F1 autorstwa brytyjskiego Codemasters Software to książkowy przykład tytułu wydawanego z regularnością zegara atomowego: jest nowy sezon Formuły 1, jest i kolejne wydanie gry, a wraz z nim aktualizacje składów zespołów, nowy kalendarz zawodów i odpowiednie trasy. Powiało nudą, a przynajmniej wtórnością, prawda? I cóż, nie zamierzam nawet podejmować prób insynuacji, że jest inaczej. Z grubsza F1 2018 jest właściwie kalką wydania z poprzedniego roku. Mianowicie zastosowano dokładnie ten sam silnik, EGO Engine 4.0, z dokładnie tym samym quasi-symulacyjnym modelem jazdy, a jakby tego było mało, przeniesiono również 1:1 wszystkie tryby zabawy: kariera, mistrzostwa, pojedyncze Grand Prix, próby czasowe, multiplayer (lokalny i po sieci). Czym zatem nowość różni się od poprzedniczki? Odpowiedź brzmi: kosmetyką. Po pierwsze, zmieniono nieco mechanikę trybu kariery, po drugie – dodano tory Circuit Paul Ricard oraz Hockenheimring, kosztem malezyjskiego Sepang International Circuit, który wyleciał z kalendarza Formuły 1, a po trzecie – uzupełniono listę klasycznych bolidów.
A jednak, pomimo nadzwyczaj kosmetycznych zmian – tu wracamy do kwestii mieszanych emocji – produkcja Mistrzów Kodu potrafi porwać na długie godziny. Oto właśnie kwintesencja paradoksu wszystkich sportowych tasiemców w świecie gier. Ale do rzeczy.
W błysku fleszy
Wspominałem, że zmieniono nieco mechanikę trybu kariery, czyli de facto głównego elementu gry. I tak, w tym roku twórcy postawili wyraźnie na rozwój immersji. Zasadniczo zabawa w dalszym ciągu opiera się na braniu udziału w kolejnych zawodach, w tym gościnnych wyzwaniach pokroju prób czasowych, a także treningach i szkoleniach teoretycznych dotyczących szeroko pojmowanej konfiguracji bolidu. Wszystko to przekłada się na zdobycze punktowe, które można zamienić na części tuningowe (nadwozie, silnik, aerodynamika) i dodatkowe możliwości zaplecza technicznego. To jednak już w serii było, choć momentami można odnieść wrażenie, że w najnowszej odsłonie system rozwoju uproszczono, a przynajmniej łatwiej jest uciułać punkty na poszczególne upgrade'y. Zresztą mówią o tym sami twórcy, chwaląc się większą przystępnością produkcji.
Anonsowany przeze mnie powiew świeżości stanowi system reputacji, ewidentnie inspirowany tym z FIF-y. Gracz regularnie bierze udział w wywiadach przeprowadzanych przez bohaterkę o imieniu Claire, a udzielane odpowiedzi każdorazowo wpływają na ocenę postawy bohatera. Tym sposobem można albo zaskarbić sobie sympatię, albo wyjść na gburowatego buca, co znajduje odzwierciedlenie w efektywności pracy teamu. Na początku medialna otoczka naprawdę pozwala wczuć się w rozwój wydarzeń. Niestety w późniejszych fazach zaczynają doskwierać powtarzające się pytania i pewna nachalność rozwiązania, które twórcy, niczym irytujący telemarketer, zaczynają wciskać na każdym kroku. Dobrze, że owe przerywniki na wywiady są tak naprawdę jedynym, co w trybie kariery potrafi zirytować. Co jednak najistotniejsze, nawet odrzuciwszy troszkę kiczowaty płaszczyk niby-medialny, F1 2018 wcale nie traci klimatu. Wprost przeciwnie – autorom bardzo dobrze udaje się przekonać gracza, że ten rzeczywiście bierze udział w kreowaniu własnej osoby jako kierowcy Formuły 1. Tyle że zagadnienie ugryziono niejako z innej strony, a wywiadów równie dobrze mogłoby nie być.
No dobrze, ale gdzie zatem tkwi immersja produkcji? Jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi: wszędzie indziej. Dokładnie tak, jak każdy zawodowy kierowca F1, gracz otrzymuje dostęp do zaplecza techników i inżynierów. Ci pierwsi troszczą się o jego bolid podczas zjazdów do boksu, ci drudzy zaś udzielają porad dotyczących konfiguracji i jazdy. Co więcej, pojawia się też motyw menedżerski. Będąc niezadowolonym z pozycji w obecnym zespole, możemy wnioskować o negocjację kontraktu z konkurencją. Jak nietrudno się domyślić, łatwiej przebić się na pierwszego kierowcę Force India niż Ferrari: im niżej notowany team, tym niższe są jego wymagania w kontekście uzyskiwanych pozycji i kręconych czasów. Z drugiej strony wygrywać też jest trudniej, bo słabsze zaplecze techniczne oznacza gorszy bolid. Przy czym twórcom i tak udaje się zachęcić do jazdy dla słabszych zespołów. Kluczem są możliwości szybkiego rozwoju, zarówno kierowcy, jak i zaplecza, przez co w ogólnym rozrachunku dowolnego konstruktora można wprowadzić do ścisłej czołówki.
Oczywiście równie dobrze można zbagatelizować całą karierę, aby rozgrywać pojedyncze mistrzostwa czy GP, ścigając się ewentualnie z innymi graczami po sieci, jeśli ktoś – dajmy na to – nie lubuje się zbytnio w symulacjach sfery technicznej, a chciałby po prostu móc się ścigać. Na szczególną uwagę zasługuje multiplayer, w którym opracowano rozbudowany system kar dla najbardziej brawurowych kierowców. Nie jest tajemnicą, że wiele osób grających po sieci w symulacje wyścigów – delikatnie mówiąc – obiera sobie za cel psucie zabawy innym, wjeżdżając na przykład z dużą prędkością w tyły pojazdów rywali. Codemasters zastosowało algorytm, który bada zachowanie graczy i przydziela im odpowiednią ocenę tak, aby posegregować społeczność według umiejętności. Przyznam z ulgą, że podczas kilkunastu godzin zabawy nie udało mi się natrafić na ani jednego trolla, więc rozwiązanie najwidoczniej działa (albo w tym przypadku miałem po prostu ogromne szczęście).
Halo, halo... kolumna halo
Teraz najważniejsze – model jazdy. W końcu nie jest tajemnicą, że w grze poświęconej sportowi motorowemu powinno się przede wszystkim przyjemnie jeździć. Technicznie rzecz biorąc, F1 w wydaniu brytyjskim nie jest ani symulatorem sensu stricto, ani typową arcade'ówką – to coś pośrodku. Wprawdzie czuć, że nie steruje się resorakiem, bo każdy bolid ma odpowiednią masę i podlega podstawowym prawom fizyki, ale w tym akurat przypadku z dużą dozą dystansu potraktowano wymogi licencyjne. Przykładowo, FIA – organizacja decyzyjna w sprawie zasad F1 – zabrania konstruktorom stosowania systemu ABS czy kontroli trakcji. W grze obydwa te mechanizmy można włączyć, podobnie zresztą jak asystę hamowania czy – tutaj już kompletnie abstrakcyjne – przewijanie czasu. Tym sposobem chciano zapewne dostosować tytuł do wymogów graczy niedzielnych, a dla entuzjastów przewidziano z kolei obsługę kierownic (lista jest piekielnie szeroka). Ma to wszystko jakiś sens, aczkolwiek rodzi niezaprzeczalny kontrast.
Tym bardziej, że narracja wyścigów stara się uchodzić za wyjątkowo wierną, wręcz żywcem przeniesioną z relacji TV, co tyczy się nie tylko perfekcyjnego oddania bolidów wraz z detalami takimi jak znajdujące się na nich reklamy, ale także umiejętności i wyników osiąganych przez NPC. Siłą rzeczy podczas wyścigów bardziej dają we znaki się kierowcy Ferrari czy Mercedesa, względem tych chociażby z Torro Rosso bądź Williamsa, któremu ostatnimi czasy nie wiedzie się najlepiej. Co zabawne, przywiązanie twórców do detali niekiedy potrafi uprzykrzać rozgrywkę. W tym sezonie obowiązkowym wyposażeniem wszystkich aut F1 stał się system halo – tytanowy pałąk chroniący głowę zawodnika. Decydując się na widok z kabiny, rzeczona konstrukcja mocno przesłania pole widzenia. W ramach dostępnych asyst można ją wyłączyć, ale tylko częściowo, usuwając najwyżej środkową belkę. Smaczki jak ten pokazują, że F1 2018 to tytuł dla zdeklarowanych maniaków Formuły 1, w który mimo licznych udogodnień niedzielnemu graczowi nie zawsze będzie się grało komfortowo. To zaś w sposób widoczny nakreśla target recenzowanej produkcji.
Powtarzalnie, ale fajnie
Jeśli krok po kroku dobrnęliście aż dotąd, czytając niniejszy artykuł, to zapewne zastanawiacie się, dlaczego ani razu nie wspomniałem o grafice i oprawie dźwiękowej. Śpieszę z wyjaśnieniem. Prawdę mówiąc, niespecjalnie jest o czym wspominać. Tegoroczna edycja F1 wygląda i brzmi dokładnie tak, jak jej poprzedniczka. Z tym że o ile udźwiękowienie zawsze było mocną stroną tej serii i jest to w pewnym sensie ponadczasowe, o tyle oprawa wizualna zdążyła się widocznie zestarzeć. Widać sporo rozmytych tekstur o niskiej rozdzielczości, a bitmapowe otoczenie to już relikt minionej epoki. Niestety przy tak sterylnej scenerii na nic zdaje się także implementacja HDR w wersji konsolowej. Przy Forzie Motorsport 7 czy Project CARS 2 dzieło Codemasters Software wygląda niczym szafka z Ikei postawiona w galerii sztuki, ale żadna z wymienionych gier nie zapewnia choćby w trzeciej części tak wiernej reprezentacji Formuły 1. Tak więc jeśli ktoś jest fanem tych najbardziej prestiżowych zawodów open-wheel, to nie ma innego wyboru. Przy czym jeśli chodzi o oddanie specyfiki F1, naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Koneserom gatunku szczerze polecam.