sprzet (strona 311 z 338)

Windows, twarde dyski czy nawet kable od monitorów – to wszystko zabawki NSA?

Gdyby oceniać NSA po tym, jak Edwardowi Snowdenowi łatwo przyszłowyprowadzić z serwerów organizacji tajne dokumenty, czy też po tym,jak wiele wysiłku i czasu jej agenci włożyliw poszukiwanie islamskich terrorystów w World of Warcraft, totrzeba byłoby uznać, że raczej nie ma się czego obawiać. Popisomniekompetencji towarzyszą jednak spektakularne osiągnięcia, za któreodpowiedzialna jest w NSA jedna elitarna jednostka „cyfrowychhydraulików” – Tailored Access Operations (TAO). DerSpiegel odsłonił właśnie fascynujące kulisy pracy ludzi, którzy są wstanie śledzić i podsłuchiwać większość internautów za pomocąpopularnego oprogramowania i popularnych usług internetowych.Po wydarzeniach z 11 września NSA otrzymało carte blanche dlaswoich działań: tajny, nieograniczony praktycznie niczymbudżet, dostęp do zasobów innych organizacji wywiadowczych,niezależność od politycznej kontroli. Pozwoliło to na rekrutacjęnowych ludzi i zakrojone na dużą skalę inwestycje w infrastrukturę.Jedną z takich inwestycji było przejęcie budynków byłej fabryki Sonyw San Antonio (Teksas), której hale, magazyny i powierzchnia biurowaposłużyły za dom dla specjalnej jednostki, która od swojego powstaniaw 1997 roku miała tylko jedną misję: dostać się tam, gdzie niemożna się dostać.Historyk Matthew Aid, specjalizujący się w historii NSA, określaTAO jako cudowną broń wywiadu USA,która umożliwiła uzyskanie dostępu do najlepiej strzeżonych celów,korzystając z całej palety narzędzi, od cyberterroryzmu po tradycyjneoperacje szpiegowskie. Tylko w ostatniej dekadzie agenci TAOzinfiltrowali 258 celów w 89 krajach, wśród których byli przywódcypaństwowi, wewnętrzne sieci operatorów telekomunikacyjnych czyserwery bezpiecznej poczty Blackberry BES. Oczywiście agentów realizującychtakie operacje nie znajdzie się wśród typowych pracowników wywiadu.TAO rekrutuje w hakerskich kręgach, a dyrektor NSA, generał KeithAlexander, niejednokrotnie pojawiał się na konferencjach ekspertówbezpieczeństwa ubrany nie w mundur, lecz w dżinsy i koszulkę zkrótkim rękawem, by zdobyć zaufanie nowego pokolenia potencjalnychpracowników. Jak donosi Spiegel, taka postawa opłaciła się –szeregi agentów TAO rosły szybciej, niż jakiejkolwiek innej jednostkiwywiadowczej, a jej kolejne bazy pojawiały się nie tylko w USA, ale iw Europie: jeden z najważniejszych zamorskich oddziałów znajdować sięma w wojskowej bazie USA pod Frankfurtem. [img=crypto-break]Najważniejszy pozostaje jednakTeksas: tamtejszy oddział, w którym do 2015 roku pracować ma 270agentów TAO, odpowiada za ataki przeciwko celom na Bliskim Wschodzie,na Kubie, Wenezueli, Kolumbii i oczywiście w Meksyku. Południowysąsiad ma bowiem szczególne znaczenie dla NSA: poświęcono muwyodrębnioną operację pod kryptonimem WHITETAMALE, mającą na celuprzeniknięcie meksykańskiego aparatu bezpieczeństwa, Secretaría deSeguridad Pública. To federalne ministerstwo, po przejęciu przez NSAjego wewnętrznych systemów telekomunikacyjnych, stało się bezcennymźródłem wiedzy o przemycie narkotyków, nielegalnej emigracji izagrożeniach dla bezpieczeństwa granicy.Takie operacje są już dla TAOcodziennością – jednostka dorobiła się własnego pionudeweloperskiego. W nim to agenci opracowują i testują nowe narzędziapenetracyjne, których nie powstydziłby się James Bond. Z uzyskanychprzez Spiegla prezentacji NSA wynika, że przejmowane są niemalwszelkie urządzenia wykorzystywane w cyfrowym życiu – serwery,stacje robocze, zapory sieciowe, routery, smartfony, centralkitelefoniczne, systemy sterowania przemysłowego itp.Najprawdopodobniej to właśnie agenci TAO uczestniczyli wopracowywaniu robaka Stuxnet, który zniszczył około 1000 wirówek wirańskiej instalacji wzbogacania uranu w Natanz.Do ulubionych narzędzi TAO, ztego co ujawnia Der Spiegel, należą systemy operacyjne z rodzinyWindows. Od lat agenci tej jednostki bawią się na koszt Microsoftu,wykorzystując usterki w „okienkach” do namierzania iidentyfikowania swoich celów. TAO zbudować miało bazujący naszpiegowskim narzędziu Xkeyscore system przechwytywania komunikatów obłędach wysyłanych na serwery w Redmond. Za każdym razem, gdy nakomputerze śledzonej przez NSA osoby zawiesi się jakiś program,odpowiedzialny agent TAO zostaje o tym powiadomiony. Przejęte raportyo błędach dają agencji pasywny dostęp dokomputera ofiary, w szczególności wiedzę o tym, jakie to luki wzabezpieczeniach można by wykorzystać, do umieszczenia szpiegującegomalware. Nie są to incydentalne sprawy – do końca 2013 roku wten sposób zinfiltrowane miało być 85 tysięcy komputerów na całymświecie.Pierwsze narzędzia wykorzystywanedo infiltracji były dość prostackie. Po prawdzie był to zwykły spam –rozsyłanie e-maili z załącznikami czy linkami prowadzącymi dohostujących malware witryn. Skuteczność takich ataków nieprzekraczała 1%. Dziś jednak TAO dysponować ma znacznie lepszymimetodami. Opracowany przez programistów jednostki zestaw narzędzi onazwie kodowej QUANTUMTHEORY pozwalać ma na skuteczną infiltracjękomputerów nawet w 80% wypadków. Ofiarami narzędzi QUANTUM paść miałynajwiększe serwisy internetowe, w tym Facebook, Yahoo!, Twitter iYouTube (podobno jedynie macierzyste usługi Google'a okazały sięodporne na te formy ataku). Wśród narzędzi z zestawuQUANTUMTHEORY szczególną rolę odgrywa dziś QUANTUMINSERT,wykorzystany ostatnio z powodzeniem do zinfiltrowania komputerówprzedstawicieli państw członkowskich organizacji eksporterów ropynaftowej OPEC w jej siedzibie w Wiedniu. Narzędzie to korzystać ma zinternetu cieni,ukrytej przed postronnymi sieci, składającej się z ukrytych serwerówi routerów NSA, jak również przejętych przez tę agencję innych sieci,zdalnie sterowanych za pomocą implantów,umieszczanych w sprzęcie. TAOśledzić ma w ten sposób swoje cele, zbierając ich cyfrowe odciski –charakterystykę przeglądarki, przechowywane ciasteczka czy adresy.Gdy zgromadzone zostanie już dość informacji o nawykach celu, systemprzełączany jest w tryb ataku. Gdy tylko datagram zawierającyśledzone ciasteczko przejdzie przez router monitorowany przez NSA,wszczynany jest alarm, ustalana witryna, którą ofiara próbujeodwiedzić, a następnie aktywuje się jeden z ukrytych serwerów,znanych pod nazwą kodową FOXACID.Serwery te próbują odpowiedziećna zapytanie internauty szybciej, niż zrobiłaby to prawdziwa witryna,przedstawiając mu sfałszowaną wersję strony. Ofiarą serwerów FOXACIDmieli się w ten sposób stać np. pracownicy belgijskiego telekomuBelgacom, którzy chcąc zalogować się do LinkedIn, trafiali na serweryFOXACID, które atakowały ich komputery specjalnie skrojonym pod ichmaszyny złośliwym oprogramowaniem. To nie koniec – jak wynika zujawnionych dokumentów, w tym roku jednostka zdołała w ten sposóbzinfiltrować nawet system zarządzania podmorskim kablem SEA-ME-WE-4,łączącym Europę z Północną Afryką, krajami Zatoki Perskiej,Pakistanem i Indiami, aż do Malezji i Tajlandii.Działania TAO nie kończą się na software'owych operacjach –czasem trzeba sobie „pobrudzić dłonie”. Wiele udanychoperacji wiąże się z uzyskaniem wsparcia CIA czy FBI, którychsamoloty i helikoptery dostarczają i odbierają agentów TAO do miejsc,do których przez Internet dostać się nie da. Czasem też trzebapodłubać w sprzęcie. Gdy nadzorowana przez NSA osoba, organizacja czyfirma zamówi dostawę sprzętu komputerowego, przesyłka kurierska możesię „zagubić” na kilka godzin. W tym czasie agenci TAOostrożnie otworzą paczkę, wgrają „ulepszone” firmware dopodzespołów, czy nawet zainstalują sprzętowe furtki. Metoda tapozwalać ma NSA na uzyskiwanie dostępu do komputerów na całymświecie, i jest zachwalana jako jedna z najbardziej owocnych.Te sprzętowe furtki są już jednak dziełem innych ludzi, zjednostki o nazwie ANT (prawdopodobnie od Access Network Technology).To eksperci od dłubania w sprzęcie, którzy chwalą się swoimiumiejętnościami w 50-stronicowym dokumencie, wyglądającym niczymkatalog reklamowy narzędzi dla włamywaczy. Tam gdzie producencisprzętu, tacy jak Juniper Networks,chwalą się idealnymi narzędziamichroniącymi sieci organizacji przed włamaniami i szpiegostwem, tamANT dostarcza odpowiednich wytrychów. W przypadku Junipera noszą onenazwę FEEDTHROUGH i pozwalają złośliwemu oprogramowaniu na przebiciesię przez zapory sieciowe, a także przetrwanie restartów systemu iaktualizacji. W swoim katalogu eksperci z ANT chwalą się nawet, żeFEEDTHROUGH zostało wdrożone na wielu docelowych platformach.Na Juniperze się nie kończy: katalog przedstawiać ma „ulepszone”firmware dla twardych dysków, specjalne pamięci USB z nadajnikamiradiowymi, sfałszowane stacje bazowe telefonii komórkowej, a nawetkable do monitorów, pozwalające agentom TAO widzieć to, co widzą naekranach ich ofiary. Wszystko to ma swoją cenę – od narzędzidostępnych za darmo, po sprzęt, który kosztuje sporo i zapewne trzebago zmieścić jakoś w budżecie operacyjnym, więc katalog pomocnie takieceny podaje.Jeśli zaś istnieją jakieś systemy i sprzęt, dla których ANTjeszcze wytrychów nie opracował, to wyłącznie jest to kwestia czasu –autorzy katalogu obiecują, że ciężko pracują nad nowymi narzędziami,które będą dostępne już w jego kolejnych wydaniach. Cóż,nieograniczony i tajny budżet pozwala najwyraźniej czynić cuda.A teraz czas na sprawdzenie sum kontrolnych firmware w naszychkomputerach. Pamiętajmy też o kablach do monitorów.

Tam gdzie ważna jest niezawodność, napędy SSD Intela wciąż bez konkurencji

Coraz więcej użytkowników sprzętu PC decyduje się zastąpićklasyczne dyski twarde napędami SSD – z danych opracowanych przezanalityków Trendfocus, sprzedaż SSD wzrosła w ciągu 2013 roku o53%, a liderem tego rynku pozostaje Samsung, z którego liniimontażowych wychodzi już niemal co trzeci SSD.Taki stan rzeczy jest zrozumiały: po pierwsze, upowszechnienie sięstreamingu sprawiło, że typowy internauta nie przechowuje jużlokalnie tyle mediów, co w poprzedniej dekadzie, po drugie, trudnowskazać na jakikolwiek inny niż napęd SSD komponent PC, któregonabycie jest w stanie w takim stopniu poprawić komfort pracy. Lastbut not least, nie można zapominać o niezawodności: wedługdanych IDC roczny poziom zwrotów gwarancyjnych dla twardych dyskówma być trzykrotniewyższy, niż dla dysków SSD. Pod względem niezawodności dyski SSD równe jednak sobie nie są.Jak można się spodziewać, najgorzej wypadają tu napędy ś.p. OCZ– według badańz 2011 roku, opublikowanych we francuskim serwisie hardware.fr,wskaźnik RMA (return merchandise rate) dla napędów tej firmywynosił aż 3,5% (na każdy tysiąc dostarczonych do sklepów sztuk,do producenta wracało 35 nie działających). Na drugim biegunieniezawodności znalazł się Intel, którego RMA wyniósł w tejkategorii sprzętu ledwie 0,3%. Wszystko zależy jednak od sposobueksploatacji: te RMA nie uwzględniały raczej sytuacjiekstremalnych, w którym pamięciom naprawdę „przykręcono śrubę”.Co dzieje się z tymi intelowymi SSD w trudnych warunkach?[img=intelssd]Sprawie bliżej przyjrzał się poeta-inżynier Luke KennethCasson Leighton, znany deweloper Debiana i ekspert od dziwnych istarożytnych technologii IT. Przygotował raport,który jest efektem doświadczeń z wdrożenia ponad 200 niedrogichnapędów OCZ, a potem, gdy wskaźnik poważnego uszkodzenia danychprzekroczył dla nich 50%, zastąpienia ich przez 500 napędówIntela (które odnotowały jedynie trzy nieodwracalne awarie). Wkońcu jednak i te 500 napędów Intela dożyło kresu swojegoużytkowania – więc trzeba było poszukać dla nich zamienników.Okazuje się, że sytuacja niewiele się zmieniła w ciągu tychwszystkich lat.Leighton potrzebował napędów o niewielkiej pojemności, za towysokiej niezawodności – jak pisze, napęd 8 GB wystarcza naprzechowanie miesiąca danych z czujników przemysłowych,zostawiając jeszcze 1,5 GB na system operacyjny. Panujące ostatnimiczasy przekonanie, że większość problemów z SSD bierze się zprzerw w zasilaniu powinno skłonić do przyjrzenia się napędomklasy Enterprise, z mechanizmami Power Loss Protection, są onejednak bardzo drogie, więc do pierwszej rundy testów trafiłycztery relatywnie tanie napędy – Crucial M4, Toshiba oniewymawialnej nazwie, Intel S3500 i Innodisk 3MP. Dodatkowoprzetestowano stare napędy OCZ i Intela.Procedura testowa objęła startowanie systemu z włączaniem iwyłączaniem zasilania, równoległe operacje zapisu plików ikatalogów na wielką skalę oraz bezpośredni zapis na dysk. Wynikisą całkiem interesujące:napędów Crucial M4 nawet nie ma co kupować: po 1600 cyklachzasilania SMART zgłosił ponad 20 tys. błędów CRC, po 1900cyklach liczba błędów CRC wzrosła do 40 tys. pojawiły się teżbłędy LBA.Toshiba o niewymawialnej nazwie (THNSNH060GCS) działaświetnie, o ile utrzyma się szybkości zapisu poniżej 20 MB/s.Przyspieszenie kończy się kraksą po kilku minutach –najwyraźniej są w tych napędach jakieś układy zabezpieczająceprzed utratą zasilania, ale zasób dostępnej im energii jestniewystarczający, by poradzić sobie przy dużej liczbie zapisów.Innodisk 3MP (najtańszy nowy napęd spośród testowanych),choć jest niezawodny, to przy równoległych operacjach zapisuodnotowuje ogromny spadek szybkości.OCZ Vertex 32 GB wcale nie jest zły, jak myślano. Problemtkwi w firmware – producent, wbrew ostrzeżeniom ludzi z Sandforce,dążył do przyspieszenia swoich napędów za wszelką cenę.Doprowadził więc do sytuacji, w której szybko zapisywane dane sązapisywane jak popadnie. Jeśli ktoś potrzebuje taniego SSD, to tennapęd OCZ jest całkiem dobry, pod warunkiem wgrania na niegostarszej wersji firmware w wersji 1.6.stary Intel 320 i nowy S3500 są niezniszczalne. Nie wiadomo,co takiego Chipzilla robi ze swoimi napędami, ale nie udało siędoprowadzić ich do jakiejkolwiek awarii. 6500 cykli zasilania przezwiele dni, w tym czasie zapis i odczyt wielu terabajtów danych – iani jeden bajt nie został utracony. Być może Intele nie są tanie(80 GB kosztuje 400 zł, 400 GB około 2000 zł), ale jak twierdziLeighton, tam gdzie ważna jest niezawodność, nie ma sensu kupowaćczegokolwiek innego niż napędy Intela.W najbliższym czasie testami objęte mają być napędy Samsunga.O wynikach oczywiście powiadomimy.

PC Plus: rok 2014 będzie rokiem Androida na desktopie?

Do tej pory pozycji systemów operacyjnych Microsoftu na OEM-owymrynku nic nie zagrażało. Jedyną okazją dla typowego konsumenta,by zobaczyć cokolwiek innego niż Windows na wyłożonych na półkachsupermarketów komputerów było zapuszczenie się do działu zesprzętem Apple'a. Niestety, coraz więcej tych maszyn z Windows napółkach tylko zalega, nie mogąc znaleźć nabywcy. Według IDC, wroku 2013 sprzedaż PC dla użytkowników domowych zmalała o niemal15%, a przyszły rok będzie jeszcze gorszy. Tak złe wyniki zmuszająproducentów komputerów osobistych do bezprecedensowych działań,które analitycy określili już jako bunt przeciwko Microsoftowi.Najwyraźniej OEM-y nie chcączekać na Windows 8.2, czy jak tam nowy system operacyjny z Redmondbędzie się ostatecznie nazywał. Już w styczniu, podczas ConsumerElectronics Show w Las Vegas pokazane ma być przynajmniej 50urządzeń, które działać będą pod kontrolą dwóch systemówoperacyjnych – Windows 8.1 i Androida. Jak mówi Tim Bajarin zfirmy Creative Strategies, te nowe hybrydowe maszyny mają byćokreślane jako PC Plus.Pod nazwą tą Intel i jego partnerzy rozumieją sprzęt, którybędzie tabletem, kiedy tego chcesz, laptopem, kiedy tegopotrzebujesz.[img=android-laptop]Nowa klasa sprzętu,umożliwiającego zarówno niemal natychmiastowe przełączanie sięmiędzy systemami operacyjnymi, jak i uruchamianie aplikacji Androidaw okienkach Windows, ma być najgorętszym tematem przyszłorocznegoCES – i według Patricka Moorheada, powinna przerazićMicrosoft. Jest bowiem otwartymbuntem przeciwko dotychczasowej polityce Microsoftu, w którejtradycyjny desktop został przeobrażony nie do poznania, by sprostaćwymogom stawianym przez ekrany dotykowe.Loren Loverde, wiceprezes IDC,podkreśla, że konsumenci pokazali już, że nie chcą tych zmian –spadkowi sprzedaży komputerów z Windows 8/8.1 towarzyszy jedynieniewielki wzrost sprzedaży tabletów z tym systemem, w żaden sposóbnie mogący zastąpić odczuwanych przez OEM-y strat. Choć wMicrosofcie trwają prace nad kolejną wersją Windows, mającąnaprawić błędy popełnione przy wydaniu „ósemki”, producencisprzętu nie chcą czekać. Komputery PC Plus mają być jednym zesposobów na „przerobienie” Windows, a może nawet znalezieniealternatywy dla systemu z Redmond. Moorhead zauważa, że PC Plusmoże doprowadzić do oswojenia się milionów użytkowników zAndroidem na pecetach. Łatwo sobie wyobrazić konsekwencje tego, comogłoby się stać, gdy kolejna wersja google'owego systemu zostanieusprawniona pod kątem pracy na dużych ekranach.Według Bajarina najtańsze PCPlus będą dostępne w cenie już od 299 dolarów, podczas gdy cenymodeli z najwyższej półki sięgnąć mogą nawet 1299 dolarów.Nie wszystkie z nich będą zresztą wykorzystywały czipy Intela, wwielu urządzeniach pojawić się mają APU od AMD. Cozastanawiające, samo Google w ogóle się do takich planówwykorzystania Androida nie odniosło. Niewiele zresztą miałoby wtej kwestii do powiedzenia – to już kwestia producentów sprzętu,co z tym opensource'owym systemem zrobią. Nie muszą sięgać nawetpo licencje na androidowe aplikacje Google'a, pozwalające na dostępdo oficjalnego sklepu z aplikacjami Play: łatwo sobie wyobrazić, żeIntel mógłby pójść w ślady Amazonu i uruchomić własny sklep zaplikacjami, dla PC Plus z Androidem skompilowanym dla procesorówx86.
Nowy Mac Pro nie ma rywali? Porównywalny PC droższy o 2200 dolarów

Nowy Mac Pro nie ma rywali? Porównywalny PC droższy o 2200 dolarów

Cen komputerów Apple'a z linii Mac Pro nigdy nie można byłookreślić jako niskie. O ile jeszcze laptopy z Jabłuszkiem mogłyrywalizować z wysokiej klasy laptopami z Okienkami, to już wwypadku tych apple'owych stacji roboczych o cenowej rywalizacji niebyło mowy: za te same pieniądze można było skonstruować znaczniewydajniejsze markowe PC na równie dobrych podzespołach. Mac Propozostawał sprzętem dla tych, którzy uwielbiają OS-a X i FinalCuta, i z tych czy innych powodów nie chce im się bawić wbudowanie Hackintoshy (do czego gorąco namawiał popularny blog dlafilmowców-amatorów nofilmschool.com).Kilka dni temu na rynku pojawił się jednak zupełnie nowy Mac Pro –i niespodziewanie dla wszystkich całkowicie zmienił ten stanrzeczy.Gdy pierwszy Mac Pro pojawił się na rynku jesienią 2007 roku,niczym się praktycznie nie różnił od dobrej, drogiej stacjiroboczej z Windows czy RHEL-em. Ot, nieco ładniejsza obudowa, niżto zwykle przyjęte w świecie PC. Konstrukcyjnie jednak była tonormalna obudowa typu tower, z dużą płytą główną,wymienialnymi procesorami i kostkami pamięci, miejscem na karty PCIei kilka napędów pamięci masowej. Na pierwszy rzut oka nikt nieodróżniłby tego komputera od jego poprzednika, Power Maca G5,zbudowanego jeszcze wokół procesorów IBM z rodziny Power. Kolejne„odświeżenia” Maka Pro różniły się tylko drobiazgami.[img=macpro]W czerwcu tego roku Apple pokazało podczas konferencji WWDC coś,co radykalnie zerwało z dotychczas przyjętą konstrukcją stacjiroboczych. Mac Pro drugiej generacji to niewielka maszyna w kształciecylindra, w której najbardziej rozbudowanych modelach można znaleźćnawet 12-rdzeniowego Intel Xeona E5-2697, 64 GB RAM DDR3 ECC i dwiekarty AMD FirePro D700. Co najciekawsze, w tym walcu o wysokości 25cm i średnicy niespełna 17 cm mieści się też zasilacz, w gęstoupakowanej konstrukcji nie ma za to napędu SATA SSD – w zamianApple umieściło w środku własnościową konstrukcję pamięcimasowej SSD na złączu PCI-e, o pojemności do 1 TB. Taka „wypasiona” konfiguracja swoje kosztuje – w oficjalnymsklepie Apple'a zapłacimy 9600 dolarów. Na pierwszy rzut oka cenawydaje się ogromna, i w pierwszych dniach po pojawieniu się nowegoMaka Pro w sprzedaży panowało powszechne przekonanie, że w tymwypadku „podatek Apple'a” musi być ogromny, sugerowano nawet, żeinnowacyjny design tej maszyny może odpowiadać nawet za połowęceny Maka Pro.A jak jest w rzeczywistości? Pierwsi za budowę maszynydorównującej w specyfikacji nowej stacji roboczej Apple'a wzięlisię redaktorzy serwisu FutureLooks. Ich celem nie było zbudowanieHackintosha, co znacznie ograniczyłoby zbiór dostępnychpodzespołów – brali wszystko, co dostępne na rynku, co będziedziałało pod kontrolą Windows. Ile może kosztować „okienkowy”odpowiednik Maka Pro?Popatrzmy. Wykorzystano obudowę mATX FT03 firmy Silverstone,która jest „tylko” dwa razy większa od Maka Pro (są na rynkumniejsze obudowy mITX, ale niewiele się w nich mieści), zapewnia zato dobre chłodzenie. Do tego dodano modularny zasilacz Silverstone850 W. Łączna cena obudowy i zasilacza: 360 dolarów.Jedyną płytą główną microATX, która pozwalałaby nazamontowanie 12-rdzeniowego Xeona (w gniazdku LGA2011) jest obecnieAsus Rampage IV Gene. Nie ma co prawda złączy Thunderbolt, alezapewnia pełen komplet złączy USB 3.0 i SATA. Sytuacja z RAM niewygląda jednak za ciekawie – nie ma możliwości, by pecetowejkonstrukcji zapewnić 64 GB RAM ECC. Znaleziona płyta głównaobsługuje maksymalnie 4 kostki po 8 GB zwykłej DDR3. Po dodaniu dotego Wi-Fi i Bluetootha na USB, cena płyty głównej wyniesie około330 dolarów. [img=macpro-chlodzenie]12-rdzeniowy Xeon, taki sam jaki zastosowano w Maku Pro kosztuje,bagatela, 2750 dolarów, do tego należy dokupić cooler (wybranyNZXT Kraken X40 kosztował 90 dolarów). Jako RAM wybrano zestaw 32GB DDR3 od Corsaira za 360 dolarów. Czas na grafikę. W sprzedaży kart zaprojektowanych przez AMD dlaApple'a nie ma, ale można znaleźć inne modele FirePro oanalogicznych parametrach. Dostępny w sprzedaży model W9000przynosi 6 GB pamięci GDDR5, około 4 TFLOPs wydajności dlapojedynczej precyzji i 1 TFLOPs przy podwójnej precyzji. Cena? 3400dolarów za sztukę.Jako że w środku stacji roboczej na Windows znalazły się dwiekarty graficzne, pamięć SSD na PCI-E już się nie zmieści.Pozostało zrobić macierz RAID0 z dwóch napędów Samsung 840 EVO ołącznej pojemności 1 TB. Łączna cena: 920 dolarów.W ten sposób uzyskujemy pecetowy odpowiednik Maka Pro w ceniezaledwie 11600 dolarów (plus 200 dolarów za licencję na Windows8.1 Pro). To 2200 dolarów więcej niż maszyna od Apple'a, wdwukrotnie większej obudowie, będąca w zasadzie jedynie zbioremumiarkowanie przetestowanych ze sobą części. Czy nie da siętaniej? Oczywiście, da się taniej, można zastosować zwykłydesktop, zamiast Xeona kupić podkręcone Core i7, drogie FireProzastąpić znacznie tańszą Nvidią Quadro – zapewne na tej samejzasadzie, jak robi się wydajnościowy odpowiednik Porsche ztuningowanego Volkswagena.Pozostaje nam pogratulować Apple – zdołało zbudować watrakcyjnej cenie potężną, innowacyjnie zaprojektowanąmaszynę, która na rynku nie ma dziś konkurencji. A jako że dziśmamy gwiazdkę, pozostaje życzyć Wam, drodzy Czytelnicy, by takiMac Pro zawędrował do Was pod choinkę.
Bezprzewodowa komunikacja za pomocą kontrolera Arduino i... alkoholu

Bezprzewodowa komunikacja za pomocą kontrolera Arduino i... alkoholu

Niedawno przedstawialiśmy Wam ciekawe osiągnięcie z dziedzinynanotechnologii – pomysł na wykorzystaniegrafenu do budowy nanoanten, które umożliwiłyby bezprzewodowąkomunikację w sieciach utworzonych z nanobotów. Są jednak eksperci odnanotechnologii, którzy twierdzą, że w marszu ku technice w skalinano ślepą uliczką jest miniaturyzowanie rozwiązań sprawdzonych wwiększych skalach, że realne nanoboty bliżej będą miały dokomórkowych organelli, niż pomniejszonych konstrukcjielektromechanicznych. Coś w tym jest: w przyrodzie bez trudu możnaznaleźć nanostruktury, które „problem” bezprzewodowejkomunikacji rozwiązały dawno temu, stosując w tym celu niepromieniowanie elektromagnetyczne, ale wydzielanie i absorbowaniechemicznych molekuł. Badacze z Kanady i Wielkiej Brytanii przyjrzelisię naturze – i postanowili wykorzystać cząsteczkowąkomunikację w technice.Opisany w artykuleTabletop Molecular Communication: Text Messages through ChemicalSignals autorstwa Narimana Farsadi, Weisi Guo i Andrewa Eckfordasystem komunikacyjny zaskakuje swoją prostotą. Jako nadajnikwykorzystany został zwykły, dostępny w handlu elektryczny rozpylaczaerozoli. Wiadomość do przekazania jest kodowana pod kontroląmikrokontrolera Arduino Uno, sterującego włącznikiem rozpylacza.Jako odbiorniki wykorzystano trzy czujniki chemiczne podłączone dodrugiego Arduino. Za rozpylaczem ustawiono wentylator, który miałpomóc w propagacji chemicznego sygnału.[img=molecule-comm1][join][img=molecule-comm2]Znaki przekazywanej wiadomości zostały zakodowane binarnie dopoziomów stężenia alkoholu izopropylowego, który został wykorzystanytu jako nośnik informacji (autorzy w swoim wideo mówią o wysyłaniuwiadomości za pomocą wódki zapewne ze względów PR-owych – wódkabrzmi bardziej zachęcająco od nieco toksycznego izopropanolu).Binarnej 1 odpowiada wzrost stężenia alkoholu, binarnemu 0zmniejszenie stężenia, co naśladować ma chemiczną komunikację wprzyrodzie.[yt=http://www.youtube.com/watch?v=39oEgkIThHU]Jako pierwszą wiadomość przekazano tekst „O CANADA”(tytuł kanadyjskiego hymnu), zakodowana do długości 40 bitów. Zasięgokazał się zaskakująco duży. Wiadomość była poprawnie odczytywanaprzy sensorach ustawionych w odległości 4 metrów od rozpylacza.Znacznie słabsze okazało się tempo transmisji: przy odległości 4metrów zaledwie 0,2 b/s, tak więc przekazanie wiadomości zajęło ponad3 minuty. Badacze podkreślają jednak, że istnieje wiele możliwościoptymalizacji tego kanału komunikacji, takich jak stosowanie różnychzwiązków chemicznych, wykorzystanie lepszych algorytmów ichwykrywania, zastosowanie systemów o wielu wejściach i wyjściach.Dużym wyzwaniem dla chemicznej komunikacji okazują się być efektynieliniowe, których źródło nie jest znane. W literaturze przedmioturozważane są przede wszystkim systemy komunikacji molekularnej, którezachowują się liniowo, tak samo też większość narzędzi matematycznychwykorzystywanych do analizy stężeń wymaga, by system zachowywał sięliniowo. Być może problem ten dałoby się obejść przy zastosowaniulepszego sprzętu, być może jest on jednak wpisany w tego typuzjawiska. Jeśli tak jest, to według badaczy konieczne będzieopracowanie nowych podstaw teoretycznych dla systemów komunikacjimolekularnej. Osiągnięcie to wywołało spore zainteresowanie, zarówno w świecienauki jak i przemysłu. Nie powinno to nikogo zaskakiwać: ograniczeniakomunikacji elektromagnetycznej są oczywiste. Komunikacja chemicznamoże sprawdzić się wszędzie tam, gdzie do czynienia mamy z medium, wktórym zachodzi proces dyfuzji. To nie tylko gazy czy mieszankigazów, ale też ciecze: w ten sposób sygnały można by byłotransmitować przez rurociągi z ropą (gdzie sensory mogłybypowiadamiać o miejscach ewentualnych uszkodzeń), ale też naczyniakrwionośne żywych organizmów. W ten sposób mógłby się komunikować zwszytym pod skórę czipem sensor rozrusznika serca. W przyszłości możenawet w ten sposób można by było przekazywać sygnały bezpośrednio dokomórek ciała, bezpośrednio przejmując kontrolę nad ich biochemicznąaktywnością.