Od czasu, gdy zaczęłam moją emocjonującą przygodę z grami wideo, każda kolejna generacja konsol umożliwiała mi wskazanie (z reguły jednej) firmy developerskiej, której produkcje na grubo przed premierą wywoływały u mnie przyspieszone bicie serca, drżenie rąk i inne objawy entuzjazmu. Od paru dobrych lat taką firmą pozostaje dla mnie BioWare. Ufam im, bo wiem, że ilekroć pozycja sygnowana ich logiem ukaże się na rynku, będzie to dla mnie znak, iż należy wyłączyć wszelkie telefony, wziąć dwa tygodnie wolnego z pracy i zaszyć się w domowych pieleszach, aby spokojnie i do woli delektować się najnowszym ich dziełem. Tak było z Mass Effect, któremu poświęciłam około 200 godzin mojego młodego (chyba) jeszcze życia, czy tak samo jest w przypadku Dragon Age: Początek? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, należy... zacząć od początku właśnie. Albo raczej od początków, bo tych gra oferuje aż sześć - pozwalając na wcielenie się w różnego rodzaju bohaterów.