie spoczynku w ciemnościach. Wystawienie organizmuw tym czasie na oświetlenie powoduje znaczne zmniejszenie syntezyhormonu. Stopień zaburzeń powiązany jest z rodzajem oświetlenia –jego barwą, natężeniem i oddaleniem źródła. Charakterystyczne dlaekranów LCD zimne światło o krótkiej długości fali i natężeniu od 30do 50 luksów jest tu najgorsze – według Rajaratnama wystarczytydzień ekspozycji, by zaburzyć pracę biologicznego zegara.Psycholog kliniczny dr Amanda Gamble z ośrodka leczeniabezsenności w Sydnej potwierdza opinie swojego kolegi – mówi,że odnotowuje coraz większą liczbę pacjentów, zgłaszających się doniej z problemami ze snem. Mobilna rewolucja doprowadzić miała dotego, że zatarły się granice między porą snu, a porą pracy zkomputerem. Tradycyjnego PC nikt raczej nie zabierał do łóżka,tymczasem wiele osób śpi ze swoimi telefonami, używając ich choćbyjako budzików. Trend ten jest szczególnie widoczny wśród młodychludzi, a nawet dzieci, które już w pierwszych klasach szkołypodstawowej korzystają z laptopa czy smartfonu, a jego efektem jestnie tylko wspomniane zaburzenie produkcji melatoniny, ale teżniepotrzebne pobudzanie mózgu przed snem (obcowanie z interesującymitreściami utrudnia przejście mózgu w stan relaksu) orazprzekształcenie łóżka z miejsca snu w miejsce pracy i socjalizacji.Wywołane w ten sposób zaburzenia snu mają swoje dalszekonsekwencje, zarówno psychologiczne (obniżenie czujności, zdolnościkoncentracji i zapamiętywania, depresja, zaburzenia lękowe), jak ifizyczne (cukrzyca, choroby autoimmunologiczne). Dotykają oneoczywiście nie tylko dzieci i młodzież, ale też dorosłych, choć utych pierwszych konsekwencje są najbardziej dotkliwe. Co można w tej sytuacji zrobić? Na pojawienie się filtrówograniczających emisję szkodliwych częstotliwości światła nie ma narazie co liczyć, profesor Rajaratnam radzi więc, by po prostuurządzenia mobilne odłożyć na półkę, wyłączając je przynajmniejgodzinę przed zaśnięciem. Na pewno nie jest to rada, z którejcieszyłaby się branża reklamowa – ale wydaje się całkiemrozsądna. Może więc warto sprawić sobie klasyczny budzik i przestaćsypiać z telefonem?