F.E.A.R. 2: Project Origin

Strona głównaF.E.A.R. 2: Project Origin
12.03.2009 12:17
Redakcja
Redakcja

Szaleni naukowcy charakteryzują się wieloma rzeczami. Chociażby tym, że są szaleni. Poznać ich można też po irracjonalnej chęci zawładnięcia światem. Fakt ten na pewno by ich przerósł gdyby tylko do tego doszło, wszak nasz glob jest zbyt chaotycznym miejscem, aby móc nim rządzić ot tak - po prostu. Często swój cel chcą osiągnąć przez jakąś megapotężną broń ostatecznej zagłady lub za sprawą armii superżołnierzy, posłusznych na każde skinienie. I tu równie często ich plan bierze w łeb, bo zgodnie z prawami Murphy'ego coś zawsze pójdzie "nie teges". Tak się też stało w F.E.A.R., produkcji studia Monolith z roku 2004. Ponieważ zakończenie gry budziło wiele wątpliwości, firma poszła za ciosem i po kilkuletniej przerwie wydała kontynuację noszącą nazwę Project Origin.

Powiem to od razu i bez ogródek – nie byłem w stanie pojąć zachwytów nad F.E.A.R.. Ot, dobrze rokująca, ale rozczarowująco monotonna strzelanka, rozgrywającą się w biurowcu, gdzie wszystkie piętra są identyczne, a dla której jedynym ratunkiem była znakomita sztuczna inteligencja przeciwników. Potrafili oni flankować, osłaniać się, chodzić grupami i generalnie nieźle utrudniać graczowi życie. Co jak co, ale drugim Half-Life to ona nie była niestety, choćby nie wiem jak Sierra się starała. Project Origin również do tego zaszczytnego tytułu pretendować nie może, co nie zmienia jednak faktu, iż jest to gra zwyczajnie lepsza od swojej poprzedniczki, pomimo braku zmian w stylu prowadzenia rozgrywki - można jedynie mówić o usprawnieniach i pozbyciu się przeogromnych pokładów nudy.

Pamiętacie dwa dodatki do F.E.A.R., czyli Extraction Point i Perseus Mandate? Jeśli tak to możecie o nich teraz zapomnieć, ludzie z Monolith bowiem uznali, że tylko oni mogą pociągnąć tę historię dalej. W Project Origin akcja zaczyna się pół godziny przed zakończeniem pierwszej odsłony. Tym razem nie wcielamy się w anonimowego członka tytułowego oddziału do walki ze zjawiskami paranormalnymi. Nazywamy się Michael Becket i jesteśmy częścią elitarnego Delta Force wysłanego do korporacji Armacham celem zaprowadzenia porządku. Nieprzygotowani na to, co nas czeka, ruszamy jak te barany na rzeź. Nic szczególnie odkrywczego, jednak swoją rolę ten zabieg spełnia - nie ma przynudzania, jesteśmy od razu wrzucani w kocioł wydarzeń. Tylko jeśli ktoś nie zna ich z „jedynki” to może się poczuć nieco zagubiony. Niby są różne dane na temat przeszłości porozrzucane po poziomach, ale nie każdemu się będzie chciało ich szukać i do tego czytać. Z odsieczą przyszedł na szczęście rodzimy wydawca CD Projekt, dołączając do pudełkowej wersji gry przewodnik po jej świecie. Brawo.

349991385279260609

Samą zmianę na stanowisku protagonisty jestem w stanie zrozumieć – Monolith w momencie rozpoczynania prac nad tym tytułem nie posiadało praw do nazwy F.E.A.R.. Jednak poza innym głównym bohaterem reszta to prawie to samo. Styl prowadzenia gry jest identyczny jak poprzednio. Musimy oto ukończyć szereg misji, w których walczyć będziemy z oddziałami żołnierzy, czy to ze zwykłymi ludźmi, czy to tymi ze sklonowanych sił Repliki – sterowanych telepatycznie, pierwotnie planowanych jako armia superżołnierzy. Do dyspozycji oddano nam ponownie opcję zwalniania czasu, czego nie używałem aż tak często jak w pierwowzorze. Pojawiają się także znowu sugestywne wizje, chociaż o wiele lepiej wykonanie niż w poprzedniczce. Tak, jeśli ktoś ją zna, przeszedł ją jak ja, to zdecydowanie poczuje lekkie deja vu. Nic się nie zmieniło w całej formule, jedynie ją nieźle ulepszono. Wszystko dzieje się szybciej, nawet te straszące momenty z Almą (dziewczynką z okładki) w roli głównej są bardziej sugestywne i wyraziste niż dotąd.

[break/]Pojawia się również pewna „przerwa na kawę” pomiędzy kolejnym mordowaniem hord oponentów oraz srogimi, surrealistycznymi obrazami - doszło pilotowanie mecha uzbrojonego w karabin maszynowy i wyrzutnię rakiet. Te sekwencje nie są jakoś przesadnie trudne (jak cała produkcja zresztą), jednak dostarczają sporo zabawy oraz służą za naprawdę miłe urozmaicenie. Tym zaś, dzięki czemu stawiam Project Origin wyżej od First Encounter Assault Recon jest (powtarzam ponownie) mniejsza monotonia. O ile w oryginale zwiedzaliśmy jeno nudnawe wnętrza biurowca Armacham, tutaj mamy większą różnorodność miejscówek. Oczywiście, zaczynamy w siedzibie korporacji, niemniej potem przenosimy się na ulice zniszczonego przez wybuch bomby (patrz: zakończenie „jedynki”) miasta. Atak już nadszedł, więc wychodzimy na zewnątrz. I pomimo kulejącej fabuły, gra potrafi wciągnąć na te kilka godzin, czyli dokładnie tyle, ile trzeba na ukończenie głównego wątku. Krótka to zabawa, co wzbudziło u mnie lekki niesmak, chociaż z drugiej strony może i dobrze – przejście pierwszej odsłony serii zajęło mi aż 12 godzin.

349991385279457217

Warstwa wizualna produktu po prostu stoi na poziomie. Ot, bez większych rewelacji, do atrakcyjności Crysisa wciąż dużo jej brakuje - aczkolwiek świetnie spełnia swoją rolę. Zastosowany tu silnik graficzny pokazuje klasę za sprawą rozmyć oraz różnych ciekawych filtrów nałożonych na obraz. Monolith zresztą zawsze słynęło z ładnych, choć niekoniecznie wyciskających siódme poty ze sprzętu technologii - wystarczy wspomnieć Blood 2: The Chosen. W momencie zwalniania czasu z kolei ponownie mamy znakomicie rozbryzgującą się na wszystkie strony krew i słodko wypadające z naszej broni łuski... Podobnie jak grafika, udźwiękowienie trzyma równy poziom. Dialogi same w sobie jakieś znakomite nie są, ale chociaż zostały odpowiednio zagrane. Muzyka lecącą w tle jest niemal niezauważalna, bowiem dominuje tu stylistyka ambient mająca budować atmosferę. Dobrze opracowana strona audiowizualna rzecz absolutnie nie niszczy wrażeń, tyle jednak, że nie jest niestety zbyt efektowna.

349991385279588289

Kampania dla samotnego gracza jak wspomniałem jest strasznie krótka. Na szczęście dodatkowo oddano do naszych rąk znakomity tryb wieloosobowy. Wraz z uprzejmą ekipą z CD Projektu oraz kilkoma redaktorami innych serwisów miałem okazję się przekonać o sile tytułu po sieci, biorąc udział w zorganizowanym przez wydawcę miniturnieju. Kosić naszych kolegów możemy w kilku wariantach, z czego najpopularniejszy jest oczywiście deathmatch. Radosna rozwałka w stylu każdy na każdego jest tu naprawdę dobrze rozwiązana i daje dużo frajdy. Z ciekawostek mamy tryb Armored Front, w którym musimy przejmować kolejne punkty kontrolne na mapie. Dominacja w terenie ma swoje profity, chociażby w postaci wieżyczek czy mecha, do którego można wsiąść i ruszyć siać zamęt w szeregach wroga. Fani serii Battlefield poczują się tu jak w domu, gra się dość podobnie, tyle tylko, że na mniejszą skalę. Tak czy inaczej – jest wybornie. [break/]Rozegraliśmy również mecz typu Blitz, czyli czegoś na kształt klasycznego Capture the Flag, z tą małą różnicą, że jedna drużyna broni flagi, podczas gdy ta druga chce ją przejąć. Aby odnieść sukces, potrzebne było naturalnie zgranie i współpraca, co dodatkowo nadało głębi rozgrywce. Najmniej udana jest zabawa w Failsafe - zasady tutaj wyglądają tak samo jak choćby w Counter Strike, z tą różnicą, że tam podkładanie bomby dawało ciut więcej radości. Zdecydowanie tryb ten wymaga jeszcze dopracowania. Ale reszta jest znakomita i co najważniejsze dostarcza niesamowitej frajdy. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że F.E.A.R. 2: Project Origin w multi jest o wiele bardziej miodne niż w singlu.

349991385279719361

Nie można zapomnieć jednak o kilku wadach. Najbardziej rażącą jest brak możliwości zapisu gry w dowolnym momencie. Ponadto w chwili zachowywania stanu naszych postępów zanotowałem kilkusekundowy spadek wydajności. Niby rzecz nie denerwuje, lecz nieco wyprowadza z rytmu. Jest też tutaj zwyczajnie za łatwo - przejście tytułu dla wprawnego znawcy gatunku nie będzie stanowić żadnego problemu, nie zatnie się on ani razu. Owszem, są walki z większymi przeciwnikami, niemniej nie wypadają oni tak mocarnie, jak można tego po nich oczekiwać. Sama sztuczna inteligencja też nie jest już tak imponująca, co nie do końca dla niektórych pewnie będzie minusem... Nie ma także łączenia poszczególnych elementów, które napotykamy w trakcie postępów - występują albo sceny straszenia albo momenty koszenia hord przeciwników, nigdy jednak naraz. Wielka szkoda, efekt wtedy byłby o wiele potężniejszy. Entuzjaści horrorów raczej nie będą tutaj podskakiwać na krześle, technikom budzenia grozy bowiem brakuje subtelności bądź brutalności, tak często spotykanej w gatunku survival-horror. Gra usiłuje budować napięcie stopniowo, powoli, jednak w ostatecznym rozrachunku próba ta jest nieudana. Być może to tylko ja takie wrażenie odniosłem albo po przejściu wszystkich części Half-Life (i grze w System Shock 2) człowiek się zwyczajnie uodparnia. Nie chcę również robić tzw. spoilerów, ale zakończenie mnie rozczarowało...

349991385279850433

W ostatecznym rozrachunku jednak F.E.A.R. 2: Project Origin jest solidną strzelanką. Tytuł nie nuży tak jak poprzedni i potrafi ostro wciągnąć. Choć ogólnie sama kampania dla pojedynczego gracza jest króciutka, rekompensuje wszystko bardzo miodny tryb wieloosobowy. Pomimo pewnych wad, zbytniej prostoty oraz powiewającej momentami "konsolowości" produkcji, potrafi ona podtrzymywać zainteresowanie gracza. Innowacji zbyt wiele tutaj nie ma, a jedynie usprawnienie znanej już formuły. Warto podkreślić – bardzo dobre usprawnienie. Fani serii na pewno będą zadowoleni, zaś nowicjusze mogą się poczuć ciut zagubieni na samym początku. Jednak przy odrobinie cierpliwości (i lekturze przewodnika dołączonego do pudełkowego wydania tytułu w naszym kraju) spokojnie rozpracują o co chodzi. A potem odkryją Project Origin na nowo, właśnie dzięki rywalizacji w sieci. F.E.A.R. 2 to dość solidna dawka rozrywki, choć raczej wyłącznie dla fanów gatunku.

Programy

Aktualizacje
Aktualizacje
Nowości
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)