Twórcy od pierwszych zapowiedzi gry wmawiali nam, że szykują dzieło, które nauczy podstaw absolutnych laików i tutaj jako tako daje sobie ono radę, acz nie należy naiwnie spodziewać się, iż po przejściu jednego specjalnego trybu potem nagle udanie stawimy komukolwiek czoła w sieci. Skrojona pod nowicjuszy opcja Fight Lab, gdzie to pomagamy robotowi bojowemu opanowywać kolejne sztuczki na ringu oraz uczymy się różnorakich zagrywek, pozwala miło spędzić czas, lecz z nikogo (bez dodatkowego wysiłku) mistrza nie uczyni. Jeśli chcemy faktycznie zacząć coś osiągać, nie obejdzie się bez przeglądania forów, wpatrywania się w rozpiski kombinacji, studiowania walk wrzucanych w formie wideo do Internetu. Godzin treningu na cyfrowej sali ćwiczeń w oferującym spore możliwości dostosowywania sytuacji Practice. Samodoskonalenie przez pot i łzy, ot co.
Będąc produkcją nastawioną na rywalizację, online lub na kanapie (do czterech graczy niemal równocześnie, gdyż w końcu chodzi o zacięte walki w parach), TTT2 nie ma praktycznie nic do zaoferowania samotnikom. Poza wspomnianym laboratorium, żadnej zakręconej kampanii tu nie ujrzycie. Standardowe Arcade Mode, czyli rozwalanie kolejnych rywali, żeby w finale zmierzyć się z przepotężnym bossem (w tej roli tym razem Jun Kazama), w gruncie rzeczy nudzi, zaś nagradzające włożony w walkę trud filmiki końcowe dla każdej z dostępnych postaci to w większości czysty absurd. Już lepiej spędzać czas na potyczkach z „duchami” (losowo dobieranymi, także z wyglądu przeciwnikami), bowiem tam, pokonując co mocniejszych zabijaków, odblokowujemy bonusy. Raz, że tak w alternatywny sposób da się uzyskać wszystkie filmiki, a dwa – dochodzą rzeczy wykorzystywane przy dostosowywaniu pod siebie postaci. Plus kasa do sklepu.
Edytor wojownika nie jest tak rozbudowanym narzędziem, jak ten znany z SoulCalibur V, bo nie wpłyniemy na cechy fizyczne zawodnika, a jedynie jego aparycję, jednak elementów garderoby jest tyle, że można spokojnie popuścić wodze fantazji. Fryzury, czapki, wdzianka w różnych kolorach, wyposażenie dodatkowe do wykorzystania także w walce (ot, anarchista dziabnie nożem, pacyfista posadzi zaś kwiatek)… Wiadomo, iż jeśli kogoś skutecznie lejemy, zapamięta nas przede wszystkim z wyglądu, a że fajniejsze przedmioty są odpowiednio droższe, tak motywacja do klepania losowych, konsolowo sterowanych zawodników przednia. Przy ciągłym założeniu oczywiście, iż nie robimy niczego tylko dla siebie, lecz w końcu chcemy pokazać naszego „superżołnierza” w soczyście różowym kostiumie całemu światu.
[break/]Kod sieciowy działa bardzo sprawnie, choć czasem człowiek się naczeka na odnalezienie godnego mu rywala. Fajnie, że zamiast cierpliwie wlepiać wtedy oczęta w jakiś artystyczny ekran dogrywania, wskakujemy do wirtualnej rzeczywistości z drewnianym sparing partnerem Mokujinem i aktywnie rozgrzewamy paluchy, radośnie go katując. Dziw co prawda bierze, iż nie dostaliśmy niczego na wzór lobby (SC V miało przecież tego namiastkę), lecz tylko starcia rankingowe i te nie, ale skupiono się pewnie na internetowym systemie zbierania danych o graczach. Rozwiązanie zwie się World Tekken Federation (tak, WTF), a po powiązaniu konta na konsoli z tym online jesteśmy w stanie śledzić w dowolnej przeglądarce swoje statystyki, sprawdzać, kto króluje w światowym rankingu, czy założyć własny zespół wymiataczy, albo wstąpić do istniejącego już, aby w ramach jednego gangu wspólnie stawiać czoła pozostałym. Przy rozgrywce wieloosobowej warto zwrócić jeszcze obowiązkowo uwagę na możliwość zapoznawania się z powtórkami walki innych – świetna nauka. Swoje też wrzucimy.
Oprawa graficzna, gdyby odpalić obok siebie Tekkena 6 i Tag Tournament 2, nie zaliczyła praktycznie żadnego skoku jakościowego. Postacie w większości prezentują się bez zmian (pomijając oczywiście poprzednio niedostępne), często wielopoziomowe areny wypadają chyba nawet niekiedy gorzej – przy okazji, uśmiechnąć się będzie można wkrótce na widok cyrku w Polsce. Naturalnie najbardziej cieszą oczy zagrania drużynowe, wspólne rzuty, szybkie zmiany zawodników oraz ciągnięcie potężnych łańcuszków razów. W duetach tkwi oczywiście siła produktu. Pomijając fakt, że wielu wojowników zyskało kilka nowych zagrań taktyczny, których wypada się wyuczyć, powodzenie w starciu z żywym zawodnikiem to jednak zgrana parka. Sporo czasu zajmie ustalenie, jaką dwójkę dobrać (ponad 50 postaci, a DLC w drodze!), bo nie każda konfiguracja się sprawdza. Pewne zestawy wpływają przykładowo na szybsze ładowanie stanu furii, czyli konkretniejsze obrażenia. Da się walczyć w pojedynkę, dostając więcej życia w zamian za odstąpienie od opcji odzyskiwania energii „za kulisami” po zmianie, tylko tak naprawdę automatycznie rezygnujemy wtedy z przynajmniej połowy frajdy.
Niby to samo danie podane po raz kolejny raptem z innym przystrojeniem, a jednak do Tekken Tag Tournament 2, jako reprezentanta gatunku bijatyk, nie wypada się doczepiać. Jeżeli nastawiacie się na obijanie innych, u siebie w domu lub po sieci, a zarazem liczycie na bardziej techniczne podejście do starć, bo wszelkich Hadoukenów oraz Fatality nie trawicie, na lepszą propozycję rozrywkową tego typu w pudełku nie traficie. Co najważniejsze, jest trudno, ale zarazem pojawia się motywacja do rozwijania własnych umiejętności i przeświadczenie, że chociaż ludzie grają w Tekkena od lat, wciąż przy odpowiedniej dawce treningu są szanse, żeby kilku z nich dogonić. Ten tytuł powinien podgrzać atmosferę na turniejach (pozdrawiam prężnie działającą krajową scenę graczy), a także wiele osób skłonić do zakupu specjalistycznych kontrolerów – bo nie oszukujmy się, pad od Xboksa 360 się do komfortowej zabawy zwyczajnie nie nadaje…