Freeware, shrink-wrap, public domain, open source, free software, trial, adware, shareware etc etc - o co tu chodzi?

Strona głównaFreeware, shrink-wrap, public domain, open source, free software, trial, adware, shareware etc etc - o co tu chodzi?
01.01.1999 02:18
Redakcja
Redakcja

Zamieszanie na rynku licencyjnym jestogromne. Zarówno w zakresie (głównie anglojęzycznego) nazewnictwa,jak i metod udostępniania oprogramowania. Warto więc przyjrzeć się,co za poszczególnymi pojęciami stoi.

Prawo autorskie posługuje się ideą"monopolu twórczego". W wielkim skrócie oznacza to, że twórca itylko twórca decyduje zarówno o fakcie udostępnienia, jak izakresie udostępnienia swojego utworu. Przy czym ma kilka dróg dowyboru - może utwór sprzedać (a dokładnie sprzedać prawa majątkowedo niego - nie mylić ze sprzedażą nośnika, chodzi tutaj o sprzedażpraw), może na korzystanie z utworu udzielić licencji (w różnymzakresie wedle uznania, płatnej lub nieodpłatnej, przy czymistnieje domniemanie, że licencja jest płatna), może też "puścić"utwór w obieg bez zawierania żadnych umów (i wtedy użytkownikkorzysta albo z koncepcji dozwolonego użytku osobistego albo - wodniesieniu do programów komputerowych - z tzw. licencji ustawowejz art. 75 ust. 1 prawa autorskiego). Metodę pierwszą pomijamy, gdyżnie występuje na rynku konsumenckim, trzecią też, bo wymagaodrębnego omówienia, skupmy się na licencjach. Twórca ma (prawie) pełną swobodę kształtowania warunkówlicencyjnych. W praktyce można wyodrębnić trzy modele (podziałmój): (i) licencje "pełne" (komercyjne), (ii) licencje nieodpłatnez ograniczeniami co do zakresu używania (z silnym monopolemautorskim), (iii) licencje nieodpłatne, bardzo szerokie co dozakresu korzystania (open source). Wszystkie jednak są licencjami,czyli złamanie warunków, na jakich zostały udzielone może skutkowaćodpowiedzialnością prawną. Licencje "pełne" to umowy szczegółowo określające obowiązki stron,odpłatne, w obrocie profesjonalnym negocjowane i uzgadnianeindywidualnie. W obrocie "end userskim" najczęściej spotykamy się zumowami adhezyjnymi - czyli tekstem jednostronnie narzuconym przezproducenta (Microsoft, Adobe, wszyscy inni), który musimyzaakceptować w całości, aby móc korzystać z oprogramowania. Kiedyśumowy te były schowane w folii, której rozdarcie powodowałozawarcie umowy, stąd nazwa "shrink-wrap" wypierana obecnie przezinternetowe "click-on" czy "click wrap". Czy takie "kliknięciowe"umowy też są ważne? Trudne pytanie - przyjmuję, że tak, ale zlicznymi zastrzeżeniami - począwszy od klauzul konsumenckich (np.umowa musi być sporządzona w języku zrozumiałym dla konsumenta, niemoże pozbawiać konsumenta pewnych praw przyznanych przez ustawyitp.), zagadnień prawa właściwego (który system prawa stosować przytransakcjach transgranicznych), jak i szeregu okolicznościfaktycznych (otwarcie programu przez osobę nie mogącą skuteczniezawrzeć umowy, np. dziesięcioletnie dziecko). Poniekąd taką "pełną"umową jest shareware - jest to płatne oprogramowanie, z określonymczasem na jego przetestowanie, podobne w istocie do trial-a (wersjipróbnej). Licencje nieodpłatne, ale z silnym monopolem autorskim to wszystkierodzaje freewaru. Nie musimy za nie płacić, ale nie mamy zbytszerokich uprawnień - z reguły ogranicza się ono do "używania"programu (zwielokrotniania w pamięci operacyjnej), bez prawa domodyfikacji czy włączania do własnych prac. Licencje freeware mogąwprowadzać szereg innych ograniczeń, podobnie jak licencje "pełne",choć nadal są bezpłatne. Odmianą freewaru jest adware (uwaga -zdjęcie reklamy z takiego programu to załamanie warunkówlicencji!). Najciekawszy jest open source - specyficzny rodzaj licencji(właściwie szeregu licencji o różnym stopniu uprawnień izobowiązań), która zezwala na bardzo szerokie korzystanie zprogramu, w szczególności z prawem do jego modyfikacji i włączaniado własnych rozwiązań bez opłat z tego tytułu. Ciekawostką sąkonsekwencje dla osoby modyfikującej open source oparty na tzw.modelu copy-left (przede wszystkim GPL i pochodne) - otóż jeślichcemy dystrybuować zmieniony przez nas program lub włączamy w naszsoft rozwiązania oparte na GPL, to "wirus GPL" zaraża tozmodyfikowane, nowe oprogramowanie i musimy je w całości dalejrozpowszechniać wyłącznie jak GPL (czyli nieodpłatnie). Na rynkuistnieje sporo autorskich projektów opartych na GPL, które istotnymnakładem pracy zostały przystosowane do określonych celów i sąodpłatnie licencjonowane. Ich autorzy łamią prawo i - jak to sięzdarzyło np. w Niemczech - mogą zapłacić z tego tytułuodszkodowanie. Open source nie oznacza pełnej wolności, to nadaljest licencja, w wielu aspektach zaskakująco restrykcyjna. I jeszcze jedno w sprawie nazw - open source jest mieszany czasem zfree softwarem (wolnym oprogramowaniem) - to trochę inne koncepcjefilozoficzne (pierwsza nastawiona na optymalność techniczną kodu,druga na wolność jako taką), ale w dużej mierze zbieżne w efektachprawnych (zasadach licencjonowania). Zostaje nam jeszcze jedno dziwo - public domain. Jest to koncepcja,w myśl której program nie podlega prawu autorskiemu, nikt nie ma doniego praw, nie ma żadnych ograniczeń w jego używaniu. Klasycznyprzykład to utwory, których okres ochrony upłynął (obecnie 70 latod śmierci twórcy), choć w przypadku programów nie ma to, póki co,zastosowania. Program teoretycznie mógłby znaleźć się w "publicznejdomenie" jeśli autor zrzekłby się praw do niego. I tu mamy dużyproblem - polskie prawo nie przewiduje takiej możliwości(przynajmniej wprost, pomijam doktrynalną dyskusję). A więc"zrzeczenie się prawa" w praktyce jest wątpliwe - można osiągnąćpodobny skutek udzielając bardzo szerokiej licencji (szerszej niżopen source), tylko nie znam nikogo, komu by się chciało :) A jak"puści" się program bez żadnej licencji, nie oznacza to bynajmniejdomeny publicznej - oznacza to, że zamiast licencji wejdzie w życietajemniczy art. 75 ust. 1 prawa autorskiego. O czym kiedyindziej.

Programy

Aktualizacje
Aktualizacje
Nowości
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (29)