biznes (strona 146 z 149)

Bitcoiny nie są oficjalnym środkiem płatniczym w Niemczech, tak jak nie są nimi papierosy

Po ostatnim kolapsie kursu Bitcoina (który u szczytuspekulacyjnej górki był wymieniany względem dolara w stosunku1:260, by w ciągu kilku dni stracić 2/3 swojej wartości), urzędyzwiązane z regulacją rynku finansowego w wielu krajach zaczęłysię bliżej przyglądać tej pierwszej z kryptograficznych walut.Nic w tym dziwnego – póki jeszcze głównym zastosowaniem Bitcoinabyły czarnorynkowe transakcje na małą skalę (z jakiegoś powodudo czarnorynkowych transakcji na dużą skalę służyło raczejLiberty Reserve), kryptowaluta nie stanowiła specjalnego problemu. Wmomencie, gdy głównym zastosowaniem stała się spekulacja, adziesiątki tysięcy zwykłych obywateli zaczęły myśleć olokowaniu w Bitcoinach swoich oszczędności, problem stał sięznacznie poważniejszy. Reakcja niejednego z ewangelistów Bitcoina była dośćzaskakująca – zaczęto coraz częściej deklarować, że bitcoinynie są pieniędzmi, i jako takie nie podlegają regulacji instytucjifinansowych. Czym więc są? Ano nośnikiem wartości, wirtualnymżetonem, który można kupić za określoną w danym czasie kwotę inp. przekazać drugiej osobie, która je odsprzeda, za określonąkwotę (oby nie niższą). [img=bitcoin]Oczywiście instytucje finansowe nie muszą się specjalnieprzejmować tym, co mówią poszczególni ewangeliści Bitcoina, ikwestię jego statusu prawnego rozstrzygają zgodnie z własnymipotrzebami. I tak oto z końcem lipca użytkowników Bitcoinazaskoczyła wiadomość, że oto w Tajlandii kryptowaluta zostałauznana za „zakazaną”. Rzeczywistość była znacznie mniejsensacyjna – otóż jeden z tajskich punktów wymiany miałotrzymać zakaz handlu bitcoinami, ponieważ bank centralny tegokraju uznał, że nie są one walutą i nie istnieją przepisyregulujące taki obrót. Oczywiście banki centralne nawet wTajlandii nie stanowią prawa, ani nie rozstrzygają o legalnościdanych zjawisk, jednak prasa swoje podchwyciła, nie zauważając, żedwa inne tajskie punkty wymiany orzeczeniem się nie przejęły, idalej handlowały bitcoinami. Teraz znów zrobiło się głośno o legalności i statusiebitcoinów – nawet w najpopularniejszych polskich portalachpojawiły się sensacyjne nagłówki, sugerujące, że w Niemczechkryptowaluta stała się legalnym środkiem płatniczym – np.„Niemcy mają nową walutę! Już oficjalnie” w WirtualnejPolsce. I tym razem sensacyjne nagłówki nie mają za wielewspólnego z rzeczywistością. A jak ta rzeczywistość wygląda?Jak zwykle bardziej prozaicznie.W odpowiedzi na zapytanie jednego z deputowanych Bundestagu,Franka Schäfflera z FDP, o status Bitcoina w świetle niemieckiegoprawa, niemieckie Ministerstwo Finansów orzekło, że nieklasyfikuje bitcoinów jako e-pieniędzy, ani też funkcjonalnejwaluty. Bitcoiny nie mogą być też uznane za walutę zagraniczną.Jednak są one, w świetle niemieckiego prawa czymś, co nosi nazwęRechnungseinheit, jednostki rozliczeniowej. Taką jednostkąrozliczeniową, jak być może pamiętają nasi najstarsi Czytelnicy,była np. EUA, służąca jako instrument wzajemnych rozliczeńpomiędzy państwami-stronami Wspólnot Europejskich w latach1975-79, taką jednostką rozliczeniową są też przecież papierosyw więzieniach.Z kolei proces wytwarzania nowych bitcoinów (czyli tzw. górnictwoBitcoina), jest w rozumieniu niemieckiego Ministerstwa Finansówwytwarzaniem prywatnego pieniądza.Nie ma w tym nic rewolucyjnego – niemieckie prawo akceptujeistnienie prywatnych walut, które mogą służyć do wzajemnychrozliczeń między stronami transakcji, nie mogą jednak posłużyćdo opłacenia należnego państwu podatku. Taką walutą jest np.Chiemgauer z Bawarii, pomyślany jako lokalna waluta do promowanialokalnego biznesu, odnawialnej energetyki i działań na rzeczspołeczności, na sztywno powiązana z euro (kursem 1:1), alekierująca się własnymi zasadami, (m.in. należy płacić 2%podatek za jej posiadanie, a np. organizacje non-profit mogą kupowaćchiemgauery o 3% taniej, niż firmy). Zyski wypracowane wchiemgauerach są oczywiście normalnie opodatkowane, płaci się jew euro – i tego właśnie oczekuje niemieckie Ministerstwo Finansówod zysków wypracowanych w bitcoinach.Z tym łatwo nie będzie, bowielu użytkowników Bitcoina zachowuje się jak te trzy małpki –nic nie widzę, nic nie słyszę, nic nikomu nie powiem. Pozostającw cieniu pseudonimowości tej waluty, stymulują drugi obieggospodarczy, nie poddany regulacji władzy, i dowodzący, że możnabez takich regulacji żyć. Kochający wolność mieszkańcyberlińskiego Kreuzbergu dobrze o tym wiedzą, to w końcu miejsce,gdzie łatwiej zapłacisz bitcoinami z mobilnego portfela wsmartfonie, niż wystawiona przez polski bank kartą kredytową (dlaniezorientowanych – płacenie w Niemczech kartą inną niżmiejscowe Giro bywa bardzo niewdzięcznym zajęciem).Nie sposób jednak zaprzeczyćjednemu – postawa władz Niemiec względem Bitcoina jestodczuwalnie bardziej przyjazna, niż ta, którą coraz częściejmanifestują władze USA (pomimo tego, że to w USA rozkwitanajwięcej bitcoinowych biznesów). Przykładowo w ostatnich dniachBenjamin Lawsky z Departamentu Usług Finansowych stanu Nowy Jorkostrzegł, że jeśli wirtualne waluty pozostaną DzikimZachodem handlarzy narkotyków i innych kryminalistów, to nie tylko zagrozi to bezpieczeństwu narodowemu USA, ale też samemu istnieniulegalnego biznesu związanego z wirtualnymi walutami.Cóż, pozostaje przypomniećpanu Lawsky'emu, że Dzikim Zachodem kryminalistów były, są i będąpapierowe banknoty z wizerunkami amerykańskich prezydentów, czyliznakomity środek płatniczy do przeprowadzania całkowicieanonimowych, nie pozostawiających śladu transakcji.Nam pozostaje patrzeć na to,którą drogę wybiorą władze Polski – czy bliższy się okażemodel niemiecki, czy amerykański. Żyjąc już trochę na świecie,czuję że i tym razem pójdziemy drogą USA, kraju paradoksalnieznacznie nam bliższego, niż sąsiad zza Odry.

Śledztwo w sprawie łapówek Microsoftu dla zagranicznych urzędników rozszerza się o Rosję i Pakistan

Nie tylko przemysł farmaceutyczny czy wydawcy oskarżani są owspieranie swojego biznesu za pomocą przekupstwa – namawianialekarzy do przepisywania określonych leków, czy nauczycieli dowybierania określonych podręczników szkolnych. Oskarżenia takieniejednokrotnie kierowane są wobec branży software'owej: producenciwłasnościowego oprogramowania mają swoje sposoby, by zachęcićdecydentów z firm, organizacji rządowych czy samorządowych do wyboruwłaśnie ich rozwiązań. Ze względu na skalę działania, oskarżeniatakie przytrafiają się najczęściej Microsoftowi – ale trzebaprzyznać, że oskarżeń na taką skalę wobec Microsoftu jeszcze niebyło.Wall Street Journal donosi,że toczące się w sprawie nielegalnych praktyk biznesowych Microsoftuśledztwo zostało rozszerzone. Prowadzą je urzędnicy amerykańskiegoDepartamentu Sprawiedliwości i Federalnej Komisji PapierówWartościowych, a dotyczyły dotąd relacji informatycznego giganta zjego partnerami i resellerami w Chinach, Rumunii i Włoszech. Terazzbadane mają być też działania Microsoftu w Rosji i Pakistanie. [img=lapowka]Dla śledczych z administracji federalnej problem tkwi w tym, żeustawa Foreign Corrupt Practices Act z 1977 roku zakazujeamerykańskim firmom dawania łapówek urzędnikom z innych krajów, atakże obciąża je odpowiedzialnością za takie praktyki podejmowaneprzez strony trzecie w ich imieniu. Tymczasem pracownicy czypartnerzy Microsoftu mieli być uwikłani w takie działania jaksponsorowanie wycieczek zagranicznych dla pewnego urzędnika zPakistanu (i jego żony) czy przekazywanie kopert z wiadomązawartością kadrze zarządzającej państwowej firmy rosyjskiej.Oczywiście warunkiem było podjęcie decyzji o zakupie oprogramowaniaMicrosoftu – i w każdej z badanych spraw taka właśnie decyzjazostała podjęta.Sam Microsoft utrzymuje, że takie praktyki nigdy nie byłyautoryzowane. John Frank, wiceprezes i główny doradca korporacji,wyjaśnił, że jego firma otrzymuje czasem informacje o niewłaściwymzachowaniu pracowników czy partnerów biznesowych i zawsze dokładniesię im przygląda, niezależnie od tego, z jakiego źródła pochodzą.Inwestuje też w szkolenia, monitoring i audyty, dzięki którymbiznesowe operacje Microsoftu na całym świecie realizowane wzgodzie z najwyższymi etycznymi i prawnymi standardami.Informatorzy Wall Street Journalpotwierdzają tymczasem, że w Redmond trwa w tej sprawie wewnętrzneśledztwo, które, jak poinformowałJohn Frank, może angażować nawet ponad 50 osób, których głównymzadaniem jest badanie potencjalnych naruszeń polityki firmowej.Firmy często śledztwa takie prowadzą,by ich wyniki przekazać władzom, w nadziei że otrzymają łagodniejszekary, a może nawet i zostaną uniewinnione. Łapówkarstwo w biznesie,choć jest bardzo efektywnym sposobem umacniania rynkowej pozycji,staje się coraz bardziej ryzykowne w USA – a to za sprawą akcjinagradzania donosicieli, którą w 2010 roku zapoczątkowała KomisjaPapierów Wartościowych. Jeśli rozpoczęte w wyniku donosu śledztwopotwierdzi zarzuty, to donosiciel może otrzymać nagrodę w wysokościnawet 30% nałożonej na firmę kary. Skoro zaś kary te nierzadkowynoszą miliony dolarów, to utrzymanie lojalności pracowników podczaswręczania łapówek zaczyna być naprawdę trudne.

Springer uspokaja autorów: piractwo nie zagraża sprzedaży e-booków

Stowarzyszenia wydawców książek od lat ogłaszają, że ze względu napiractwo internetowe autorzy książek umrą z głodu, a oni sami będązmuszeni zamknąć swój biznes. Deklaracjom towarzyszą działania prawne(jak np. pozew zbiorowy przeciwko ulubionemu przez polskichinternautów serwisowi z gryzoniem w nazwie), jak i rozmaite pomysłyna techniczne zabezpieczanie e-booków, od rozsądnych choćnieskutecznych (znakiwodne) po zupełnie szalone i nie wiadomo czy skuteczne(automatyczne modyfikowanietreści w każdym z egzemplarzy). Jednak nie wszyscy z wydawcówmówią tym samym głosem – w ich gronie znalazł sięodszczepieniec. Jest nim Springer, jeden z największych inajstarszych (już 170 lat) wydawców na świecie.Z listuwysłanego do autorów wydawanych przez Springera publikacji można siędowiedzieć, że wydawniczy gigant coraz częściej staje w obliczuproblemu internetowego piractwa. Nic w tym dziwnego, w kataloguwydawcy znajdują się dziesiątki tysięcy fachowo przygotowanyche-booków, których skierowanie do podziemnego obiegu jest znacznieprostsze, niż w wypadku publikacji papierowych. Aby lepiej chronićinteresy autorów, Springer zdecydował się teraz odświeżyć swojąantypiracką strategię. Skupia się ona przede wszystkim nakontrolowaniu zawartości serwisów ułatwiających współdzielenie plikówi wysyłaniu do ich operatorów żądań usunięcia linków do e-bookówrozpowszechnianych z naruszeniem prawa.Tak więc Springer przyznaje, że piractwo to poważna sprawa, alezaraz uspokaja autorów, wyjaśniając, że do tej pory nie odnotowałszkodliwych konsekwencji piractwa e-booków i współdzielenia plików,zaś witryny z torrentami i inne formy udostępniania pirackich treściw Sieci rzadko kiedy stanowią zagrożenie dla treści e-booków. [img=ebook]W liście nie wyjaśniono, na jakiej podstawie sformułowano takietwierdzenia, jednak wydawca podkreśla, że choć jego zatroskaniautorzy przesyłają miesięcznie około stu zgłoszeń o znalezieniunielegalnie rozpowszechnianych książek, to połowa z nich jestfałszywymi alarmami. Często linki obiecujące możliwość darmowegopobrania e-booka kierują wyłącznie do spamu.Finalnie wydawca ostrzega swoich autorów przed pobieraniemwłasnych książek z Sieci za pomocą programów P2P, a nawet samyminstalowaniem tego typu aplikacji, jako że może to na nich ściągnąćprawne kłopoty. Przypomina też, że choć nie da się usunąć treści zsamych sieci P2P, to jednak można namierzyć ich użytkowników i pozwaćich do sądu.Oczywiście to, że Springer nie odnotował szkodliwych konsekwencjipiractwa dla swojego biznesu nie znaczy, że inni wydawcy nie majątakich problemów. Specyfika publikacji giganta (w większości są todość drogie książki naukowe) sprawia jednak, że właśnie jego e-bookipowinny być szczególnie atrakcyjne dla piratów, na pewno bardziej,niż np. niedrogie powieści. Powinno to dać do myślenia tymnajgłośniej narzekającym na piractwo – być może jest coś wmodelu biznesowym Springera, co pozwala mu wciąż świetnie zarabiać nawydawaniu książek, mimo istnienia Internetu?

Akcjonariusze Microsoftu zostali oszukani? Szykuje się pozew zbiorowy w sprawie Surface RT

Posiadacze akcji Microsoftu stanęli przed niespodziewaną szansąuzyskania lepszych pieniędzy, niż te, które przyniosła im ta kiepska (w długoterminowej skali) inwestycja. Kancelaria prawnicza RobbinsGeller Rudman & Dowd złożyła pozew w imieniu wszystkichudziałowców informatycznego giganta. Oskarża w nim Microsoft, a takżewymienionych z nazwisk Steve'a Ballmera, Petera Kleina (byłegodyrektora finansowego), Franka Broda (wiceprezesa ds. finansów) iTami Reller (wiceprezes ds. marketingu) o działanie na szkodęinwestorów, a konkretnie naruszenie prawa o giełdach z 1934 r. (SecuritiesExchange Act of 1934) poprzez zamierzone ukrycie znanych trendów,wydarzeń i niepewności w raportach przedstawianych federalnej komisjipapierów wartościowych.Tymi zatajonymi przed giełdowymi inwestorami informacjami sąwedług powoda informacje o tabletach Surface RT. Choć Microsoftzdawał sobie sprawę z tego, że sprzedaż tych urządzeń utrzymuje sięna żałośnie niskim poziomie, to członkowie zarządu korporacjiuporczywie opisywali cały biznes z tabletami kwiecistym językiem,który był rozmyślnie fałszywy i zwodzący – czytamy wtreści zbiorowego pozwu.[img=surfacert]Oskarżenia to ciężkiego kalibru,ale komunikacja rynkowa Microsoftu, z którą mogli zapoznać siępotencjalni inwestorzy, faktycznie potwierdza stanowisko powoda.Dopiero pod koniec lipca Microsoft przyznał,przy okazji raportu z czwartego kwartału roku finansowego, jakąkatastrofą był tablet Surface RT: urządzenie zarobiło mniej, niżkosztowały jego reklamy. Wcześniej żadnych danych liczbowych osprzedaży nie ujawniano, a Steve Ballmer deklarował, że reakcjeklientów są fantastyczne.Gdy jednak prawda wyszła na jaw,wartość akcji Microsoftu w ciągu jednego dnia spadła o 11,4%.Oczywiście kiepska sprzedaż produktu nie jest w żadnym wypadkupodstawą do złożenia pozwu, ale jak twiedzą prawnicy kancelarii,problem tkwi w czymś innym. Otóż o fatalnych wynikach sprzedażyMicrosoft miał już wiedzieć w trzecim kwartale roku finansowego 2013,który zakończył się w marcu. Danych tych jednak nie umieścił wsprawozdaniu za ten okres, co doprowadzić miało do sztucznegozawyżenia cen akcji Microsoftu w okresie od kwietnia do lipca.Poszkodowani akcjonariuszedeklarują, że gdyby dysponowali wiedzą, którą Microsoftprzed nimi zataił, nigdy by nie kupili akcji firmy w cenie, jakązapłacili, a być może nawet w ogóle by ich nie kupili, gdybywiedzieli, że cena została sztucznie zawyżona fałszywymiwypowiedziami pozwanych. Żądają,by Microsoft w pełni zrekompensował im poniesione straty (wraz zodsetkami), a także pokrył koszty sądowe. Z pełną treścią pozwumożecie się zapoznać tutaj.Kancelaria Robbins Geller Rudman& Dowd zachęca teraz wszystkich, którzy czują się poszkodowani,do zgłaszania się wszystkich, którzy zakupili akcje Microsoftu między18 kwietnia i 18 lipca 2013 roku. Odpowiedni formularz znajdujesię na stronie internetowej kancelarii. Microsoft jak do tej pory nieskomentował sprawy. Trzeba jednak przyznać, że korporacji Steve'aBallmera nie będzie łatwo. Jej przeciwnikiem jest jedna znajskuteczniejszych kancelarii prawniczych w USA, która specjalizujesię właśnie w pozwach zbiorowych w imieniu inwestorów giełdowych,wygrywając przed sądem w setkach spraw, uzyskując odszkodowania wwysokości 50 mln dolarów i więcej. Największym sukcesem kancelariijest wygrana z korporacją Enron, która zmuszona była zapłacić 7,3 mlddolarów. Niedawno kancelaria ogłosiła też osiągnięcie polubownegoporozumienia w postępowaniu antymonopolowym wymierzonym w Visę,MasterCarda i kilkanaście największych amerykańskich banków. Oceniasię, że od rozpoczęcia działalności, Robbins Geller uzyskałaodszkodowania dla oszukanych inwestorów w wysokości dziesiątkówmiliardów dolarów.Możliwe więc, że cała sprawa zSurface RT będzie dla Redmond znacznie bardziej kosztowna, niżktokolwiek mógł przypuszczać.

Acer rozczarowany Windows, po słabym kwartale stawia na Androida i Chrome OS-a

Acer nie od dziś jest jednym z największych producentów PC, zarazpo Lenovo, HP i Dellu. W drugim kwartale 2013 roku tajwańska firmasprzedała ok. 6,2 mln komputerów, tj. 8,2% całego rynku PC (dane zbadań firmy analitycznej IDC). Rynek ten jednak z kwartału na kwartałkurczy się coraz bardziej, a na wschodzącym rynku mobilnym Acer zbytdużej roli nie odgrywa – pomimo prób wypromowania własnychsmartfonów i tabletów, wśród którą znaczącą rolę odgrywać miałyurządzenia z Windows, ich sprzedaż nie zachwyca, Acerowi nie udałosię znaleźć nawet w pierwszej dziesiątce producentów mobilnegosprzętu. Teraz tajwański potentat, przyznając się do stratfinansowych, zapowiada znaczącą zmianę strategii, zmianę, która niepowinna się spodobać Microsoftowi.Podczas wczorajszego spotkania z inwestorami, prezes Acera JimWong przyznał, że po firma zakończyła drugi kwartał 2013 roku stratą613 mln dolarów tajwańskich (tj. około 60 mln złotych), podczas gdyjeszcze w zeszłym roku drugi kwartał zamknięty był zyskiemoperacyjnym na poziomie 433 mln dolarów tajwańskich (ok 42 mlnzłotych). W tym czasie sprzedaż komputerów PC Acera spadła o 35,3% –znacznie bardziej, niż u konkurencji. [img=acer-c3]Wong rozkłada ręce, mówiąc o przyszłości rynku PC. Jego zdaniemnie widać żadnego światełka w tunelu, i w tej sytuacji jedyne co Acermoże zrobić, to walczyć o utrzymanie udziału w rynku i ochronęzysków. Zapewnić to mogą tylko tablety i smartfony –urządzenia, na których raczej nie będzie Windows.Sceptycyzm prezesa Acera względem Windows to zapewne pokłosiejednej z pierwszych prób wejścia na rynek tabletów z systememoperacyjnym Microsoftu. Podczas targów Computex 2013, tajwańska firmapokazała swój 8-calowy tablet IconiaW3 z Windows 8, urządzenie działające na Atomie Clover Trail iwycenione na 379 euro za podstawową wersję z 32 GB pamięci masowej.Tablet jednak sprzedawał się marnie, krytykowano go przede wszystkimza fatalny wyświetlacz i niedogodności związane z używaniem Modern UIna ekranie o rozdzielczości 1280x800 pikseli.Acer jednak skłonny jest winą za takie wyniki obciążać Microsoft.Dyrektor zarządzający firmy, Zhentang Wang, zasugerował, że toRedmond musi teraz postarać się odzyskać zaufanie klientów – isamego Acera. Jeśli tego nie zrobi, tajwański producent zmniejszynacisk na produkcję komputerów z Windows, stawiając coraz bardziej naurządzenia z Androidem, i co ciekawe, Chrome OS-em.Już w tym roku sprzedaż urządzeń z Androidem ma odpowiadać za10-12% przychodów firmy, a w 2014 roku odsetek ten ma wzrosnąć do 30%. Dobre perspektywy mają też chromebooki: w drugim kwartale tego rokutanie laptopy z Chrome OS-em, takie jak AcerC7, stanowiły 3% sprzedanych przez firmę PC. Według firmyanalitycznej NPD Group, to najszybciej rosnący obecnie segment rynku,a Acer ma szanse zdominować jego dolną półkę.Nie powinno to specjalnie dziwić: w erze wciąż trwającego kryzysulekki laptop z 11,6” ekranem i dwurdzeniowym procesorem, naktórym działa przeglądarka WWW, sprzedawany w USA za 199 dolarów, tourządzenie, które spełnia praktycznie wszystkie potrzeby przeciętnegoużytkownika. Trudno byłoby komputerom z Windows przebić tę cenę, aprzecież wielu takich użytkowników nie będzie na swoich maszynachuruchamiać niczego innego, niż właśnie przeglądarkę, po co więcprzepłacać?