internet (strona 327 z 332)

Twórca WWW zdradził swoje własne ideały wolnej Sieci?

Próby wprowadzenia rozszerzeń Encrypted Media Extensions do zbiorustandardowych technologii webowych od samego początku byłykrytykowane przez organizacje walczące o wolność Sieci, ostrzegające,że doprowadzi to do upowszechnienia rozwiązań DRM-owych i zamknięciatreści przed użytkownikami. Teraz jednak, gdy dyrektorodpowiadającego za standardy webowe Konsorcjum WWW, sir TimBerners-Lee, uznał,że kwestia taka jak odtwarzanie chronionych treści może być objętaaktem założycielskim tej organizacji, krytyka przeobraziła się wotwarte oskarżenie. Electronic Frontier Foundation uznało, że twórcaWWW obniżył swoje moralne standardy.Czy chcecie stron internetowych, z których nie można kopiować iprzeklejać tekstu? Czy chcecie przeglądarek, które nie mogą zapisaćobrazka na dysku ani wyświetlić źródła dokumentu HTML? Czy chcecieWWW, którego wykorzystanie jest kontrolowane przez coś innego niżprzeglądarka? Taki właśnie obraz Sieci sterowanej technologiami DRMrysujeDanny O'Brien z Electronic Frontier Foundation, ostrzegając przedkonsekwencjami „zielonego światła” dla Encrypted MediaExtensions. Zaakceptowanie DRM wśród standardów webowych (EME możestać się częścią HTML 5.1) oznacza, że organizacja, która walczyładotąd o wolne i otwarte standardy, zgodziła się nagle na oddaniekontroli nad user agentem (czyliprzeglądarką w terminologii W3C) dostawcom treści. [img=timbernerslee]Wśród promotorów EME jestNetflix, największy w Internecie dostawca usług Video on Demand, dlaktórego DRM-owa ochrona oferowanych filmów jest kwestią być albo niebyć w erze przeglądarek, w których Silverlight i Flash nie będą jużdziałały – nikt nie przekona Hollywood, że zabezpieczenia takiesą skuteczne tylko w jednym obszarze, czyli irytowaniu płacącychużytkowników. O'Brien uważa jednak, że na filmach się nie skończy:kilka lat temu o zabezpieczeniach DRM marzyły cyfrowe odlewnie,przekonane że w ten sposób uniemożliwią twórcom stron WWWwykorzystanie ich fontów bez opłacenia licencji. Wtedy ich marzenia oimplementacji DRM w technologii WOFF zostały odrzucone, ale jeśli W3Czgadza się teraz na DRM dla filmów, to czemu nie miałoby się zgodzićna DRM dla fontów?Takich pomysłów jest więcej.Niedawnopowstała grupa robocza W3C Web App Source Code ProtectionCommunity Group, której celem jest stworzenie mechanizmów, którepozwolą na uruchamianie w przeglądarce aplikacji tworzonych za pomocąstandardowych technologii webowych, przy jednoczesnym uniemożliwieniusprawdzenia ich kodu źródłowego i zasobów. Koncepcja Encrypted Mediaspodobała się też fotografom, liczącym na to, że można by było wjakiś sposób uniemożliwić kopiowanie zdjęć wyświetlanych wprzeglądarkach. Jak więc widać, opisywana przez O'Briana przyszłośćnie jest wcale taka niemożliwa – a otwiera do niej drogęczłowiek, który zdołał zbudować WWW tylko dzięki istnieniu wolnegooprogramowania i otwartych dla wszystkich danych. Jak ostrzega EFF –w takiej przyszłości nikt już nie zbuduje nowej, zgodnej zestandardami przeglądarki bez podpisywania umów z dostawcami DRM-ów.Oczywiście W3C może ogłosićteraz, że DRM jest tylko dla uprzywilejowanej elity z Hollywood, alewówczas zostanie oskarżone o nierówne traktowanie podmiotówzainteresowanych ochroną swojej treści. Wcześniej czy późniejzostanie więc zmuszone do zaakceptowania tych wszystkich innychmechanizmów zabezpieczających, których dostawcy zaczną grozić, żejeśli nie dostaną DRM-ów, to się ze swoimi treściami z WWW wyniosą,tak jak dziś robią to studia filmowe. Oczywiście nie do końcawiadomo, gdzie miałyby się one wynieść (do AppStore?), ale nieprzeszkadza to przecież Netfliksowi przedstawiać WWW bez DRM jakomiejsca, w którym komercyjnych filmów już nie znajdziemy.Zielone światło od W3C nieoznacza oczywiście, że wszyscy ludzie związani z WWW uklękną teraz iprzyjmą decyzję Bernersa-Lee jak dobrą nowinę. Bunty przeciwkodecyzjom Konsorcjum już się zdarzały, a najważniejszym z nich byłoutworzenie przez Mozillę, Operę i Apple organizacji WHATWG,odrzucającej próby narzucenia standardu XHTML. Obecnie WHATWG taksamo odrzuca forsowaną przez Google, Microsoft i Netfliksa ideeEncrypted Media Extension – w jej specyfikacji HTML LivingStandard żadnych technologii DRM nie ma. Być może więc akceptacja EMEprzez dyrektora W3C doprowadzi jedynie do upadku roli webowychstandardów: każdy producent będzie wybierał to, co mu odpowiada, czyto ze względów ideologicznych, czy biznesowych.

Dead Drops, czyli jak zamienić fragment miasta w węzeł sieci P2P

Wyobraźcie sobie sieć P2P inną niż wszystkie – dostępnąpraktycznie dla każdego, nie potrzebującą żadnego specjalnegooprogramowania, działającą bez zasilania, a nawet bez podłączeniado Internetu. Absurd? Trzy lata temu berliński artysta AramBartholl opublikował manifest pod tytułem dead drops:un-cloud your files in cement!,nawołując do tworzenia anonimowej, pozainternetowej sieci wymianyplików P2P, która stałaby się częścią miejskiej przestrzeni.Aram Bartholl od wielu latzajmuje się relacjami pomiędzy światem wirtualnym i fizycznym.Jest przekonany, że wirtualne byty nie są spełnione w swojejczysto binarnej egzystencji i powinni znaleźć się w namacalnymwszechświecie. W 2010 roku, podczas swojego pobytu w Nowym Jorku,Bartholl wpadł na pomysł, by wyprowadzić wymianę plików naulicę. Miała być to odpowiedź na rosnącą inwigilacjęprzestrzeni wirtualnej przez władze, zrealizowana w prosty i tanisposób.[img=deaddrop]Pięć pendrive'ów, któreartysta wmurował w ściany nowojorskich budynków stało siępierwszymi dead dropsami,punktami wymiany danych między nieznającymi się ludźmi, z którychskorzystać mógł każdy, kto miał urządzenie z portem USB.Wystarczyło podejść do wystającej ze ściany wtyczki, przyłożyćlaptopa (lub najlepiej kabel przedłużający), wgrać na pendriveswoje pliki, pobrać pliki innych ludzi. Lokalizacje dead dropsówznalazły się na utworzonej dla nich stronie internetowej, wraz zezdjęciami, dokumentującymi ich obecność i krótkim opisem,zawierającym np. pseudonim założyciela czy rozmiar pamięci.Ten zaskakujący pomysł przyjąłsię znacznie lepiej, niż spodziewał się jego twórca. W ciągupół roku od ruchomienia w Nowym Jorku pierwszych dead dropsów,zaczęły się one pojawiać w Europie i Azji. Ludzie umieszczali nanich wszystko: od seriali telewizyjnych, gier czy komiksów po swojąpoezję czy rodzinne zdjęcia. Po trzech latach na całym świeciejest już ponad 1200 punktów takiej bezsieciowej wymiany plików.Większość faktycznie znalazła się w murach budynków, aleznaleźć można też dead dropsy wtopione w asfalt, zagnieżdżone wdrzewach, czy przykute do mostów, na podobieństwo kłódek miłości.Sam Bertholl przekonany jest, żejego projekt sprawia, że ludzie zaczynają zastanawiać się zarównonad swoim życiem online, jak i funkcjonowaniem jako istotyspołeczne, szczególnie w odniesieniu do zmian, jakie zaszły wInternecie w ciągu ostatnich 10 lat. Możliwość przekształceniabudynku w napęd pamięci masowej pokazać ma, jak bardzo Siećzmieniła ekosystem człowieka.Dla wielu osób sama myśl opodłączaniu się do jakiegoś anonimowego złącza USB wystającegoze ściany może wydawać się głupotą, ale jak artysta podkreśla,niczym to się nie różni od zagrożeń związanych z wymianąplików w Sieci. Zaprasza też zresztą wszystkich do tworzeniawłasnych dead dropsów, opisując proces ich zakładania wporadniku na stronie WWW. Niektórzy czytają ten poradnik, a itak robią dead dropsy po swojemu, tworząc np. publicznie dostępnepunkty Wi-Fi, oferujące anonimowe FTP dla każdego, kto się do nichzaloguje. Dead dropsy dotarły już doPolski, choć w porównaniu do Niemiec jest ich u nas wciążstosunkowo mało. Z jakiegoś powodu jednak łatwo znajdziecie je wartystycznej Łodzi, gdzie punktów takich jest aż pięć. Zapewne wprzyszłości będzie ich więcej, pomysł przyciąga tychwszystkich, których cieszą gry terenowe i miejskie, zabawy wgeocaching. Jeśli chcecie więc sprawdzić, czy gdzieś w Waszejokolicy nie ma przypadkiem wmurowanego w ścianę pendrive'a,odwiedzcie stronę deaddrops.com/dead-drops/db-map/,zawierającą kompletną listę aktywnych dead dropsów.

Usługa e-mail już Operze niepotrzebna? Po trzech latach FastMail.fm znów niezależny

W 2010 roku Opera Software kupiła firmę Messaging Engine, dostawcęcałkiem dobrej usługi pocztowej FastMail.FM. Z czasem norweskiwłaściciel podjął decyzję o usunięciu z oferty darmowych kontpocztowych. FastMail miał zostać usługą premium dla klientówbiznesowych i wymagających użytkowników indywidualnych, zaś tym,którzy nie chcieli płacić, pozostawała usługa My Opera Mail, znaczniejednak uboższa pod względem możliwości, niż darmowe konta FastMaila.Być może jednak darmowe konta wrócą – byli pracownicy MessagingEngine zdołali wykupić od Opery pocztowy interes, dzięki czemuFastMail znów stał się niezależnym przedsięwzięciem.Użytkownicy poczty na FastMail.FM nie powinni zauważyć na razieżadnych zmian: cennik, zakres funkcjonalności, poziom niezawodności,wszystko to pozostaje na dotychczasowym poziomie. Rob Mueller zFastMaila zapowiadajednak na przyszły rok wielkie zmiany: ulepszony interfejs mobilny,wsparcie dla protokołów CartDAV i CalDav, by ułatwić synchronizacjękontaktów i kalendarzy między różnymi urządzeniami, większą wydajnośćbackendu i szybszą wyszukiwarkę. Wkrótce usługa otrzyma zaś nową,bardziej przejrzystą politykę prywatności.[img=opera]Jednak trzy lata to w Internecienaprawdę dużo czasu, i trudno powiedzieć, jak usługa, w którejskrzynka 10 GB (z możliwością wykorzystania własnej domeny) kosztuje40 dolarów rocznie, poradzi sobie wśród tych wszystkich darmowychofert. Oczywiście FastMail ma swoje zalety – wysoki poziomochrony prywatności, brak reklam, możliwość wykorzystania sprzętowychkluczy YubiKey do logowania czy możliwość edytowania adresuwysyłającego – ale dziś podobnemożliwości zapewnia wielu konkurentów, nierzadko tańszych, albowręcz darmowych.Sama Opera nie wyjaśniła,dlaczego pozbyła się FastMaila – wiadomo jedynie, że obecnieusługa e-mail nie mieści się w długofalowej wizji Opery.Rozstanie odbyć się miało za porozumieniem stron, które uznały, żeFastMaila czeka lepsza przyszłość, jeśli stanie się niezależną firmą.Warto jednak przypomnieć, że w 2010 roku Rolf Assev, dyrektorstrategii Opery, deklarował, że posiadanie najwyższej klasyusługi komunikacyjnej, w połączeniu z bogatym, przyciągającymdoświadczeniem WWW jest sprawą kluczową,zaś łącząc siły, Opera i FastMail.fm będą mogły zaoferowaćusługę taką na każdym urządzeniu.Czyżby więc e-mail naurządzeniach mobilnych był już passé?
Społecznościowe Wi-Fi: FunSpot to darmowy dostęp do Sieci w całym kraju dla użytkowników Neostrady

Społecznościowe Wi-Fi: FunSpot to darmowy dostęp do Sieci w całym kraju dla użytkowników Neostrady

Pomysł na tworzenie sieci hotspotów Wi-Fi, udostępnianych przezoperatora telekomunikacyjnego jego abonentom, nie jest nowy –pierwszym telekomem, który coś takiego zrobił, był DeutscheTelekom, który po przejęciu w 2001 roku firmy Voicestream zyskałsieć ponad 1200 punktów dostępowych w kawiarniach Starbucksa, byzaoferować możliwość darmowego korzystania z nich swoim klientom.Nowy pomysł Orange w tej dziedzinie nie jest jednak tylko kolejnąsiecią utrzymywanych przez operatora hotspotów, jakich pełnoznaleźć można w miejscach takich jak lotniska czy hotele. FunSpotwygląda na coś znacznie bardziej ambitnego.Z Neostrady pod koniec grudnia zeszłego roku korzystało ponad2,1 mln abonentów Orange, co czyni z niej jedną znajpopularniejszych usług dostępu do Internetu w Polsce. Znacznaczęść z nich korzysta z dostarczanego przez Orange routera Livebox. Teraz większość tych Liveboksówwykorzystana zostanie do utworzenia ogólnopolskiej sieci hotspotów,dostępnych dla każdego użytkownika Neostrady z Liveboksem, bezkonieczności wnoszenia dodatkowych opłat.[img=funspot-promo2]Orange usługę tę nazwało FunSpot. Jej rozwój zależy przedewszystkim od zaangażowania samych użytkowników Liveboksa. Jeślipo zalogowaniu się do paneluklienckiego Orange aktywują FunSpot, ich Livebox uruchomidodatkową, publicznie rozgłaszaną sieć, wydzielając z dostępnegoużytkownikowi pasma do 1 Mb/s dla innych. Jeśli uczestnik sieci FunSpot napotka taki hotspot, będąc np. wpodróży, będzie mógł się zalogować do niej, używając swoichdanych logowania do Neostrady. Punkt dostępowy zapewni mu wówczasograniczony co do szerokości wydzielonego pasma dostęp do Sieci,umożliwiając ruch sieciowy na wszystkich dostępnych przezNeostradę portach. Jak zapewnił Piotr Sobków, odpowiedzialny wOrange za wdrożenie projektu FunSpot, będzie można w ten sposóbpołączyć się przez VPN np. ze swoją siecią domową czykorporacyjną. Z kolei użytkownicy działających jako publicznehotspoty Liveboksów nie muszą się obawiać, że inni użytkownicywysycą ich pasmo, pogarszając jakość działania usługi Neostrada– routery te nie tylko ograniczają pasmo udostępniane publicznejsieci, ale też i priorytetyzują ruch z sieci domowej. Pełnaizolacja między obiema sieciami, domową i publiczną, gwarantujeteż, że użytkownik Liveboksa nie zostanie pociągnięty doodpowiedzialności karnej za niezgodne z prawem działania innychużytkowników usługi.Pilotażowo FunSpota uruchomiono już miesiąc temu na terenieWarszawy. Od tego tygodnia objęła cały kraj, i jak twierdzioperator, aktywowanych FunSpotów ma być już 400 tysięcy. Abyułatwić ich znalezienie, przygotowana została aplikacjadla Androida, pozwalająca nie tylko na wyszukanie dostępnych wokolicy hotspotów, ale też na wygodne zarządzanie połączeniami.Wersje aplikacji dla iOS-a oraz Windows Phone są w trakcieopracowywania.[img=funspot]Firma podkreśla, że aby korzystać z usługi, nie trzeba miećwłączonego u siebie Liveboksa – osoby, które wyjechały np. naurlop i wyłączyły w domu urządzenia elektryczne, wciąż mogąsię logować do FunSpotów, o ile nie zrezygnowały też ze swojegouczestnictwa w społeczności użytkowników usługi. W sytuacji, gdy jakość połączeń 3G czy 4G w naszym krajuwciąż nie jest najlepsza, a ceny tych usług, szczególnie dlaużytkowników bez stałego abonamentu są dość wysokie, pomysłOrange wygląda na przełomowy. FunSpoty oczywiście nie zastąpiąsieci komórkowych, ale mogą okazać się dla podróżujących pokraju użytkowników Neostrady sposobem na darmowy, calkiem wygodnydostęp do Sieci. Co więcej, w przyszłości nie będzie todotyczyło tylko podróżników krajowych – w planach firmy jestumożliwienie dostępu do „społecznościowych” hotspotów zagranicą, w krajach gdzie Orange pracuje nad wdrożeniem podobnychusług.

Facebook sięga po techniki sztucznej inteligencji, by lepiej zrozumieć swoich użytkowników

Marketing społecznościowy, czyli wykorzystanie Facebooka i jemupodobnych serwisów do celów reklamowych, swój okres świetności ma jużchyba za sobą. Po początkowej ekscytacji dość szybko się okazało, żerozmaite działania promocyjne w socialmedia niekoniecznie przekładają się na wzrost sprzedaży.Jeśli jednak nowy projekt ludzi Zuckerberga powiedzie się, tonajwiększy serwis społecznościowy świata będzie mógł znacznieskuteczniej handlować swoimi użytkownikami, oferując reklamodawcomniespotykane gdzie indziej możliwości.Michael Schroepfer, dyrektor techniczny Facebooka, poinformował outworzeniu w firmie nowej grupy badawczej, zajmującej się sztucznymiinteligencjami, a w szczególności technikami maszynowego uczenia się.Na jej czele stanął przejęty z Google ekspert od technik typu deeplearning Marc'Aurelio Ranzato, a w skład wchodzą Yaniv Taigman,współtwórca służącego rozpoznawaniu twarzy startupu Face.com, ekspertod maszynowego rozpoznawania obrazu Lubomir Bourdev i doświadczonyprogramista Facebooka Keith Adams. [img=ai-brain]Na razie większość prac grupy pozostaje tajemnicą. Wiadomojedynie, że chodzi o wykorzystanie technik głębokiegouczenia (deep learning),wykorzystujących sieci neuronowe do modelowania złożonych strukturinformacyjnych o wielu wejściach. Dzięki temu, zamiast przechowywaćwielkie zbiory nieuporządkowanych danych, zapamiętuje się w siecineuronowej powiązania pomiędzy obiektami, budując poszczególne ideejako warstwy definicji – tak że prostsze idee wspólniedefiniują idee bardziej złożone, które wykorzystywane są dozdefiniowania jeszcze bardziej złożonych idei.Techniki głębokiego uczeniaprzedstawiane są jako klucz do zbudowania silnych sztucznychinteligencji, i mimo opinii sceptyków, a ich popularność w IT stalerośnie, przede wszystkim dzięki rosnącej dostępności niedrogich,wydajnych procesorów graficznych, idealnie się nadających dorównoległego przetwarzania danych. Uruchamiane na nich algorytmypozwalają na uzyskiwanie dobrych wyników dla niepewnych,nieskategoryzowanych zbiorów danych – wykrywania obiektów nafotografiach, przewidywania zachowań, czy nawet wnioskowania oemocjach czy zdarzeniach, które nie zostały otwarcie umieszczone wtekstowym opisie. Nie jest to pierwsze podejścieFacebooka do sztucznych inteligencji. Schroepfer wyjaśnił, że serwisjuż korzysta z prostszych technik maszynowego uczenia się doodfiltrowywania powiadomień, których liczba przekracza nawet 1500dziennie, tak by użytkownicy zobaczyli przede wszystkim te 30-60najważniejszych dla nich. W miarę jak ludzie pozyskują nowychznajomych, i więcej czasu spędzają z Facebookiem wskutekupowszechnienia się klientów mobilnych, rośnie ilość danych doprzetworzenia, trzeba będzie znaleźć lepsze metody. Niejest tak, że raz spojrzę wieczorem na powiadomienia –nieustannie spoglądam na telefon, czekając na znajomego czy siedząc wkawiarni. Mamy pięć minut na to, by naprawdę cię zabawić –stwierdził Schroepfer.Tak potężne narzędzia nie będąsłużyły tylko ulepszeniu strumienia powiadomień z Facebooka. Dyrektortechniczny serwisu przyznał, że chodzi przede wszystkim o zrozumienieznaczenia i wagi, jaką użytkownicy przykładają do informacjidzielonych między sobą w Sieci. Umożliwi to nie tylko przedstawianieim treści bardziej dopasowanych do ich zainteresowań, ale i bardziejprecyzyjne targetowanie reklam i przewidywanie reakcji na nie. W teorii takie mechanizmy mogłybypozwolić Facebookowi na dynamiczną optymalizację treści reklam,sugerując reklamodawcom, że użycie tych a tych sformułowań pozwoli nazwiększenie zasięgu o kilka procent, czy podpowiadając, jakie grafikipowinny zostać użyte, aby przyciągnąć uwagę pożądanej grupydocelowej. Wiedza o tym, co kogo interesuje, co ma dla nas znaczenie,wyciągana byłaby wówczas nie tylko z otwarcie zadeklarowanej listyzainteresowań, ale i kontekstu naszych komentarzy oraz relacjiutrzymywanych z innymi użytkownikami Facebooka. Serwis Zuckerberga nie jestoczywiście jedynym, który zainteresował się takimi technikami.Renesans zastosowania sieci neuronowych w AI jest widoczny także wgrupach pracujących w Microsofcie czy Google. Jednak to Facebook dziśdysponuje największym na świecie zbiorem informacji o internautach –i zapewne, jeśli tylko znajdzie sposób na to, by przekształcićnieuporządkowane informację w głęboką wiedzę o użytkownikach, niecofnie się przed jej komercjalizacją.

RIAA chce, by przeglądarki „chroniły” użytkowników przed pirackimi treściami

Stowarzyszenie producentów amerykańskiej branży muzycznej nie oddzisiaj gra pierwsze skrzypce w walce z internetowym piractwem. Wrazz siostrzaną organizacją branży filmowej MPAA robi to na tyleskutecznie, że w wielu krajach zaczęto interpretować zapisy prawa wsposób znacznie znacznie ostrzejszy, niż było to zamierzone przezustawodawców, zaś niejeden dostawca usług internetowych wprowadziłzmiany, znacznie utrudniające wykorzystanie ich do rozprowadzaniaspiraconych treści. Te wszystkie osiągnięcia jednak RIAA niewystarczają – w swoich żądaniach posuwa się dalej. Wedługnowej wizji stowarzyszenia, z piractwem walczyć się powinno już napoziomie przeglądarek.Cary Sherman, dyrektor zarządzający RIAA, wystąpić ma dzisiajprzed komisją amerykańskiego Kongresu, by wyjaśnić, jak powinnawyglądać współpraca pomiędzy właścicielami praw autorskich adostawcami usług i jak powinno się rozumieć zapisy ustawy DMCA.Strategię stowarzyszenia można określić w kilku słowach jakopartnerstwo, a nie konfrontacja. Zamiast szarpać się zdostawcami usług po sądach, znaleźć należy formułę, w ramach którejzawierane będą z nimi dobrowolne, obustronnie korzystne umowy.[img=pirate]Aby cyfrowy rynek mógł funkcjonować, musimy zapewnić, że tymwszystkim dynamicznym, zgodnym z prawem i autoryzowanym technologiomnie będą przeszkadzać ci, którzy dopuszczają się nielegalnejdziałalności. Kluczowym elementem na drodze do tego celu będądobrowolne inicjatywy, podejmowane z internetowymi pośrednikami– powie podczas przesłuchania Sherman.Szef RIAA odniesie się także do już podjętych inicjatyw, takichjak Copyright Alerts System (który jego zdaniem już przyniósłpierwsze pozytywne efekty w walce z nielegalnym rozpowszechnianiemtreści przez sieci P2P), czy zamykaniu kont i blokowaniu płatności,mających związek z piractwem, przez takich operatorów jak Visa,Mastercard, Amex czy PayPal (w ciągu dwóch lat od rozpoczęcia tejoperacji, zablokowanych miało zostać ponad 1500 kont należących dopiratów).RIAA liczy na to, że dzięki wspólnym inicjatywom uda się rozwiązaćproblem treści generowanych przez użytkowników. Organizacja chcemasowego wdrożenia technologii cyfrowych odcisków, dzięki którejbędzie łatwiej filtrować nielegalnie rozpowszechniane klipy audio iwideo, ułatwienia właścicielom praw autorskich dostępu do danychidentyfikujących użytkowników, zidentyfikowania i blokowania witrynsłużących do naruszania praw autorskich, a także śledzenia,identyfikowania i blokowania osób, które notorycznie w generowanychprzez siebie treściach wykorzystują objęte prawną ochroną materiały.Czy to nie za duże oczekiwania? Oczywiście, że nie – todopiero początek żądań RIAA. Stowarzyszenie jest niezadowolone ztego, co udało się uzyskać od Google. Wyszukiwarkowy gigant, zdaniemShermana, niewiele robi, by pomóc w walce z piractwem. Aprzecież powinno być tak, że ustalając kolejność linków w wynikachwyszukiwania, wyszukiwarka brałaby pod uwagę to, czy dane strony sąautoryzowane, czy też nie. Uwzględniano by w tym nie tylko liczbężądań usunięcia linków, wysyłanych w ramach procedur DMCA –Sherman chce, aby domyślnie pozycja stron aprobowanych przez jegostowarzyszenie była w wynikach wyszukiwania wyższa.Szef RIAA przypomina, że Google dysponuje technologią pozwalającąna usunięcie wszystkich pirackich treści – w ten sposóbusunięte miały być z wyszukiwarki materiały związane z pornografią zudziałem dzieci. Co więcej, technologie te nie kończą się tylko nawyszukiwarce – tak samo należy tu wykorzystać przeglądarkę.Google ma narzędzia by ostrzegać użytkowników Chrome przed wejściemna witrynę ze złośliwym kodem. Czy ta technologia nie powinna byćużyta też do ostrzegania przed pirackimi witrynami? – pytaSherman, zauważając, że w ten sposób Google mogłoby też wyróżniaćautoryzowane witryny. Marzy mu się sytuacja, w której „dobre”strony zostają oznaczone certyfikatami bezpośrednio w wynikachwyszukiwania, tak by użytkownik wiedział, że dana witryna jest wzgodzie z prawem i płaci tantiemy twórcom treści.W walce z piractwem to wszystko jednak może nie wystarczyć –piraci przecież zaczynają tworzyć własne przeglądarki do omijaniacenzury. Może zatem RIAA powinno przyjrzeć się bliżej chińskiemumodelowi i zaproponować budowę Wielkiego Amerykańskiego Muru, któryochroniłby wreszcie amerykańską własność intelektualną?

Polski rynek LTE: Play chce zapewnić dostęp do swojej sieci 4G na 66% powierzchni kraju

Niezbyt przemyślana polityka PR-owa Play sprawiła, że wodniesieniu do tej firmy mówi się dziś przede wszystkim o decyzjiUOKiK-u, zgodnie z którą na operatora nałożono karę w wysokościponad 8 mln złotych za niezastosowanie się do wyroku SOKiK-u iograniczania abonamentom możliwości dochodzenia odszkodowań za stratyspowodowane brakiem dostępu do usług telekomunikacyjnych. Tymczasemoperator, który w lutym br. okazał się faktycznymzwycięzcą przetargu na pasmo 1800 MHz, otrzymując trzy z pięciudostępnych pakietów częstotliwości, przedstawił właśnie swoje planywdrożenia usług LTE, które – jeśli zostaną zrealizowane –uczynić go powinny liderem polskiego rynku 4G. A czym jest marne 8mln złotych dla lidera?Już w listopadzie pod marką P4 Play zaoferować ma usługi LTE w 13polskich miastach (mapę zasięgu możecie obejrzeć tutaj).Jak poinformowano, zasięg sieci będzie stopniowo rozszerzany, tak bydocelowo objąć 70% populacji kraju, z wykorzystaniem 3,2 tys. stacjibazowych. Pozostałe obszary, na których LTE nie będzie dostępne, mająbyć objęte siecią HSPA+. Nie wiadomo jednak, kiedy Play zamierzaosiągnąć swój maksymalny planowany zasięg. Gdy to jednak nastąpi,Play powinien obejmować swoją siecią nieco większy obszar niż jegogłówny konkurent, Polkomtel, który w maju br. zadeklarował, żezamierza zapewnić dostęp do sieci na 66% powierzchni Polski. [img=play]Za przyjemność korzystania z LTE w Play zapłacić trzeba będzie ok.50 zł miesięcznie – to cena za podstawowy pakiet, beztelefonu/tabletu, z limitem transferu 2 GB. Maksymalna szybkośćpobierania w sieci LTE Play wynieść ma do 150 Mb/s. Oznacza to, że narazie nie ma mowy o LTE Advanced – a przecież jeszcze w zeszłymroku Play deklarował, że nie jest zainteresowany LTE. Godna uwagi dlaoperatora miała być dopiero technologia LTEAdvanced, zapewniająca przepustowość do abonenta na poziomie 1Gb/s.A co z z LTE u konkurencji? Główny przegrany przetargu na pasmo1800 MHz, kontrolowana przez Orange TPSA, początkowo bagatelizowałaznaczenie tego pasma, twierdząc, że i tak najważniejsza dlaoperatorów jest częstotliwość 800 MHz, jako jedyna, która umożliwizapewnienie usług 4G na obszarze poza dużymi miastami. Najwyraźniejjednak aż tak mało ważne 1800 MHz dla TPSA nie jest – kilka dnitemu podpisałaumowę z polskim T-Mobile o współdzieleniu infrastruktury 4G, ajak wiadomo, T-Mobile w przetargu na to pasmo otrzymał dwa blokiczęstotliwości. Jak będzie wdrażanie usług 4G u tych operatorówwyglądało w praktyce, na razie więc nie wiadomo.Głównym konkurentem dla Playa pozostanie więc jeszcze długoPolkomtel, który po niedawnej modernizacji swojej sieci LTE w paśmie1800 MHz jestw stanie dostarczyć usługi te dla 50% mieszkańców kraju,pozostałym oferując HSPA/HSPA+. Ma też w swojej ofercie sprzętuzgodnego z 4G najszerszy wachlarz urządzeń – smartfony,tablety, modemy, routery i laptopy. Zapewnia przy tym swoim niektórymabonentom (taryfy Bez Limitu i Rozmowne) bezpłatny dostęp do Sieciprzez LTE. Jeśli Play będzie chciał przebić tę ofertę, to powinienzastanowić się przynajmniej nad zwiększeniem transferu dla swojegopodstawowego pakietu, gdyż zapowiedziana cena przebija ceny nawetaustralijskichoperatorów, znanych ze swoich wyśrubowanych stawek.