biznes (strona 143 z 149)

OCZ bankrutuje, Toshiba kupuje, małe szanse na utrzymanie obsługi gwarancyjnej

O tym, że źle się dzieje w OCZ, jednym z najbardziej znanychproducentów dysków SSD, wiadomo było przynajmniej od zeszłego roku.Jednak bankructwo firmy, która była przecież pionierem na rynku SSD,jednym z pierwszych dostawców pamięci masowych tego typu w cenachmożliwych do zaakceptowania dla zwykłego użytkownika – o tymnie mówiło się na poważnie. Niestety jednak tak się stało. WczorajNASDAQ zawiesiło obrót akcjami OCZ, a sama firma złożyła wniosek obankructwo.Kłopoty firmy nie wzięły się znikąd. To efekt wyjątkowo pechowegopołączenia problemów z techniką, problemów z dostawcami podzespołów iproblematycznych decyzji biznesowych.[img=bankructwo]Od strony technicznej zaczęło się od napędów Vertex III, w którychźle działające firmware kontrolera doprowadzało do uszkodzeń dysków.Sprawa była o tyle dotkliwa, że Verteksy należały do najlepiejsprzedających się napędów OCZ. Rok później na rynku zadebiutowałnapęd Vector, wyjątkowo ozięble przyjęty przez potencjalnych nabywców– i tym razem problemy tkwiły w firmware. Gdy zaś latemzeszłego roku na rynku pojawił się Vertex 450, zgodnie uznano go zanajczęściej psujący się napęd SSD na rynku. Mimo tych problemów zarząd OCZ postanowił wybrać się na zakupy.Przejął m.in. Indilinx, aby stworzyć własny kontroler SSD orazizraelskiego producenta oprogramowania buforującego SANRAD (którystał się jej izraelskim oddziałem). W czasie zakupów doszło do kilkuspraw sądowych między udziałowcami a zarządem – zaskarżyli oniwątpliwe ich zdaniem praktyki księgowe. Wkrótce po tym dotychczasowydyrektor zarządzający odszedł z firmy, a wykryte nieprawidłowości wksięgach doprowadziły do konieczności ponownego przygotowaniasprawozdań finansowych z kilku ostatnich lat. Rok 2013 okazał się być jeszcze gorszy. Pojawiły się problemy zzabezpieczeniem ciągłości dostaw pamięci NAND flash i utrzymaniemprocesu produkcyjnego. W drugim kwartale roku przychody firmy spadłyz 88 do 33 mln dolarów. W obliczu rosnących strat OCZ zostałozmuszone do wzięcia wysoko oprocentowanej pożyczki – 30 mlndolarów na 15% – od prywatnego funduszu inwestycyjnego HerculesCapital Group. Oddano przy tym pod zastaw całą firmę (w razieniemożliwości spłaty fundusz stałby się właścicielem OCZ). Pożyczonepieniądze nie pomogły: wartość akcji spadała, mimo przedłużeniaterminu spłaty pożyczki, pieniędzy nie udało się zwrócić. Wierzycielostatecznie zająłkonta bankowe swojego dłużnika, pozostawiając OCZ bez środków naprowadzenie dalszej działalności. To nie jest całkowity koniec firmy, choć dobrych wieści dlaposiadaczy dysków OCZ nie mamy. Toshiba wyraziła zainteresowanienabyciem wszystkich zasobów firmy w trakcie postępowaniaupadłościowego – czyli patentowego portfolio, kadrypracowniczej i infrastruktury produkcyjnej. Wcale to jednak nieoznacza, że Toshiba chciałaby przejąć na siebie zobowiązaniagwarancyjne wobec klientów upadłej firmy. Gdyby tak było, tokomunikat prasowy mówiłby raczej o przejęciu OCZ przez Toshibę. W tymwypadku można się raczej spodziewać gwałtownej wyprzedaży dysków SSDod OCZ, pozbawionych gwarancyjnej ochrony producenta.

Już niebawem 50% rynku komputerów osobistych stanowić mają tablety

Próby ratowania rynku PC innowacyjnymi systemamioperacyjnymi czy budowaniem atrakcyjnych wizualnie hybrydowychlaptopów niewiele pomagają. Wyniki sprzedaży były w tym roku dlaOEM-ów fatalne,a jak twierdzą teraz analitycy z firmy Canalys, trend ten utrzyma sięw przyszłym roku. Wszystko to za sprawą tabletów – już wprzyszłym roku tablety przejąć mają 50% rynku komputerów osobistych.W sierpniu prezes Acera Jim Wong poinformował,że strategia jego firmy ulega zmianie. Jako że światełka w tym tunelurynkowej recesji wciąż nie widać, to już nie PC z Windows, lecztablety i smartfony z Androidem mają być kluczowymi produktami firmy.Nie wiadomo jednak, czy decyzja ta nie zapadła za późno: rynekurządzeń mobilnych wcale nie jest łatwy.A przecież rynek to ogromny: przewidywana sprzedaż tabletów w 2014roku wynieść ma 285 mln sztuk tych urządzeń, a trzy lata później jużnawet 396 mln sztuk. Pin Chen Tang, analityk Canalys, przekonanyjest, że w przyszłym roku główną rolę wciąż będą odgrywałytablety z Androidem (65%sprzedaży tej klasy urządzeń), jednak najważniejszą marką pozostanieApple – tabletom z Jabłuszkiem pozostanie 30% rynku. Pozostałe5% przypadnie urządzeniom z Windows.[img=tablety2]Wydaje się, że 5% to niedużo, ale jeszcze w poprzednim roku narynku tabletów do Microsoftu należało co najwyżej 2%. Wzrost ten ma byćprzede wszystkim zasługą przejęcia Nokii, jednak nikt nie jest wstanie powiedzieć, czy firmie z Redmond uda się utrzymać to tempo w kolejnych latach. By osiągnąć sukces, Microsoft musiprzede wszystkim rozwinąć bibliotekę oprogramowania dla swoichurządzeń i wykorzystać inne elementy swojego ekosystemu dlawzmocnienia pozycji Windows na urządzeniach mobilnych. Nie obejdziesię też bez rozwiązania problemu z koegzystencją Windows Phone iWindows RT, dezorientującą potencjalnych nabywców.Oczywiście na rynku tabletów startowało już wielu znanych graczy,ale nie każdemu się udało – porażkę poniosły BlackBerry czyHTC, a i HP ze swoimi urządzeniami z webOS-em świata nie zawojował.Dlatego też nie można zagwarantować sukcesu gigantów rynku PC, takichjak Acer, Asus czy Lenovo, którzy muszą walczyć o miejsce na rynkutabletów, oferując swoje urządzenia po bardzo niskich cenach, tylkopo to, by móc konkurować z urządzeniami lokalnych producentów.Konkurencja ta może bowiem okazać się na dłuższą metę nie doutrzymania, szczególnie w rejonie Azji i Pacyfiki oraz AmerykiPołudniowej. Niewielkie, regionalne marki, korzystające ze zwinnościswoich chińskich dostawców, by dostarczać na rynek tanie tablety,dostosowane do potrzeb miejscowego odbiorcy, odgrywają coraz większąrolę na rynku. Producenci tacy jak Nextbook w USA czy Onda i Teclastw Chinach dostarczają dziś w swoich krajach więcej sprzętu, niżnajwiększe międzynarodowe marki. Pierwszym z dużych i znanych, którypoddał rynek tabletów, jest BlackBerry, ale Pin Chen Tang przekonanyjest, że to dopiero początek trudów.2014 ma być więc, zdaniem analityka, rokiem nieustannych przejęć,fuzji i porażek, w rytm których producenci sprzętu będą walczyli oocalenie swojej produkcji klasycznych komputerów osobistych, przyjednoczesnej próbie zdobycia pozycji na rynku tabletów, gdzie niskiemarże rekompensować ma wielkość sprzedaży. Dla konsumentów to dobrainformacja, o ile nie są konsumentami bardziej wymagającymi,zainteresowanymi wydajnym sprzętem PC, coraz bardziej niestetyprzesuwanym na rynkowy margines.

Mozilla więcej zarabia, więcej wydaje i jeszcze bardziej uzależnia się od Google'a

Czy można mówić o niezależności podejmowanych przedsięwzięć, jeślibrakuje niezależności finansowej? Jak zawsze w listopadzie, Mozillaopublikowała swój raport za ostatni rok finansowy. Wydanieza 2012 rok pokazuje wyraźnie, że Fundacja bez pieniędzy Google'aniewiele byłaby w stanie zrobić. Raportowi towarzyszy jednakprzemówienie przewodniczącej Mozilli, pani Mitchell Baker, z któregodowiadujemy się, jak bardzo wyjątkowe jest znaczenie Mozilli –nic natomiast tu o Google nie usłyszymy.Słowa, które możecie wysłuchać w poniżej osadzonym wystąpieniu,brzmią niezwykle wzniośle. Jesteśmy globalną społecznością owspólnym celu: zbudowania Internetu takiego, jakiego potrzebujeświat. Osiągamy to budując produkty, wzmacniając społeczności,nauczając i ucząc się, kształtując nasze środowiska. Robimy tonajlepiej, gdy rzeczy te zostają razem splecione. Nikt inny nie mazarówno wizji jak i okazji, by to urzeczywistnić. Możemy uczynićInternet poznawalnym, interoperacyjnym, naszym. Możemy byćczempionami Webu, w którym ludzie wiedzą więcej, robią więcej i robiąto lepiej. Tacy jesteśmy. Taka jest Mozilla.[yt=http://www.youtube.com/watch?v=Xrh2FN1y8CY]Taka właśnie jest Mozilla: już 90%wszystkich pieniędzy, jakimi dysponowała organizacja w rokufinansowym 2012, pochodziło od Google'a. To niebagatelne już kwoty:cały budżet to 311 mln dolarów (o ponad 90% wyższy niż w roku 2011),z czego google'owe pieniądze stanowią ok. 280 mln dolarów. Zależnośćrośnie – w roku 2011 wskaźnik ten był o pięć punktówprocentowych niższy. Co ciekawe, oszczędności Mozilli zrobiły sięcałkiem spore, gdyż wydatki wzrosły tylko o 43% w stosunku do rokupoprzedniego, ze 145 mln do 208 mln dolarów. Oczywiście lwią część wydatkówpochłania rozwój Firefoksa i pomniejszych projektów deweloperskich.Pozycja Software development to w 2012 roku 149 mln dolarów,zaś Program services – około 8 mln. Dla nadzorującejrozwój oprogramowania Mozilla Corporation pracować ma jakieś 600osób, tak więc jeśli nawet każdy z nich zajmuje się bezpośredniopracami programistycznymi, to wydatki wynoszą tu ponad 260 tys.dolarów rocznie na głowę. Warto pamiętać, że te kwoty nie dotycząwydatków na kadrę menedżerską Fundacji – pozycje Brandingand marketing oraz General and administrative to łącznieokoło 50 mln dolarów. Z dokumentacjipodatkowej Mozilli udało się ustalić, że w Fundacji zatrudnionesą 22 osoby, wspomagane przez armię 3 tysięcy wolontariuszy.Utrzymanie pani Mitchell, którą mogliście oglądać na poniższym wideo,kosztuje 715 tys. dolarów, wynagrodzenie dyrektora technicznegoBrendona Eicha to zaś 689 tys. dolarów.[img=mozilla]Ten wzrost przychodów Mozilli,połączony ze wzrostem uzależnienia od Google, niekoniecznie musi byćczymś dobrym. Organizacja swoje pieniądze potrafi wydawać w sposóbdość zaskakujący, niekoniecznie mający wiele wspólnego z rozwojemoprogramowania czy usług internetowych. Przykładem może byćsponsorowanieimprez dla miłośników deski surfingowej, czy ponad milion dolarówwydany na osobliwy projekt internetowych sprawności (Badges).Jak na razie więc producent Firefoksamoże śmiało realizować swoje zadania, gdyż umowa z gigantem zMountain View została odnowiona i obowiązywać będzie do listopada2014 roku. Co prawda były podjęte już pewne nieśmiałe próbyuniezależnienia się od Google'a, choćby przez podpisanie pierwszejumowy z Microsoftem w sprawie wykorzystania Binga jako domyślnejwyszukiwarki, ale uzyskiwane z tego kwoty to wciąż drobiazg. W tejsytuacji rewizjaplanów względem domyślnego traktowania ciasteczek stron trzecichprzez Firefoksa zaczyna być bardziej zrozumiała – ostatecznietakie posunięcie byłoby najbardziej bolesne dla największegooperatora sieci reklamowych na świecie, który tak się przecieżskłada, że jest najważniejszym mecenasem Mozilli.Na pewno nie jest to relacjajednostronna – istnienie Mozilli jako niezależnego gracza naprzeglądarkowym rynku, który może atakować Microsoft i InternetExplorera z pozycji dla Google niedostępnych, gracza, którego produktjest domyślnym wyborem dla większości ludzi związanych zopensource'owym oprogramowaniem, jest dla giganta z Mountain Viewbardzo na rękę. Dlatego możemy być pewni, że umowa reklamowa Mozillii Google'a jeszcze nie raz będzie odnawiana. W jakim stopniu wpłynieto na niezawisłość planów Mozilli – to już ocenią samiużytkownicy.

Co Stephen Elop zrobi Microsoftowi po przejęciu władzy? Giełda jest zachwycona

W przyszłym roku Steve Ballmer zakończy swoje trwające od 2000roku panowanie nad Microsoftem, nic więc dziwnego, że w mediachkomputerowych i finansowych nie ustają spekulacje na temat jegonastępcy, ewentualnych zmian w strategii firmy i konsekwencji, jakieto przynieść może dla całego rynku IT. Bloomberg przedstawiłniedawno bardzo interesujący scenariusz zmian u software'owegogiganta, który ziścić się może, jeśli u steru Microsoftuznajdzie się Stephen Elop – były szef Nokii, znany zprzekształcenia fińskiej firmy w przybudówkę Microsoftu.Elopa porównywano niejednokrotnie do konia trojańskiego, którypociągając firmę, którą zarządzał na dno, pozwoliłMicrosoftowi nabyć w końcu w zaskakująconiskiej cenie cały jej dział mobilny. Czy był to dobry obrótspraw dla Nokii – to zależy od perspektywy, z której sprawęoceniamy. Samą jednak rolę Elopa jako CEO firmy, z perspektywyakcjonariuszy trudno ocenić pozytywnie. W ciągu jego rządów zyskifirmy spadły o 92%, z 2,4 mld euro rocznie do 188 mln euro rocznie,a sprzedaż słuchawek z logo Nokii zmalała o 40%, z 456 mln sztukrocznie do 274 mln sztuk rocznie. Nic więc dziwnego, że akcjefirmy, które w momencie zatrudnienia Elopa warte były 7,12 euro,dwa lata później sprzedawano po 1,44 euro, czyniąc z Nokii jednąz najgorszych inwestycji wśród spółek sektora nowych technologii.[img=elop]Czy Elop na dyrektorskim fotelu w Redmond byłby w stanie wykazaćsię jako lepszy menedżer? Z tego co przedstawia Bloomberg, zamierzaon przede wszystkim skupić się na pakiecie Office (którym notabenezarządzał jako szef Microsoft Business Division przed przejściemdo Nokii). Office miałoby zostać przebudowane z myślą ourządzeniach mobilnych, i to nie tylko urządzeniach Microsoftu –miałoby działać też na tabletach z Androidem i iOS-em.Warto przypomnieć, że taką wersję Office dla iOS-a zapowiadałteż Steve Ballmer, który w październiku powiedział analitykom, żejej premiera nastąpi, gdy Microsoft opracuje już wersje Worda,Excela i PowerPointa, które nie tylko będą działały z ekranamidotykowymi, ale dla których ekran dotykowy będzie podstawowyminterfejsem. Skupiając się na Office, Elop zamierza zarazem skończyć zwieloletnią rywalizacją z Google, pozbywając się wyszukiwarkiBing, która mimo włożonych w nią miliardów poza StanamiZjednoczonymi nie zdobyła nigdzie większej popularności, a nawet iw USA nie jest dochodowym interesem – ostatni rok finansowy pionusług online Microsoftu zamknął stratą w wysokości 1,2 mlddolarów, podczas gdy rok 2012 stratą aż 8,1 mld dolarów.O ile jednak pozbycie się nieopłacalnej usługi jest zrozumiałe,to bardziej zaskakuje plan sprzedaży Xboksa – jednej z nielicznychmarek Microsoftu, która jest ciepło przyjmowana przez użytkowników(w USA Xbox 360 jest najpopularniejszą z konsol do gier). Jakwyjaśnia Bloomberg, Elop gotów jest pozbyć się znoszącej złotejaja kury, jeśli ustalone zostanie, że nie jest kluczowa dlastrategii firmy (a jak można sobie wyobrazić, konsole do gierniewiele mają wspólnego z biznesem skupiającym się na arkuszachkalkulacyjnych).Finalnym krokiem Elopa będązwolnienia w tym, co z Microsoftu pozostanie – mowa jest o pozbyciusię nawet tysięcy pracowników. Ci którzy pozostaną, przejdąreorganizację, wskutek której firma będzie się składała zwiększej liczby mniejszych, niezależnych zespołów.Co najdziwniejsze, te plany zostałypozytywnie ocenione przez wielu analityków. Rick Sherlund z NomuraHoldings uznał, że sprzedaż Binga i Xboksa może pozwolić nawzrost przychodów w roku finansowym 2015 o nawet 40%. Zdaniemeksperta, Microsoft próbuje robić zbyt wiele, a te zasoby nieprzynoszą żadnej zrozumiałej wartości dla całego biznesu.Giełda najwyraźniej w słowa Sherlunda uwierzyła, wartość akcjiMicrosoftu po opublikowaniu jego analiz wzrosła do najwyższegopoziomu od połowy 2000 roku.Elop nie jest oczywiście jedynymkandydatem do fotela CEO Microsoftu. Przetrwał on jednak listopadowąrundę eliminacji, która jak podaje Reuters, pozostawiła na liściepięć osób – oprócz Elopa są tam wymieniani też szef FordMotor Company Alan Mulally, były szef Skype'a Tony Bates oraz szefpionu chmur i usług dla biznesu w Microsofcie, Satya Nadella. Wśródnich za najpoważniejszych kandydatów wymieniani są właśnie Elopi Mulally. Prawdopodobieństwo wyboru ex-szefa Nokii jest więccałkiem spore, a pozytywna reakcja giełdy na plany „odchudzenia”Microsoftu może mu tylko służyć.

Raj piratów na Antigui: zawieszenie ochrony własności intelektualnej z USA coraz bliższe

Na początku tego roku media obiegła wiadomość, że niewielkiekaraibskie państwo Antigua i Barbuda przygotowuje się dozrealizowania przyznanego mu przez Światową Organizację Handlu (WTO)prawa do sankcji handlowych przeciwko Stanom Zjednoczonym, w wartoścido 21 mln dolarów rocznie. To rekompensata za nielegalny (zdaniempanelu WTO) zakaz internetowego hazardu w USA, który doprowadził doniemal do bankructwa kasyna działające na Antigui i będące jednym zfilarów gospodarki tego państwa. Najwyraźniej te przygotowania niebyły tylko rzucaniem słów na wiatr – piraci z Karaibów jużniebawem mogą zacząć legalnie grać na nosie amerykańskiemuprzemysłowi filmowemu, muzycznemu czy software'owemu.Z historią trwającego ponad 10 lat sporu między Antiguą a StanamiZjednoczonymi możecie zapoznać się tutaj.Przypomnijmy jedynie, że w pierwszym wyroku w tej sprawie WTO uznało,że amerykańskie restrykcje naruszają umowy międzynarodowe, zaś kasynainternetowe działające w Antigui są legalnymi przedsięwzięciami ijako takie mają pełne prawo dostępu do amerykańskiego rynku. StanyZjednoczone oczywiście wniosły w tej sprawie apelację, tylko byspotkać się z jeszcze bardziej niekorzystnym dla nich werdyktemkomisji odwoławczej, która uznała, że USA złamały swoje obietnice wzakresie respektowania wolnego handlu, oraz wprowadziły nielegalneśrodki, naruszające zobowiązania wynikające z układu GATS. Co więcej,oskarżono też USA o stosowanie podwójnych kryteriów w próbieprzywołania zasady ochrony moralności publicznej, pozwalającejpaństwom na obejście umów o wolnym handlu – ponieważ mocarstwopozwalało własnym operatorom internetowym na pewne formy hazarduonline, np. obstawianie wyścigów konnych.[img=antigua]Panel arbitrażowy Światowej Organizacji Handlu pozwolił więcAntigui na zawieszenie praw ochrony własności intelektualnej i znakówhandlowych podmiotów z USA, chronionych przez WTO na mocy układuTRIPS, co w praktyce oznacza prawo do legalnego udostępniania w Siecitreści chronionych prawem autorskim, bez rekompensaty dlaamerykańskich producentów. Pięć lat po tym wyroku pojawiły sięinformacje, że trwają prace nad uruchomieniem medialnego hubu, któryoferowałby dosłownie za grosze (centy?) filmy, muzykę czyoprogramowanie z USA. Reakcja mocarstwa była szybka –Departament Handlu ostrzegł, że jeśli Antigua zdecyduje się na takikrok, to zaszkodzi on zagranicznym inwestycjom w gospodarkę tegokraju i innym porozumieniom handlowym.Ciszę, która zapadła po tej odpowiedzi, interpretowano rozmaicie,choć miejscowi komentatorzy przekonani byli raczej, że karaibski krajzagra va banque. Sprawa sięwreszcie jednak wyjaśniła. W przekazanym do mediów oświadczeniu, rządAntigui i Barbudy poinformował, że powołana w tym celu komisja kończyprace nad projektem ustawy powołującej do istnienia serwisinternetowy służący do monetyzacji zawieszenia ochrony praw własnościintelektualnej amerykańskich producentów. Co więcej, zapowiedziano,że rząd nie chce tego robić na własną rękę, szuka partnerów zprywatnego sektora, którzy chcieliby się podjąć stworzenia takiejplatformy i zarządzania nią.Co ciekawe, wśród możliwychpartnerów Antigui wskazywano serwis The Pirate Bay. Administratorzypirackiego serwisu byli zachwyceni taką możliwością, w odpowiedzi nazapytanie redaktora TorrentFreak.com odpowiedzieli,że w budowie karaibskiej jaskini pirackich skarbów pomogą zradością. Oczywiście serwisbudowany dla Antigui nie mógłby mieć nic wspólnego z torrentowąwitryną – Mark Mendel, doradca rządu karaibskiego krajuzapewnił, że respektowane będą prawa wszystkich właścicieli prawautorskich spoza Stanów Zjednoczonych. Dostępne w nim treści nie mogąbyć udostępniane za darmo, ale nikt nie może zabronić operatorowiwycenienia kopii Windows czy Office na 1 centa, czy też wprowadzeniaabonamentu dla użytkowników. Jedynym ograniczeniem jest tu kwota 21mln dolarów rocznie, które Antigua może zarobić na sprzedażyamerykańskich treści.Sprawie wyraźnie brakuje ramprawnych, pozwalających na stwierdzenie z całą pewnością, co może sięstać. Kwestie ochrony własności intelektualnej reguluje bowiem nietylko WTO, utwory artystyczne są bowiem dodatkowo chronione konwencjąberneńską, której zawieszenie decyzją innego ciała jestnieoczywiste – nie ma tu żadnej ustalonej hierarchii praw.Joost Pauwelyn, były szef działu prawnego WTO twierdzi jednak, że namocy konwencji wiedeńskiej i zasad prawa międzynarodowego najbardziejaktualne wyrażenia woli państw muszą przeważyć,tak więc wyrażenie zgody na zawieszenie obowiązywania postanowieńTRIPS jest wiążące dla wszystkich członków Światowej OrganizacjiHandlu, i jak i stron konwencji berneńskiej. Co więcej, StanyZjednoczone nie mają w tej sytuacji prawa do zgłaszania jakichkolwieknaruszeń własności intelektualnej chronionej przez konwencjęberneńską, do których doszło na mocy orzeczenia WTO, gdyżprzystępując do umów DSU (Dispute Settlement Understanding) ipodpisując TRIPS, zgodziły się w całości respektować ichpostanowienia.Z analizyprzeprowadzonej przez Gabriela Slatera, profesora prawa z CornellUniversity wynika, że wszystkie państwa członkowskie WTO (w tym iPolska), muszą respektować prawo państwa, które otrzymało zgodę nazawieszenie ochrony własności intelektualnej innego państwa doeksportu kopii takich chronionych materiałów, o ile będzie ondokonany z przestrzeganiem właściwych warunków licencjonowania,ograniczających ich dostępność pod względem liczby, wartości i czasutrwania. W praktyce oznaczałoby to, że nabyte w pirackim sklepieAntugui i Barbudy kopie Windows czy Office byłyby legalne, jednak ichdalsze kopiowanie w miejscu zamieszkania nabywcy byłoby oczywiściejuż nielegalne.