biznes (strona 147 z 149)

Sekrety producentów... i złodziei? Sąd zakazał odpowiedzialnego ujawnienia luki w zabezpieczeniach aut

Ujawnianie luk w zabezpieczeniach przez ekspertów noszących białekapelusze, mimo że pomaga producentom w ulepszaniu ichoprogramowania, nie zawsze jest przez nich przyjmowaneentuzjastycznie. Czasem to wina samych whitehatów, nieprzestrzegających żadnych zasad odpowiedzialnego ujawniania (jak tonp. było ostatnio z Tavisem Ormandym, który upublicznił gotowy exploit do zabezpieczeń Windows, nie dając Microsoftowi dośćczasu na przeanalizowanie luki i wydanie poprawek). Czasem jednakniechęć bierze się z ogólnego podejścia firmy do sprawbezpieczeństwa, przekonanej, że najlepsze jest securitythrough obscurity – jeślio problemie nie będzie się mówiło, to problemu nie będzie. W sprawiealarmującego odkrycia badaczy z holenderskiego Radboud UniversiteitNijmegen i brytyjskiego University of Birmingham oraz reakcjiproducentów na nie, chodzić musi raczej o ten drugi powód.Sprawa dotyczy kwestiiniebagatelnej: bezpieczeństwa samochodów, w których kluczykachwykorzystywane są transpondery Megamos Crypto do przesyłaniazaszyfrowanych kodów, służących do deaktywacji układu immobilizera.Transpondery te są częścią zabezpieczeń milionów pojazów – odlat dziewięćdziesiątych z technologii tej korzystają m.in. VolkswagenGroup, Fiat i Honda, a ich oprogramowanie zostało zaprojektowaneprzez francuskiego giganta Thales Group. [img=audikey]W 2011 roku trójka informatyków – Flavio Garcia z University of Birmingham oraz Baris Ege and RoelVerdult z Radboud Universiteit Nijmegen – natrafiła wzakamarkach Sieci na oprogramowanie nieznanego autora, którezawierało m.in. zaprojektowany przez Thales Group algorytmzabezpieczeń. Powstało ono najprawdopodobniej za pomocą analizy czipupod mikroskopem, pozwalającej na odtworzenie algorytmów z układutranzystorów. Jak twierdzą badacze, przeprowadzenie takiej operacjiprzekracza 50 tys. funtów., więc niewykluczone, że zrobiono to napolecenie zainteresowanych rozbrajaniem immobilizerów osób.Po dokładnym przebadaniupozyskanego oprogramowania (które w Sieci miało być dostępneprzynajmniej od 2009 roku), Garcia, Ege i Verdult odkryli w nim lukę,pozwalającą na łatwe obejście zabezpieczeń Thales Group. Uznali więc,że jej ujawnienie jest w publicznym interesie, zmuszając producentówdo usunięcia błędu, który mógłby znacząco ułatwić życie złodziejomsamochodów. Jak zadeklarowali – społeczeństwo maprawo poznać słabości w zabezpieczeniach, na których polega.W przeciwnym wypadku producenci i przestępcy wiedzieliby,że zabezpieczenia są słabe, zaś opinia publiczna nie wiedziałaby nic.Do ujawnienia swojego odkryciabadacze podeszli zgodnie z najlepszymi praktykami. W listopadzie 2012r., dziewięć miesięcy przed planowaną publikacją, przesłali doproducenta Megamos Crypto szczegółowy opis luki. O wszystkim opiniapubliczna miałaby się dowiedzieć z artykułu i prezentacji pt. Dismantling Megamos Crypto: Wirelessly Lock-picking aVehicle Immobiliser, któraznalazła się w programie sierpniowej konferencji Usenix wWaszyngtonie D.C.Niestety do publikacjinajprawdopodobniej nie dojdzie. Zamiast zająć się kosztowną akcjąwymiany kluczyków, Volkswagen oraz Thales Group zdecydowały sięwnieść sprawę do Wysokiego Sądu Anglii i Walii... z żądaniemzamknięcia ust badaczom. Ich prawnicy argumentowali w pozwie, żeużyty algorytm zabezpieczeń był informacją poufną, a tenkto opublikował go w Sieci, zrobił to nielegalnie. Opublikowanieszczegółów ataku na zabezpieczenia Megamos Crypto pozwoliłoby więcgangom złodziei samochodów na łatwe „rozbrajanie”zabezpieczeń drogich aut. Prowadzący sprawę sędzia Birssprzychylił się do argumentów przemysłowych gigantów, i wydał zakazpublikacji artykułu badaczy w jego obecnej formie – mogliby oniopublikować go jedynie po usunięciu niemal wszystkich szczegółówtechnicznych. Problem jednak w tym, że tak ocenzurowany artykuł niezostałby do publikacji w żadnym specjalistycznym periodyku przyjęty,nie spełniając standardów ścisłości i udokumentowania źródeł. Macierzyste uczelnie badaczy sąoburzone takim postawieniem sprawy. Rzeczniczka University ofBirmingham stwierdziła, że uczelnia jest niezadowolona zwyroku sądu, który nie uszanował wolności akademickiej i interesuspołecznego, zaś rzeczniczka Radboud Universiteit Nijmegen ogłosiła, że publikacja wżaden sposób nie ułatwiałaby kradzieży samochodów, gdyż do tegowymagane byłyby dodatkowe informacje – więc zakaz taki jestniepojęty.Ani Volkswagen ani Thales Group nieskomentowały wyroku. Trudno się zresztą temu dziwić – wedługholenderskiego prawa podarowanie producentowi sześciu miesięcy nausunięcie luki jest uważane za odpowiedzialne ujawnienie. Tutajproducent otrzymał dziewięć miesięcy. Czyżby Volkswagen i Thalesoczekiwały, że za operację wymiany kluczyków badacze powinni zapłacićz własnej kieszeni?

Województwo dolnośląskie zamówiło nowy portal informacyjny dla ludności. Koszt wykonania: 65 mln złotych

Województwo dolnośląskie niebawem dołączy do elitarnego klubuposiadaczy najdroższych portali internetowych na świecie. Co prawdaprojektowi przygotowywanemu pod nazwą Regionalna platformainformacyjna dla mieszkańców i samorządów Dolnego Śląska e-DolnySlask daleko do brytyjskiego businesslink.gov.uk (którego stworzenie iutrzymanie w okresie trzech lat kosztować miało podatników 105 mlnfuntów, tj. ok. 515 mln złotych), ale i tak przedstawiona w PortaluFunduszy Europejskich cena robi wrażenie – koszt uruchomieniaprzekroczy 65 mln złotych, a utrzymanie przez kolejnych pięć latkosztować będzie 5 mln złotych. Wczoraj w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiegopodpisano umowę na utworzenie portalu, który, wg słów wicemarszałkaJerzego Łuźniaka będzie całkowicie nowym portalem informacyjnym,gdzie znajdą się najbardziej aktualne informacje z Dolnego Śląska.Wyłonionym w drodze przetargu wykonawcą tego ambitnego projektuzostała warszawska spółka Qumak SA, która do końca 2014 roku musiprzygotować zarówno infrastrukturę serwerową serwisu i warstwęsoftware'ową, jak i początkową zawartość informacyjną, dotyczącątakich dziedzin jak gospodarka regionu, jego historia, ochronazabytków, archeologia, geografia, turystyka i ochrona środowiska.Producent i operator zapewnić ma także promocję i marketing serwisu,m.in. poprzez system „Videobanerów”, mających byćmultimedialnym kanałem informacyjnym dla społeczeństwadolnośląskiego i wyświetlającychna ekranach o powierzchni 5 m kw. treści zawarte w portalu.[img=http-opener]W ramach umowy Qumak SA przygotować ma też aktualną ortofotomapę(czyli mapę ze zdjęć lotniczych, o ujednoliconej skali i wpasowanychw osnowę geodezyjną), oraz zintegrować z nią zawartość informacyjnąpublikowaną na portalu, bezpośrednio z poziomu systemu zarządzaniatreścią, tak by kliknięcie obiektu na mapie zwracało cały zbiórdotyczących go treści. Mechanizm ten ma zapewniać wyszukiwanie iwizualizację tras, czy lokalizowanie obiektów w zadanym promieniu odwskazanego punktu.Szczegółowość wymogów postawionych przez zamawiającego sugeruje,że od początku chodziło o wykorzystanie konkretnych rozwiązań.Techniczne wymogi określono bardzo precyzyjnie, zarówno dla sprzętu jak i oprogramowania – przykładowo serwery blade mają obsługiwać minimum 768 GB RAMi być w stanie osiągnąć (bez podkręcania!) min. 30 tys. punktów wteście PassMark CPU Mark, zaś serwer aplikacji umożliwiałkonfigurację komponentów w aplikacjach webowych (…) za pomocąadnotacji Java 5. Projekt nie jest nowy. Po raz pierwszy przymierzano się do niego w2009 roku, jednak w 2011 roku rozpisany przetarg, do któregoprzystąpiły Comarch, Sygnity, IBM Polska i HP Polska unieważniono, zewzględu na niemożliwość dochowania terminu realizacji zamówieniawpisanego w przedstawionych warunkach przetargu. Wówczas to wartośćzamówienia szacowano na 50-52 mln złotych.Czy coś takiego może się opłacać? Twórcy analizy kosztów ikorzyści społeczno-ekonomicznych portalu podkreślają, że nie można tustosować zwykłej analizy finansowej. W dodatku, jako że projektoceniono jako mały (tj.oszacowany na mniej niż 25 mln EUR), nie jest też konieczna pełnaanaliza kosztów i korzyści społecznych, więc wystarczy opisoddziaływań społeczno-ekonomicznych pod kątem jakościowym iilościowym. Z opisu tego wynikam.in., że portale takie jak eDolnySlask stwarzają nowemożliwości komunikacji oraz dystrybucji informacji,a realizacja projektów z zakresu społeczeństwainformacyjnego silnie oddziałuje na cały region, skutkującstymulacją rozwoju gospodarczego,poprawą atrakcyjności inwestycyjnej regionu, promocjąregionu, poprawą jakości życia mieszkańców, wzrostem konkurencyjnościregionu i animacją społeczeństwa.Cele te są szczytne, jakkolwiekbyłyby niemierzalne. Z bardziej mierzalnych danych można wymienić 19bezpośrednio utworzonych dodatkowych miejsc pracy (w tym dla jednegoprezesa zarządu i dziewięciu kobiet) oraz milion odwiedzin rocznie.Projekt jest współfinansowany ze środków Europejskiego FunduszuRozwoju Regionalnego.

Wielka wojna przeciw pornografii w Wielkiej Brytanii: premier Cameron żąda od Google i Binga filtrowania wyszukiwań

Na taką skalę w zachodnich społeczeństwach z pornografią wInternecie jeszcze nikt w tym stuleciu nie próbował walczyć. Przygotowywane przezbrytyjskiego premiera, Davida Camerona zmiany w prawie już zostałyprzez komentatorów określone jako zapierająca dech w piersiachpolityczna rozgrywka. W imięochrony dzieci przed deprawującymi treściami w Sieci, każdegospodarstwo domowe w Wielkiej Brytanii będzie musiało zadeklarować,czy chce mieć dostęp do internetowej pornografii. Jeśli tego niezrobi, domyślnie zostanie objęte „ochroną” –połączenie sieciowe będzie filtrowane przez dostawcę Internetu podkątem wątpliwych moralnie treści. To jednak nie wszystko, rząd bowiemzamierza doprowadzić do delegalizacji kolejnych form pornografii, atakże zmusić operatorów wyszukiwarek do blokowania zapytań chorychludzi, szukających w Siecinielegalnych treści.Takie to obietnice David Cameronzłożył podczas spotkania z przedstawicielami potężnej i wpływowejorganizacji charytatywnej NSPCC (National Society for the Preventionof Cruelty to Children), która od ponad stu lat prowadzi działania narzecz ochrony najmłodszych. W pierwszym etapie nowi abonenci usługszerokopasmowego dostępu do Internetu będą musieli zadeklarować, czysą zainteresowani oglądaniem pornografii. Później przyjdzie czas natych, którzy zmieniają dostawcę usług, aż wreszcie, do końcaprzyszłego roku wszyscy pozostali internauci w Wielkiej Brytaniiotrzymają od swoich ISP listy z pytaniami, czy chcą, by wyłączyć dlanich antypornograficzne filtry. Pozwoli to, wg Camerona, nazablokowanie młodym ludziom dostępu do nieprzyzwoich treści, bezwzględu na to, z jakiego urządzenia dostępowego chcieliby korzystać.[img=bear-gag-opener]Jednocześnie rządowa agencjaChild Exploitation and Online Protection Centre otrzyma zadanieprzygotowania listy odrażających frazwyszukiwania, która zostanie następnie przesłana do operatorówwyszukiwarek. Cameron w niespotykanym do tej pory tonie ostrzegł, żemają oni obowiązek aktywnego filtrowania wyszukiwań. Mambardzo jasny przekaz dla Google, Binga, Yahoo i całej reszty. Jestwaszym obowiązkiem to zrobić – jest to wasz moralny obowiązek.Jeśli istnieją techniczne przeszkody uniemożliwiające [filtrowaniewyszukiwarek – przyp.red.] to nie stójcie w miejscu,mówiąc, że nic się nie da zrobić, tylko użyjcie waszych wielkichmózgów, by je przezwyciężyć. Jesteście ludźmi, który wymyślili jakzrobić z kosmosu mapy każdego cala Ziemi, którzy stworzyli algorytmyporządkujące ogromne ilości informoacji. Zajmijcie wasze wielkiemózgi tym, gdyż nie jesteście oddzieleni od społeczeństwa, jesteścieczęścią społeczeństwa i musicie odgrywać w nim odpowiedzialną rolę –stwierdził brytyjski premier.Przygotowywane zmiany w prawieobejmą też delegalizację posiadania ekstremalnejpornografii. Nie zdefiniowanoniestety, czym się różni pornografia ekstremalna od nieekstremalnej,wiadomo jedynie że obejmować ma ona m.in. sceny gwałtów, takżesymulowanych gwałtów. W ustawie CriminalJustice and Immigration Act 2008, w której użyte jest to pojęcie,mowa o wizerunkach obscenicznych,ale nie w takim sensie, jak zostało to ujęte w ustawie ObscenePublications Act, gdzie by uznać dany wizerunek za obsceniczny,należałoby wykazać, że deprawuje on swoich widzów. Tutaj pojęcie tozostało wykorzystane znacznie bardziej elastycznie –obsceniczne jest tusynonimem dla karygodnie obraźliwe czy obrzydliwe. Decyzja okwalifikacji wizerunku jako obscenicznego niezależy przy tym od deklarowanych intencji jego twórcy, lecz od ocenyrozstrzygającego w sprawie sędziego. Za posiadanie ekstremalnejpornografii groziłoby do trzech lat więzienia, a także umieszczeniena liście przestępców seksualnych ViSOR. Znalezienie się na takiejliście (notabene uznanej za naruszenie Europejskiej Konwencji PrawCzłowieka) w praktyce zmusza skazanych do regularnego informowaniapolicji o swoim miejscu pobytu, czy zamiarze opuszczenia kraju.Jak można się było spodziewać, raportowane w oficjalnych mediachreakcje na plany brytyjskiego rządu są entuzjastyczne. Na przykładFiona Elvines z organizacji Rape Crisis South London stwierdziła:jesteśmy podbudowani zamknięciem przez władze luki w prawiedotyczącym ekstremalnej pornografii (…) uniemożliwi togwałcicielom wykorzystanie pornografii do legitymizowania ichprzestępstw, a także zablokuje erotyzację przemocy przeciwko kobietomi dziewczętom. Z koleiprzedstawiciel Google'a poinformował, że jego firma prowadzi politykęzerowej tolerancji względemwizerunków seksualnego wykorzystywania nieletnich, a nawet podarowała5 mln dolarów organizacjom walczącym z tym problemem.W komentarzach mniej oficjalnychjuż tak dobrze zapowiedzi Camerona nie wyglądają. Oczywiście nikt niestaje otwarcie w obronie ekstremalnej pornografii, ale koncepcjafiltrowania fraz wyszukiwania budzi spore rozbawienie: jak zablokowaćzadawanie pytań w rodzaju jak wyłączyć filtryantypornograficzne? Zablokowanietej ostatniej frazy doprowadzi tylko do zadawania przez nawetprzeciętnie inteligentnych internautów pytań w rodzaju jakwyłączyć filtry blokujące zadawanie pytań o wyłączanie filtrówpornograficznych? Co gorsza,wygląda na to, że sami dostawcy Internetu w Wielkiej Brytanii niebardzo się garną do takiej formy blokowania – wynegocjowały,by potajemnie zastąpić rządowy projekt domyślnych filtrów czymś, conazwano Active Choice+. Jest to mechanizm blokowania pornografii,który domyślnie będzie wyłączony, uruchamiany jedynie na żądanie.Oczywiście w komunikacji marketingowej będzie on przedstawiany tak,by wyglądało, że polityka rządu jest w pełni realizowana.Cóż, wolność to niewola, aignorancja jest siłą.

Największe telekomy Rosji wycofały iPhone'a ze swojej oferty. Apple nie wie, jak robić biznes poza USA?

W Rosji już łatwo iPhone'a się nie kupi – przynajmniej,jeśli ktoś chciałby telefon Apple'a dostać w pakiecie z abonamentem. Ostatni z dużych operatorów telekomunikacyjnych w tym kraju –VimpelCom – który jeszcze oferował swoim klientom iPhone'a,powiedział „dość”, dołączając tym samym do swoichgłównych konkurentów, MegaFona i MTS.Nasz wschodni sąsiad nigdy nie był dla Apple'a rynkiem łatwym.Oprócz wysokiego cła na amerykańskie produkty, atrakcyjnościtelefonów Apple'a szkodził prawny zakaz subsydiowania przezoperatorów cen sprzedawanych w ich sieciach urządzeń (czyli osprzedawaniu iPhone'a za symbolicznego 1 rubla można było zapomnieć).W tej sytuacji amerykańska firma próbowała przerzucić cały ciężardziałalności marketingowej na telekomy, żądając od nich w dodatkupieniędzy za samo umieszczenie telefonów z „jabłuszkiem”w ofercie, i żądając podpisywania umów na co najmniej pięć lat.[img=iphone-rosja]Pierwszym rosyjskim operatorem, który zerwał z Apple, był MTS –firma gigant, z której usług korzysta ponad 100 mln abonentów, nietylko w Rosji, ale też w wielu postradzieckich republikach. Podkoniec 2012 roku MTS ogłosił, że ze względu na żądania finansowe imarketingowe Apple'a, wycofuje wszystkie modele iPhone'a ze swojejoferty. Ich sprzedaż na warunkach podyktowanych przez Cupertinoprzynosić miała MTS-owi tylko straty. W zamian do oferty wprowadzonotelefony z Windows Phone, które stały się szybko na rosyjskim rynkucałkiem popularnymi komórkami, zdobywając większy udział w rynku, niżtelefony z iOS-em.W ślady MTS-u, z podobnych przyczyn, kilka miesięcy późniejposzedł drugi co do wielkości rosyjski operator – MegaFon(ponad 60 mln klientów). Tutaj firma wybrała jeszcze ciekawsząalternatywę dla iPhone'a, promując smartfona MegafonMint (XOLO X900), produkowanego przez firmę Gigabyte dla Intela.To pierwszy telefon z procesorem Intel Atom, który zaczął byćsprzedawany na taką skalę na rynku europejskim, rosyjskim iindyjskim.Teraz z iPhone'a rezygnujeVimpelCom (około 30 mln klientów), tłumacząc wycofanie telefonuApple'a drakońskimi umowami i ciężkimi warunkami, szczególnie wkwestii marketingu. Po rozwodziez Apple, firma chce się skoncentrować na współpracy z Samsungiem. Łącznie ci trzej operatorzy kontrolują ponad 80% rynkutelekomunikacyjnego Rosji. Zniknięcie iPhone'a z ich oferty topoważny cios dla Apple – szybko rozwijająca się gospodarka(wzrost PKB o 3,4%, średnia płaca netto 27000 rubli, tj. ok. 2700 zł)czyni z Rosji atrakcyjny rynek konsumencki. Teraz Cupertino zostajetylko sprzedaż przez własne sklepy internetowe, ale to ofertawyłącznie dla największych fanów, podobnie jak i w innych krajach,większość klientów kupuje te telefony, które znaleźć można w ofercieoperatorów telekomunikacyjnych.To nie jedyny rynek, na którym Apple ma problemy. Także i wEuropie Zachodniej sytuacja nie wygląda dla „Jabłka” zaciekawie. Gdy IDC przedstawiło wynikisprzedaży smartfonów w EU za pierwszy kwartał 2013 roku, nagleokazało się, że udział Apple'a rok do roku spadł o 11 procent,podczas gdy wzrosły udziały Samsunga (10%), Sony (64%) i LG (aż178%). Podobnie wygląda sytuacja w Chinach, w których iPhone odpoczątku miał problemy, gdyż nie był kompatybilny z architekturąsieci 3G telekomunikacyjnego giganta China Mobile (użytkownikomtelefonów Apple'a pozostawały połączenia po 2G). Nic więc dziwnego,że wśród ponad 700 mln jego abonentów jedynie 15 mln korzystało ziPhone'ów.Czyżby więc to, co działało w Stanach Zjednoczonych, nie musiałowcale działać w innych częściach świata?

Koniec snów o NetPC? Oracle kończy z cienkimi klientami Sun Ray

Mówi się, że Sun Microsystems było firmą za swój geniusz iinnowacyjność kochaną przez wszystkich, ale ta powszechna miłość nieuchroniła jej przed bankructwem. Z kolei Oracle jest firmą, któraraczej gorących uczuć nie budzi, ale nie przeszkadza jej to byćtrzecim co do wielkości producentem oprogramowania na świecie, zarazpo Microsofcie i IBM, z obrotami na poziomie dziesiątków miliardówdolarów rocznie. Gdy jednak całe portfolio produktowe Suna trafiło w2010 roku w ręce Oracle'a, wśród nich nie było miłości, prędzej obawyco do losu tych niezwykłych produktów firmy Billa Joya. Obawy okazałysię całkiem uzasadnione: nowy właściciel, próbując dopasować przejętetechnologie do swojej strategii biznesowej nie wahał się iść pod prądoczekiwań społeczności. Pokazały to losy takich projektów jakOpenSolaris, OpenOffice.org, MySQL, OpenCloud Platform, Kenai czyDarkstar. Na tym jednak nie koniec – korporacja Ellisonawłaśnie ogłosiła, że kończy z całą linią stworzonych przez Sunanarzędzi do wirtualizacji desktopów.W opublikowanym wpisieblogowym czytamy, że aby lepiej dopasować inwestycje wportfolio produktów desktopowej wirtualizacji do całościowejstrategii firmy, kończy zrozwojem oprogramowania Oracle Sun Ray Software, Oracle VirtualDesktop Infrastructure Software, Oracle Virtual Desktop ClientSoftware oraz sprzętu Oracle Sun Ray Client – czyli całegoprzejętego wraz z Sunem zestawu do wirtualizacji desktopów. Co prawdawciąż oferowane będzie wsparcie techniczne i nowe licencje, alewkrótce z taśmy zjadą ostatnie egzemplarze Sun Rayów. [img=sunray-opener]To już najwyraźniej koniec snów oNet PC, urządzeniach, które zarówno Sun jak i Oracle wychwalało jakoznakomitą alternatywę dla korporacyjnych „pecetów”. Dziśgdy wydajne desktopy można postawić na biurku pracownika za grosze, aw dodatku cały ekosystem biznesowego IT wzbogacił się o smartfony itablety, na cienkie klienty/Net PC nie ma po prostu wielkiegozapotrzebowania – według szacunków IDC, w 2013 roku na rynektrafić ma 5,6 mln sztuk tych urządzeń.Dla posiadaczy tego niemalniepsującego się sprzętu, nie są to najgorsze wieści pod słońcem, ajeśli chodzi o oprogramowanie, to zawsze mogą przejść na OracleSecure Global Desktop, oczywiście nie za darmo. Decyzja Oracle'a,sądząc po komentarzach w Sieci, bardziej dotknęła użytkownikówVirtualBoksa – jednego z najpopularniejszych desktopowychhiperwizorów, uświadamiając im, jak szybko to dla wielu kluczowenarzędzie może zostać porzucone lub przekształcone w taki sposób,jaki się to przydarzyło MySQL-owi. Co prawda korporacja Ellisonazapewnia, że będzie skupiała się na dalszym rozwojuoprogramowania Oracle VM VirtualBox, alejak sądzić po dyskusjach na Slashdocie, Reddicie czy Hacker News,coraz więcej osób myśli o forku VirtualBoksa, szczególnie że jegorozwój jest coraz mniej opensource'owy, a coraz bardziej realizowanyw modelu Open Core – tylko rdzeń jest otwarty, a kluczowefunkcjonalności (jak np. wsparcie dla USB) są zawarte we własnościowychmodułach.

Prawnik pozywa Apple, chce domyślnej blokady pornografii na wszystkich urządzeniach z Jabłkiem

Gdy producent czy dostawca usług wymyśla dla swoich klientówograniczenia, które w żaden sposób nie wynikają z technicznejspecyfikacji, zwykle mamy do czynienia z krzykiem niezadowolonych.Wszelkiego rodzaju filtry, blokady, DRM-y źle się nam kojarzą, zdrugiej organizacje takie jak Electronic Frontier Foundation w oczachinternautów to nieomal święci. A jednak są tacy, którzy chcą blokad,filtrów i cenzury – i gotowi są pozwać producenta do sądu, gdyich zabraknie.W Stanach Zjednoczonych, kraju zamieszkałym przez około 1,2 mlnprawników można spodziewać się różnych dziwnych historii sądowych.Oto jedna z nich, z gatunku bardzo dziwnych.Chris Sevier jest prawnikiem z Nashville, który jak sam o sobiepisze, kocha Apple i to, co sobą Apple reprezentuje. Kupiłswego czasu Macbooka, aby tworzyć na nim muzykę (jest klawiszowcem wzespole) i przeglądać zawartość Internetu. Niestety wydarzyła sięrzecz straszna – wyprodukowany przez Apple komputer wyświetliłmu na ekranie pornografię, i to w wyniku zwykłej literówki, gdypróbował wejść na stronę Facebooka, a trafił na stronę fuckbook.com.Jak powód zaznacza, nigdy wcześniej pornografii nie widział.[img=porn-opener]Konsekwencje tego wypadku były, jak wyjaśnia Sevier, dramatyczne.Ujrzał tam liczne obrazy, odwołujące się do jego biologicznejwrażliwości, które wywołały uniego uzależnienie od pornografii, doprowadzając do tego, że zacząłpożądać młodszych, piękniejszych kobiet,niż jego żona, która nie ma już 21 lat.Brak pożądania przełożył się na odejście żony (która zabrała ich synai odeszła w nieznane), a to wywołało traumę, która sprawiła, żeSevier musiał być hospitalizowany. Teraz nie jest już w stanieodróżnić zdjęć z tymi młodymi kobietami od namacalnegostosunku seksualnego – awszystko to z winy Apple'a, które nie ostrzegło go w żaden sposóbprzez zagrożeniami, jakie wiążą się z internetową pornografią.Powód żąda więc od Appleodszkodowania finansowego (niewielkiego, jak na amerykańskiestandardy – zaledwie 75 tys. dolarów), ale przede wszystkimchce, by Apple zmieniło swoją politykę i sprzedawało wszystkie swojeprodukty z zainstalowanymi filtrami, które blokować będą wszelkąpornografię w Sieci. Jeśli klient mający 18 i więcej lat zechcepornografię jednak oglądać, musiałby do Apple'a wysłać podpisaneoświadczenie o świadomości szkodliwości pornografii, by otrzymać zpowrotem kod, który filtry by wyłączał.Złożony w sądzie federalnym stanuTennessee pozew wart jest przeczytania – pełen jest retoryki nie mniejsoczystej, jak to zdanie o żonie, która nie ma już 21 lat. Wiele wnim odwołań do patriotyzmu, konieczności walki z nierządem przyjednoczesnym zachowaniu wolności słowa. Mowa o korzyściachfinansowych płynących z blokady internetowej pornografii dla zwykłychsekshopów, powiązaniach między dostępnością seksualnych wizerunkówmłodych, pięknych kobiet a sprzedażą Viagry i innychseks-farmaceutyków, rozpadem rodzin i handlem żywym towarem. Wyraźnienie chodzi tu o pieniądze – kwota odszkodowania zostałaustalona na najniższym możliwym poziomie, by móc wnieść sprawę przedsąd federalny, a Sevier zaznacza, że jeśli Apple zacznie sprzedawaćurządzenia z preinstalowanymi filtrami, on natychmiast wycofa swójpozew.Samo Apple nie ustosunkowało sięjeszcze wobec tej sprawy, zastanówmy się jednak, czy roszczenia tegotypu mają sens? Nawet w konserwatywnej obyczajowo (na tle innychkrajów UE) Polsce, pozew Seviera może budzić przede wszystkimrozbawienie. Jednak z perspektywy obyczajowości amerykańskiej, wktórej to co seksualne jest o wiele bardziej kontrowersyjne, niż naStarym Kontynencie sytuacja wygląda trochę inaczej. Są przecież inneamerykańskie (i nie tylko amerykańskie) firmy, które w swoichpopularnych usługach oferują domyślnie włączone antypornograficznefiltry. Wyszukiwarki Google'a i Microsoftu domyślnie zwracają wynikiocenzurowane z pornogaficznych obrazów, by je móc oglądać, trzebazmienić ustawienia (co prawda bez konieczności wysyłania do tych firmoświadczenia o świadomości szkodliwości pornografii). Z perspektywy nieświadomegotechnicznych niuansów użytkownika nie ma wielkich różnić międzywyszukiwarką Google, a pozwalającym przeglądać Internetprogramem Safari, który powód używał zgodnie z przeznaczeniem.Co więcej, samo Apple rygorystycznie utrzymuje antypornograficzneregulacje w swoim sklepie z aplikacjami dla iOS-a. Czy więc takbardzo niewyobrażalny jest scenariusz, w którym na Macbookupornografii już się nie zobaczy? W końcu całkiem niedawno Googlezmieniło regulamin dla swoich okularów Glass, tak by uniemożliwićinstalowanie na nich aplikacji o sugestywnej nazwie TitsN Glass, zaś jak niektórzy twierdzą, w przyszłości dojść ma do konwergencji między iOS-em i OS-em X, w którym desktopowy system operacyjny dlaMaków stanie się taki, jak iOS – bezpieczny i uregulowany.

W Wielkiej Brytanii do rygorystycznej nauki informatyki chcą zapędzić już pięciolatków

Jeszcze w latach 80 i 90 zeszłego stulecia pomysłów na nauczanieinformatyki w szkołach było co niemiara, i dało się odczuć, żedecydenci w edukacyjnych resortach brali sobie tę sprawę do serca.Budowano specjalne komputery edukacyjne (nawet w Polsce, gdzieprzecież powstał najdziwniejszy chyba klon ZX Spectrum, czyli Elwro800 Junior), a na zajęciach dzieci mozolnie sterowały „żółwiem”w Logo, próbując zrozumieć, o co chodzi z tą rekurencją. Pionierskie lata minęły, nauka informatyki w większości szkółprzekształciła się w naukę obsługi oprogramowania (zwykle jakiegośWorda czy Painta), a jeśli uczniom udało się odwrócić uwagęnauczyciela, to grania w Tibię. Nie dotyczyło to tylko polskich szkół– trend był przynajmniej ogólnoeuropejski, jeśli nieogólnoświatowy. Ambitne programy nauczania matematyki i informatykiwe Francji zderzyły się z realiami gospodarki i oczekiwańpracodawców, w Niemczech (gdzie polityka edukacyjna zależy tylko odwładz kraju związkowego) przedmiot zwany zwykleInformationstechnische Grundbildung jedynie w Bawariiwykraczał poza wspomnianą wyżej zawartość, a w Wielkiej Brytanii, takprzecież kiedyś ambitnie podchodzącej do kwestii edukacjiinformatycznej (niech przykładem będą starania na rzecz zbudowania iwykorzystania komputera BBC Micro) wszystko to skończyło się nanauczaniu przedmiotu Information Communications Technology (ICT).Przedmiot ten, podczas sondażu przeprowadzonego w 2008 roku wśróduczniów i nauczycieli został określony przez wielu respondentów jakotak szkodliwy, nudny i nic nie znaczący, że powinien byćskreślony z programu nauczania.[img=edukacjaIT-opener]Nic dziwnego, zgłębianie biurowegooprogramowania Microsoftu uruchomionego na Windows trudno nazwaćfascynującym tematem. Z drugiej strony powody takiej a nie innejtreści programu nauczania były całkiem zrozumiałe – z jednejstrony szkoły musiały odpowiedzieć na wymogi pracodawców,oczekujących że wchodzących na rynek pracy młodych ludzi będzie możnaod razu wykorzystać do zajmowania się tak istotnymi dla misji firmyzadaniami jak masowa korespondencja czy budowanie tabel przestawnych,z drugiej strony kto niby miałby uczyć tych wszystkich młodych ludziczegoś ciekawszego, a zarazem trudniejszego? Zarobki w szkolnictwieod upadku Rzymu nigdzie nie były za dobre, więc ktoś, kto dobrzerozumie algorytmikę i zna jakiś przyjemny do nauki językprogramowania (np. Python), by rozwiązywać z uczniami ciekaweproblemy informatyczne, pójdzie uczyć tylko wtedy, gdy jestprawdziwym pasjonatem nauczania – a takich za wielu nie ma.Teraz jednak brytyjscy decydenciuznali, że czastę sytuację zmienić, szkodliwe ICT wycofując z programów szkół,by zastąpić je rygorystycznie nauczaną informatyką. Nie bezkorzyści dla wielkich świata IT: w informacji prasowej opublikowanejprzez ministerstwo edukacji rządu Jej Królewskiej Mości znaleźć możnaodwołania do Erika Schmidta, przewodniczącego Google'a, który miałnarzekać, że Wielka Brytania pozwoliła swojemu systemowiedukacyjnemu zaprzepaścić swoje wielkie dziedzictwo – i terazpłaci za to cenę. Fantazje stojącego na czeleministerstwa Michaela Gove są o tyle urocze, co i rozbrajające,pokazując wyraźnie, że ten dziennikarz z zawodu i wykształcenia,którego dotychczasowym największym projektem była próba zaopatrzeniawszystkich szkół brytyjskich w egzemplarze BibliiKróla Jakuba, nie zna się specjalnie ani na nauczaniu, ani nainformatyce. Poprosił on otóż Brytyjczyków, by wyobrazili sobie, cotylko będzie możliwe, gdy zniesione zostaną ograniczenia narzucaneprzez obecne nauczanie programu ICT; otóż zamiast znudzonychdzieci, nauczanych przez znudzonych nauczycieli, jak korzystać zWorda i Excela, będziemy mieli 11-latków tworzących dwuwymiaroweanimacje za pomocą narzędzia Scratch,którzy w wieku lat 16 będą rozumieli logikę formalną na poziomieuniwersyteckim i pisali swoje własne Aplikacje (pisowniaoryginalna – przyp.red.) na smartfony. Takierygorystyczne nauczanie informatyki rozpocząć się ma dla wszystkichdzieci objętych podstawowym obowiązkiem szkolnym, w wieku od 5 do 14lat. Koncepcja oszałamiająca, lecz PTCzytelnicy, dokonajcie oto eksperymentu myślowego: załóżmy, żedominującą branżą przemysłu jest dziś motoryzacja, a ministeredukacji ogłasza, że oto w podstawach mechaniki i maszynoznawstwaszkolone będą już wszystkie pięciolatki, tak by każdy uczeń w wieku11 lat umiał ustawić rozrząd, a jako 16-latek projektował skrzyniebiegów. Brzmi absurdalnie? Przepraszam za tę nachalną reductio adabsurdum, ale dokładnie o tym mowa w wizji pana Gove'a: zewzględu na konkretne potrzeby jednej z branż przemysłu, wprowadzonezostanie do szkół rygorystyczne kształcenie w dziedzinie, która tejbranży jest potrzebna. Nie wiadomo oczywiście skąd wziąćnauczycieli do nauczania informatyki tych wszystkich pięciolatków,nie wiadomo też, jakie konsekwencje przyniesie próba masowegonauczania programowania w społeczeństwie, które i tak już pogrążonejest w materialno-towarowym fetyszyzmie. Jakpisze moja redakcyjna koleżanka Anna Rymsza, zmieniają onena zawsze sposób rozumienia gadżetów i postrzegania otoczenia,pozwalają rozłożyć na mniejsze, analizować i optymalizować nawetzwykłe, domowe problemy. Poza tym programowanie „wycieka”do innych dziedzin nauki – do fizyki, matematyki, biologii,chemii czy socjologii. Zgoda – zmieniają, ale czyforsowanie tego rodzaju zmiany na skalę całego społeczeństwa jesttym, na czym ludziom powinno zależeć? W świecie, w którym obumierasztuka, a głównym wydarzeniem (czy też raczej nie-wydarzeniem) stająsię kolejne narodziny w brytyjskiej rodzinie królewskiej, szkolenie odmaleńkości w technicznym i algorytmicznym myśleniu obywateli możetylko umocnić te odhumanizowujące trendy.Więc gdy BBC mówio tym, że dzięki rygorystycznej nauce informatyki nauczymy sięmyśleć inaczej, bardziej współcześnie, bądźmy ostrożni – bojakoś w tej współczesności brakuje wielkich myślicieli i wielkichnarracji na miarę poprzednich stuleci.

Kolejny fatalny kwartał dla rynku PC i niespodziewany sukces chromebooków

Analitycy z Gartnera i IDC przedstawili właśnie dane dotyczącestanu rynku PC w drugim kwartale tego roku. Nie można ich określićinaczej niż jako fatalne. Mika Kitagawa z Gartnera mówi o najdłuższymokresie spadków w historii PC –już piąty kwartał z rzędu sprzedaż komputerów maleje, przedewszystkim za sprawą wypierających je tabletów. Jest tylko jednakategoria komputerów, które skutecznie bronią swojej pozycji, a nawetwbrew rynkowym trendom, zdobywają coraz większą popularność. Choćtrudno w to uwierzyć, są nimi chromebooki.Najpierw jednak trochę suchychliczb: wg Gartnera globalna sprzedaż PC w drugim kwartale 2013 r.wyniosła 76 mln sztuk, o 11% mniej niż w drugim kwartale roku 2012.Liderem wśród producentów okazało się chińskie Lenovo, które zdołałozwiększyć swój udział w tym kurczącym się rynku do 16,7%, o włosprzed HP (16,3%). Trzecie miejsce przypadło Dellowi (11,8%), aczwarte Acerowi (8,3%). Podobne wyniki przedstawiło IDC – wgnich sprzedaż PC zmalała o 11,4%, do 75,6 mln sztuk, niemal takiesame były też rynkowe udziały producentów sprzętu.[img=down_opener]Zaskakująco dobrze wyglądasprzedaż PC na rynku amerykańskim – tam sprzedaż spadłazaledwie o 1,4%, jednak w globalnej skali to nic w porównaniu dospadków w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka), gdziewyniki były gorsze od zeszłorocznych o 16,8%. Wyjaśniając to Kitagawastwierdziła: na rynkach wschodzących tanie tablety stałysię dla wielu ludzi podstawowymi urządzeniami komputerowymi, wnajlepszym razie opóźniając zakup przez nich PC.Z kolei Jay Chou z IDC określił sytuację na rynkach wschodzących jakozagrożenie dla długoterminowego wzrostu, uznając,że ekosystem PC musi obniżyć ceny i przejść na ekrany dotykowe, abyzwiększyć atrakcyjność komputerów osobistych i poradzić sobie zkonkurencją ze strony tabletów.Pozostaje tylko czekać na kolejnąrundę wzajemnych oskarżeń między producentami sprzętu, a Microsoftem,o to, kto jest przede wszystkim winien tak złym wynikom. Na pewnojednak na tym tle widać, że decyzje firm takich jak Lenovo czy HP,kluczowych partnerów giganta z Redmond, okazały się całkiem sensowne.Chodzi oczywiście o rozpoczęcie produkcji chromebooków, czyli tanichlaptopów z preinstalowanym systemem Google Chrome OS.Według danych firmy badawczej NPDGroup, te urządzenia te zdobyły już 25-30% rynku najtańszych(kosztujących mniej niż 300 dolarów) laptopów w USA, i jak twierdziKitagawa, mają już nawet 4-5% całego amerykańskiego rynku PC. Tozdumiewający wynik dla sprzętu, który jeszcze dwa lata temu, popojawieniu się pierwszych prototypowych chromebooków, był określanyjako zbyt ograniczony i zbyt awaryjny dla przeciętnegoużytkownika, czy też niezdolnyw żaden sposób do zastąpienia klasycznych PC z Windows.Teraz jednak Stephen Baker, analityk z NPD mówi, że chromebookiznalazły swoją niszę na rynku,zaś gdy cały ekosystem PC przechodzi transformację, widać, że Googleznalazło w niej swoje miejsce.Z kolei zachęceni ceną, łatwościąużycia i wygodą transportu klienci, szczególnie związani zeszkolnictwem, kupują komputery z Chrome OS-em jako alternatywę dlanajtańszych laptopów z Windows. Wybór nie ogranicza się jednak donajtańszych, sprzedawanych w supermarketach modeli, których cenyzaczynają się od 200 dolarów, wymagający miłośnicy chromebooków mogąsięgnąć po luksusowego Chromebooka Pixel ze znakomitym ekranem owysokiej rozdzielczości i ceną od 1300 dolarów. Pierwotneograniczenia Chrome OS-a też są już coraz mniej dotkliwe –przeglądarkowy system operacyjny pozwala wreszcie na pracę (aprzynajmniej namiastkę pracy) bez dostępu do Sieci, zaś partnerzyGoogle'a robią co mogą, by zapewnić, by sprzęt, na którym uruchamianyjest Chrome OS działał jak najlepiej. Wiceprezes Intela Imad Sousouprzyznał, że już ponad 1000 inżynierów jego firmy poświęca swój czasna pracę nad google'owym systemem.Samo Google nie chciało podaćżadnych wyników sprzedaży chromebooków. Ceasar Sengupta, szef działurozwoju tych komputerów stwierdził jedynie, że bezwątpienia obserwuje znaczący wzrost, ogromny, ogromny wzrost.Pozostaje teraz tylko czekać,gdy głównym konkurentem chromebooków staną się tanie laplety/tabletyz Androidem.