Warto zaznaczyć, że tajskie prawo za obrażenie monarchy przewiduje karę nawet 15 lat więzienia, a policja ma pełne ręce roboty z usuwaniem takich i podobnych wypowiedzi z Internetu. W ubiegłym tygodniu oskarżyła o sianie paniki cztery osoby, które na Facebooku pisały (według władz nieprawdę) o zamachu stanu z 2006 roku. Tych, którzy wpisy „polubili”, funkcjonariusze straszyli wniesieniem oskarżeń.
Pisit Paoin, szef oddziału do zwalczania przestępstw internetowych, powiedział Associated Press, że policja monitoruje tylko tych, którzy łamią prawo. Policjant spotka się z reprezentantami firmy Naver, właściciela LINE, w piątek w Tokio. Premier Yingluck Shinawatra potwierdza, że monitoring ma objąć tylko osoby wchodzące w konflikt z prawem, a nie wszystkich użytkowników komunikatorów i serwisów społecznościowych.
Mimo zapewnień premiera Tajlandii, jakoby władze nie zamierzały ograniczać wolności obywateli w Sieci, posunięcie policji spowodowało, że w głowach strażników wolności słowa i wrogów naruszania prywatności zapaliły się czerwone lampki. Sytuacja jest delikatna, gdyż jest to jeden z nielicznych krajów, który nie posiada prawa chroniącego dane obywateli. Pirongrong Ramasoota z Uniwersytetu w Bangkoku stwierdziła, że cokolwiek powiemy, napiszemy czy wyślemy przez czat, jest częścią wolności wypowiedzi i nie powinno być nikomu zabierane. Jej zdaniem policja powinna ubiegać się o nakaz sądowy umożliwiający podsłuchiwanie rozmów prowadzonych przez konkretne osoby, którymi się interesuje.